wtorek, 22 września 2015

Liebster Blog Award.

Wow przez swoją nieobecność przegapiłam aż dwie nominacje, nie jestem z siebie dumna, ale zaraz to wszystko nadrobię.
Z góry przepraszam za to podświetlenie na czerwono, ale coś mi się tu popsuło :(

Zanim jednak zacznę odpowiadać na pytania, chcę bardzo podziękować za wyróżnienie tego bloga spośród ogromu wszystkich innych. Nic tak nie cieszy, jak świadomość, że to, co się robi, przywołuje uśmiech na twarz innej osoby. To jest w sumie dla mnie najlepsza nagroda, za spędzanie czasu na pisaniu. Ale teraz mój altruizm na bok i czas na trochę pytań.





I Nominacja od Julki : http://neymaranddreamer.blogspot.com/ <3

Pytania:
1. Co chciała być robić w przyszłości ?
2. Jakie masz hobby ?
3.Co cię najbardziej uszczęśliwia ?
4. Dodasz swoje zdjęcie ?
5.Ulubiony kolor ?
6.Masz zwierzęta ?
7.Masz rodzeństwo ?
8. Dlaczego zaczęłaś pisać ?
9.Twoje ulubione blogi ?
10.Dlaczego Neymar ? 


1. Na co dzień i w sumie od święta też, jestem bardzo roztrzepaną osobą, więc ciężko określić co bym chciała robić w przyszłości. Aktualnie poszłam w językową stronę Matki Nauki Wszelakiej, więc to, co myślę, że chciałabym robić to dziennikarstwo muzyczne. Jest to moje hobby, coś, co sprawia mi przyjemność, ponieważ bez muzyki nie potrafię funkcjonować. Zupełnie jak taki mały robot, który pogubił baterie. Jeśli nie dziennikarz muzyczny to sportowy, bo to też całkiem przyjemne zajęcie, chociaż jako dziewczyna pewnie miałabym mocno pod górkę :D
Taka jest odpowiedź jeśli chodzi o zawodowy aspekt moich marzeń.
Jeśli chodzi o marzenia, to na pewno chciałabym zostać pisarką. Napisać własną książkę, stworzyć własny świat, w którym może z czasem dzięki mnie zamieszkałoby więcej osób.
Tak... to zdecydowanie to, co chciałabym robić ;)

2. Jak wspominałam powyżej muzyka to jest coś, co kocham i bez czego obejść się nie mogę (dlatego też między innymi urzekł mnie w takim stopniu twój blog, Julka :) ). 
Ostatnio przekonałam się również, że pisanie to coś, co nie pozwala mi zwariować w tym pokręconym świecie. Chociaż w sumie bez pisania świat jest nudny, a od tej normalności można zwariować. W tą stronę chyba brzmi to bardziej realnie ;)
Oprócz tego jeszcze taniec, z którym nie mogę się rozstać od 13 lat, ale całkiem mi z tym dobrze i oby trzymał się jak najdłużej.
A w wolnym czasie na pewno oglądanie meczów piłki nożnej i siatkówki. Niestety nigdzie profesjonalnie nie gram, bo mama stwierdziła, że będę mieć krzywe nogi i mogę robić wszystko inne tylko nie to. (Kocham Cię mamo <3 )

3. Najbardziej? Chyba świadomość, że wszyscy moi bliscy są zdrowi, bezpieczni i szczęśliwi. Wierzcie lub nie, najbardziej lubię sprawiać, że dzięki mnie inni ludzie się uśmiechają, nawet jeśli oznacza to śmianie się z samej siebie ;)

4. Na blogu nie dodam, taka ze mnie zawstydziocha ; ) Ale podawałam kiedyś swój numer gg, a tam w avatarku jest moje zdjęcie, gdyby ktoś był ciekawy jak wyglądam ;)

5. Czarny jak noc, czarny jak węgiel i czarny jak naleśniki w wykonaniu mojej przyjaciółki. A i tak dla szaleństwa dodam jeszcze biały :D

6. Oo tak! Mam najlepszego psiaka pod słońcem, a wabi się Viki ;)

7. Jestem jedynaczką, ale może właśnie dlatego kontakty z kuzynostwem są dla mnie tak ważne. W gruncie rzeczy traktuje ich jak rodzeństwo, z tym oto plusem, że razem nie mieszkamy, więc łatwiej nam ze sobą wytrzymać ;)

8. To długa historia, a ja nie będę zanudzać ;)
W telegraficznym skrócie, czytałam dużo opowiadań w wieku 13 lat i bardzo mi się to spodobało. Wręcz zazdrościłam tym dziewczynom odwagi, że pokazują swoje prace i są w tym naprawdę dobre. Podziwiałam je i wtedy właśnie obiecałam sobie, że ja też kiedyś stworze coś swojego i podzielę się tym z innymi. Więc pewnego pięknego dnia wzięłam do ręki zeszyt i na lekcji informatyki po prostu zaczęłam pisać. ( Z całym szacunkiem do pana od informatyki, ponieważ był jednym z najlepszych nauczycieli jakich miałam, chociaż może właśnie dlatego tak dobrze mi się pisało.. :) )
Tak oto codziennie pisałam i później po prostu nie potrafiłam się z tym rozstać, więc tworzyłam coraz to nowe historie, które przelewałam na papier. Podejrzewam, że to siedziało gdzieś w mojej głowie od dziecka, po prostu musiałam dorosnąć do tego, żeby się przemóc i pokazać chociaż kawałek mojej wyobraźni reszcie świata ;)

9. Jest tego całkiem sporo i boję się, że kogoś pominę, więc nie gniewajcie się na mnie, proszę ;*

* http://moje-zycie-moje-cierpienie.blogspot.com/
http://neymaranddreamer.blogspot.com/
http://loneliness-in-the-crowd.blogspot.com/
http://rette-bill.blog.onet.pl/
http://tu-y-yocontra-el-mundo.blogspot.com/

Wymieniłam 5, ale prawda jest taka, że jeśli ktoś ma ciekawy pomysł, nie przeklina co drugie słowo i widać, że lubi pisać to jego opowiadanie zalicza się u mnie do ulubionych. Mam trochę do nadrobienia przez nieobecność więc podejrzewam, że moja lista zakładek powiększy się również o nowe adresy ;)

10. Hmm czemu ten narcystyczny antytalent wokalny? Właściwie to nie ma na to konkretnej, dobrej odpowiedzi :)
Pomysł narodził się podczas oglądania Mistrzostw Świata w Brazylii w zeszłym roku. Oglądałam mecze każdego dnia i z ciekawości postanowiłam zapoznać się z postacią Neymara. Jest bardzo utalentowanym piłkarzem i w dodatku gra w mojej ulubionej FC Barcelonie. To wystarczyło, a pomysł przyszedł sam. Nie pamiętam dokładnie kiedy, prawdopodobnie jak spałam ;)



II Nominacja od "My Life Is Football" : http://marcbartraandmarcoreus-cinderella.blogspot.com/ <3

Pytania:
1. Dlaczego zaczęłaś pisać? 
2. Twój ulubiony klub? Dlaczego?  
3. Najlepszy piłkarz według Ciebie? 
4.Twoje hobby?
5. Ulubiony piłkarz? 
6.Skąd pomysł na bloga?
7.Kilka ulubionych piosenek.
8. Skąd jesteś?  Czy lubisz swoją miejscowość? 
9. 3 cechy twojego charakteru.
10. Jakie opowiadania lubisz czytać?  
11.  ... (napisz tu coś o sobie).


1. Odpowiedziałam już na to pytanie powyżej, a w jeszcze większym skrócie, niż poprzedni telegraficzny skrót, to po prostu czułam, że to jest to, co chcę robić. Odkryłam, że pisanie sprawia mi przyjemność, więc postanowiłam spróbować. Spróbowałam i tak mnie wciągnęło, że postanowiłam się z tym nie rozstawać.

2. Nietrudno się domyślić, że mój ulubiony klub to FC Barcelona.
Dlaczego?
Lubię ich styl, technikę gry i to, że poza boiskiem są sympatycznymi gośćmi z poczuciem humoru. :)

3. Ciężko powiedzieć, na pewno Pelé jest postacią, która do piłki nożnej wniosła maksimum pozytywów, tak samo jak zresztą Ronaldinho i to chyba najlepsza odpowiedź na to pytanie. Jeśli chodzi o pulę bardziej "aktualnych" piłkarzy to na pewno najlepszy jest dla mnie Leo Messi.

4. O hobby pisałam wcześniej więc teraz tylko wymienię :)
- pisanie opowiadań
- muzyka
- taniec
- piłka nożna, siatkówka
- czytanie książek

5. Neymar,Messi, Oscar i w sumie cała Barca ;)

6. Uzupełnię wcześniejszą odpowiedź, że pomysł na bloga akurat w tej tematyce przyszedł mi po tym, kiedy próbowałam znaleźć jakieś opowiadania rok temu i wszystkie na, które trafiałam były albo bardzo krótkie, albo poucinane. Stwierdziłam wtedy, że w sumie dlaczego by samemu nie spróbować czegoś napisać. Pomysł na fabułę pojawił się sam, zaraz po tym, kiedy zdecydowałam się, że jednak podejmuję się tego wyzwania :)

7. Ulubionych piosenek to mam tyle, że się ze mnie śmieją, że która to nie jest moja ulubiona, ale kilka Wam wymienię :) Podam Wam od razu linki do nieśmiertelnego Youtube, żebyście sobie w miarę chęci mogły przesłuchać :

- Evanescence - "Taking over me" [ https://www.youtube.com/watch?v=FMkWGoI-GpY ]
- Red Hot Chili Peppers - "Otherside" [ https://www.youtube.com/watch?v=rn_YodiJO6k ]
- Nicky Jam & Enrique Iglesias - "El Perdón" [ https://www.youtube.com/watch?v=hXI8RQYC36Q ]
- Tokio Hotel - "Spring Nicht"  [ https://www.youtube.com/watch?v=rdTyUamjssc ]
Calvin Harris + Disciples – "How Deep Is Your Love" [ https://www.youtube.com/watch?v=EgqUJOudrcM ]
- My Darkest Days - "Still worth fighting for" [ https://www.youtube.com/watch?v=mz_9N3Ggz38 ]
- Backstreet Boys - "Incomplete" [ https://www.youtube.com/watch?v=WVe80iZtlYU ]
- James Young - "I'll be good" [ https://www.youtube.com/watch?v=scd-uNNxgrU ]
8. Nieduże miasto w województwie świętokrzyskim i bardzo je lubię. Szczerze powiem, że bardzo mi szkoda stąd wyjeżdżać, bo czuje, że to moje małe miejsce na ziemi. Przynajmniej na razie ;)

9. 3 cechy mojego charakteru..hmm...:
- dobra dusza 
- zakręcona jak słoik z powidłami
- czasami złośliwa i zazdrosna

10. Przede wszystkim lubię czytać opowiadania osób, które mają na nie jakiś pomysł. Nie muszą pisać idealnie, bo sama tak nie piszę, ale ważne, żeby nie było błędu na błędzie, przekleństw co chwila i jedynie scen +18, bo jakoś mnie to nie bawi. Czytam opowiadania innych, po to, żeby poznać ich punkt widzenia, na niektóre sprawy i zadomowić się na chwilę w wytworach ich wyobraźni. Tematyka nie jest ważna, dlatego zawsze zachęcam Was, żebyście zostawiali mi linki do swoich blogów, nawet jeśli nie dotyczą FC Barcelony. ;)

11. Coś o sobie?
Hmm szalona kupka nieszczęścia to chyba zazwyczaj najtrafniejsze określenie mojej osoby. Coś więcej na pewno mogliby powiedzieć o mnie moi bliscy.

Nieogarnięta marzycielka, która często nie może odnaleźć się w "już dorosłym" świecie. Poza tym ciepła i wdzięczna za każdą osobę, którą los postawił na mojej drodze ;)


Nominowani przeze mnie to :

http://tu-y-yocontra-el-mundo.blogspot.com/
http://bose-stopy-biale-sny.blogspot.com/
http://moje-zycie-moje-cierpienie.blogspot.com/
http://bellailaura.blogspot.com/
http://barcelonatomojsen.blogspot.com/

Pytania :
1. Od kiedy trwa Twoja przygoda z pisaniem?
2. Jakie jest Twoje największe marzenie?
3. Czego oczekujesz od życia?
4. Jakiej cechy najbardziej nie lubisz u innych ludzi?
5. Czy masz swojego ulubionego autora/autorkę książek?
6. Co sądzisz o ludziach, którzy zarabiają na życie, będąc blogerami?
7. Jakim typem człowieka jesteś?
8. Czy chciałabyś pojechać na mecz? Jeśli tak, to na czyj?
9. Wiążesz swoją przyszłość z pisaniem?
10. Gdybym napisała książkę, przeczytałabyś ją?



Jeszcze raz dziękuję za nominacje i bardzo miło było mi odpowiadać na pytania. Może trochę przynudzałam, za co z góry przepraszam, ale tak to już ze mną jest ;)

A na razie w dalszym ciągu zapraszam na Rozdział 33 , który jest dowodem  na to, że nawet jeśli znikniesz, to jeśli znajdzie się chociaż jedna osoba, która na ciebie czeka, to zawsze znajdziesz drogę powrotną ;)


Całusy. <3

niedziela, 20 września 2015

33. Jakże romantycznie, dwoje zakochanych, magiczna Barcelona, nastrojowy wieczór, pusty dom i przekopywanie grządek.

Kochani moi! <3
Tęskniłam za Wami strasznie i muszę się Wam przyznać, że po tym, kiedy wreszcie udało mi się nieco naprostować moje życie na stabilne tory, było mi najzwyczajniej w świecie głupio. Tak właśnie, po prostu głupio, że Was tak zostawiłam. Nie zaglądałam  tu w obawie, że zjedzą mnie własne wyrzuty sumienia, ale dzisiaj postanowiłam się przełamać. Przeczytałam te wszystkie wspaniałe komentarze i to, że czekacie. Zupełnie się tego nie spodziewałam, ale poczułam taką dziwną siłę, wzruszenie i determinację, żeby dalej pisać. Dziękuję Wam za to i nie przedłużając już więcej, zapraszam na kolejny rozdział, który powstał tylko i wyłącznie dzięki waszemu wsparciu. :*




Milczenie, w którym wspierali mnie moi przyjaciele zdawało się trwać całe wieki. Mieli całkowitą rację. Z tej sytuacji nie było dobrego wyjścia. Czułam się jak w szponach dwugłowego smoka, jeden łeb to wredna pijawka zwana Carol, a drugi to głupiutkie panny wlewające się przez okna naszego domu. Naprawdę Bóg mi świadkiem, że nie wiedziałam co było gorsze.
Nie wiedziałam też jak rozmawiać z Johnem. Zmienił się nie do poznania. Co prawda nadal był kochanym, nieogarniętym, roztrzepanym mężczyzną, ale granice jego "wyluzowania" sięgały z kolei moich granic wytrzymałości. Zachowywał się najlżej mówiąc, niepoważnie. Zupełnie jakby wstąpił w niego jakiś głupiutki nastolatek, który ma w głowie jedynie siano i obciążniki między uszami. Nie miałam ochoty bawić się w surową matkę i wychowywać na nowo własnego chrzestnego. To było przecież niedorzeczne.
- Rozmawiałeś z sam wiesz kim? - spytałam, siedząc po turecku na łóżku Bastiana, podczas gdy on przetrząsał z ożywieniem jakiś stos z notatkami. Zatrzymał się i spojrzał na mnie z ukosa, kiedy zadałam pytanie.
- Jeśli chodzi ci o Voldemorta to nie, nie rozmawiałem. Jeśli o moją matkę to inna sprawa. - odpowiedział spokojnie, a ja nie mogłam kolejny raz wyjść z podziwu, jak udaje mu się utrzymać to cholerne opanowanie. Sama czułam jak od środka mnie nosi w te i wewte po całym domu, a może nawet i całej Barcelonie. Moja odporność psychiczna na bodźce zewnętrzne malała z każdym dniem. Czułam to w swoich kościach.
- Dobrze wiesz, że mówię o twojej matce. - odparłam sucho. Nie lubiłam o niej wspominać, a wypowiadanie jej imienia w tym domu, było dla mnie niemal bluźnierstwem. Z niechęcią wymalowaną na drobnej twarzy, odwróciłam wzrok. - Nie mów, że ci to w ogóle nie przeszkadza. Masz pokój obok Johna. - kontynuowałam, kiedy zobaczyłam jak chłopak traci zainteresowanie i wraca do poprzedniej czynności.
- Wręcz przeciwnie, to czasami interesujące jak wiele można się o ludziach dowiedzieć tylko ich słysząc. - odparł kolejny raz, a ja czułam, że zaraz eksploduje. Wbiłam paznokcie w poduszkę, po czym jednym, sprawnym ruchem posłałam ją w stronę chłopaka.
- Przestań się zachowywać jak ignorancki kretyn! Ty też zwariowałeś?! Jeśli ci to nie przeszkadza, to pomyśl chociaż raz o kimś innym poza sobą. O mnie na przykład...- dokończyłam już nieco ciszej, widząc jak szok powoli ustępuje z jego osłupiałej twarzy. Nieprzyzwyczajony do takich wybuchów szczerości, potrzebował chwili, żeby ochłonąć. Ja z kolei ostatnimi czasy zaprawiona w tej technice, niemal perfekcyjnie doprowadziłam się do pełnego opanowania w przeciągu sekundy.
- Okey okey, pogadam z nią jutro. - odpowiedział, spoglądając kątem oka w moją stronę. Zapewne obawiał się, czy nie oberwie czymś po raz kolejny. Słusznie się obawiał.
- Wszystko odkładacie na jutro to jest nie do wytrzymania. Oddychanie sobie odłóżcie na jutro, zobaczymy ile wytrzymacie. - jęknęłam oburzona i wymaszerowałam z pokoju. Na dole usłyszałam chichot i krew się we mnie zagotowała. Byłam osobą, która jak na otoczenie, w którym żyła wykazywała się i tak dużą dozą cierpliwości, jednak czułam, że ta Melisa powoli umiera. Zastępuje ją natomiast żądna mordu, niecierpliwa i na granicy jakiegokolwiek miłosierdzia, panna Henderson. Zostając sama ze swoimi myślami, byłam przerażona tym, jak w ostatnim czasie mój mózg został zaprzątnięty przez najdziwniejsze sposoby na to, jak pozbyć się tego całego plastiku jaki ostatnio oblepił mój dom. Co było w tym najgorsze? Że żadne rozwiązanie nie wydawało się być wystarczająco dobre. Wychyliłam się przez barierkę i spojrzałam na nonszalancko rozpartego na kanapie Johna, z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni. Może nie było to zbyt uprzejme z mojej strony, ale w tym momencie miałam ochotę soczyście napluć mu do płynu, który teraz spokojnie sączył. Obok niego zauważyłam czuprynę natapirowanych blond włosów i co mnie zszokowało, nienaganny ubiór. Pomijając ogromny dekolt, który zapewne miał rekompensować braki znajdujące się pod wierzchnim okryciem i brak osobowości, nie odstraszała zbytnio swoim wyglądem. Ciekawość wygrała z uprzedzeniem i zsunęłam się kilka schodków w dół, żeby przyjrzeć się nieco lepiej nowej nieznajomej. Z wrodzoną delikatnością uderzyłam kostką o wystającą krawędź schodów, a huk jaki spowodowałam przypominał odgłos szalejącego tornada. - Kurna! - zaklęłam pod nosem wiedząc, że na pewno zostałam zauważona
- O Melisa! Miło, że jesteś, poznałaś już Natalie? - usłyszałam głos chrzestnego i wyprostowałam się z godnością, której nie powstydziłaby się angielska królowa.
- Nie miałam tej....przyjemności? - akcentując pytająco ostatnie słowo, stanęłam teraz już bez skrępowania przed drobną kobietą o kocim uśmiechu i szarych oczach.
- Widzisz, poznaliśmy się na koncercie i totalnie mnie oczarowała. - John posłał kolejny komplement w stronę Natalie i zachichotał jak stary wariat. Myślałam, że mnie zemdli.
- John mi sporo o tobie opowiadał, Melly - wtrąciła główna zainteresowana przesłodzonym głosem. O mały włos nie nabawiłam się cukrzycy, słysząc zdrobnienie, jakim mnie obdarowała. Patrząc na kobietę pewnie rozpartą na siedzeniu kanapy, do głowy napływała mi jakaś nieznana, nagła i niczym nieuzasadniona sympatia do matki Basha. Teraz byłam już pewna, że mój chrzestny chce, żebym oszalała.
- Myślałam, że dwoje dorosłych ludzi ma ciekawsze tematy niż nastoletni krewni, ale nie wnikam. - posłałam obojgu uśmiech, aby nieco złagodzić ton mojej wcześniejszej wypowiedzi. - Tak czy inaczej, ja już wychodziłam, więc nie będę wam przeszkadzać. - machnęłam dłonią i ruszyłam w stronę drzwi.
- Do zobaczenia. - usłyszałam za plecami głos Natalie.
- Nie sądzę. - mruknęłam pod nosem i wyszłam na zewnątrz. Rześkie powietrze omiotło natychmiast moją twarz, przywołując na nią gęsią skórkę. Wcisnęłam dłonie w kieszenie cienkiej kurtki, którą zarzuciłam na siebie przed wyjściem. Dzisiejszy dzień był wybitnie chłodny i pochmurny jak na zwykle słoneczną Barcelonę. Może pogoda miała odzwierciedlać stan mojego życia, w którym aktualnie się znajdowałam. Jedna, wielka, czarna d....dziura. Miałam wrażenie, że ciągle przed czymś uciekam i byłam tym już naprawdę zmęczona. Wskakiwałam w różne sytuacje, powodując jedynie szkody, ale nie miałam czasu na zastanawianie się nad lepszymi rozwiązaniami. - Tak kończy się pomaganie innym ludziom, Mel. Obiecuję, nigdy więcej. - wymruczałam pod nosem i z miną chmury gradowej opuściłam podjazd domu, udając się nigdzie indziej, jak tylko do mojej śmiertelnie obrażonej przyjaciółki.


*****


- Idź sobie wariatko! - Nadine krzyczała przez otwarte okno, zwracając przy tym na mnie niezdrowe zainteresowanie swoich sąsiadów.
- Nie zamierzam, dopóki mnie nie wpuścisz. - odpowiedziałam, uparcie tkwiąc na zadbanym trawniku przed domem przyjaciółki.
- Tak się ośmieszyłam, cała moja reputacja upadła! I wszystko przez ciebie! - darła się w dalszym ciągu i w tym momencie, to ona bardziej przypominała wariatkę niż ja, ale stwierdziłam, że chyba nie jest to dobra pora, żeby ją o tym uświadamiać.
- Nie przeze mnie, tylko przez twojego ukochanego, ślepego Sergiego. - zaśmiałam się, ale było to błędem, bo po chwili w moim kierunku pomknęła salwa najtwardszych owoców jakie świat widział. Ciekawe czy Nad się przygotowywała na moje odwiedziny, czy po prostu mogłaby otworzyć stragan w swoim pokoju.
- Nie nazywaj go tak! I nie jest mój do cholery! - w oknie razem ze słowami pojawiła się wykrzywiona grymasem wściekłości twarz dziewczyny. Jej niebieskie włosy powiewały na wietrze i smagały jej twarz niczym płomienie z samego Hadesu. Musiałam jej to przyznać, wyglądała groźnie. Zupełnie jak wtedy, kiedy ją poznałam. Wróciła do formy.
- Oo kogo moje piękne oczy widzą - obdarowałam ją uśmiechem, a ona prychnęła, wzbijając przy tym w górę kosmyk swoich włosów, które wiatr zaprowadził teraz na środek jej twarzy.
- Jestem na ciebie tak zła Henderson, że sobie nawet tego nie wyobrażasz! - fuknęła ponownie, ale widziałam, że mięknie. Rysy jej drobnej twarzy już się rozluźniły i wiedziałam, że mimo wcześniejszej furii, już się nie gniewa.
- Będę tu stać dopóki mi nie powiesz, że się nie gniewasz, za to, że cię wyciągnęłam na tamten trening. - oznajmiłam pewnym głosem i oparłam się o pień drzewa, które rosło naprzeciwko okna przyjaciółki.
- To trochę sobie postoisz. - odparła, ale nie zniknęła na powrót w swoim pokoju, co uznałam za dobry znak. Nadal stała w oknie z zaplecionymi na piersiach rękami i udawała oburzoną moją obecnością.
- Jak tego zaraz nie powiesz to zacznę tańczyć po twoim podjeździe z tamtym flamingiem i śpiewać serenady. A ty dobrze wiesz jak ja śpiewam. - zagroziłam unosząc znacząco brwi ku górze. Nadine nie odezwała się ani słowem, ale jej zaciśnięte w wąską linię usta znaczyły jedno. Powstrzymywała się ostatkiem sił, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Postanowiłam jej to nieco ułatwić i jak obiecywałam, tak zrobiłam. Zanim Nad zdążyła zaprotestować już porwałam różowego, długonogiego towarzysza z jej ogrodu i zaczęłam z nim skakać po całym trawniku.
- Es que yo sin ti,
  Y tu sin mi
  Dime quien puede ser feliz?
  Esto no me gusta!
  Esto no me gustaaaaaaaa! * - wyłam tak, dopóki nie usłyszałam jak niebieskowłosa biegnie do mnie po podjeździe.
- Zamknij się już wariatko i chodź do środka. - rzuciła i chwytając pod rękę, niemalże wciągnęła mnie do przedpokoju. Śmiała się razem ze mną, a na jej twarzy nie było już ani śladu po złości jaką jeszcze pół godziny temu czule pielęgnowała.
- Muszę przyznać, że twoja mama ma dobry gust, ale te flamingi mogła sobie odpuścić. - pokręciłam głową wdrapując się po schodach do pokoju przyjaciółki.
- Boże, z kim ja się zadaje.. - jęknęła ze zrezygnowaniem, jednak po chwili na jej ustach zagościł szeroki uśmiech, prezentujący jej idealne uzębienie.
- Widzę, że został ci ślad. - skrzywiłam się nieco widząc fioletowego siniaka niemal na środku czoła dziewczyny.
- Nie wychodzę z domu dopóki mi to nie zniknie. Nawet niezliczona ilość tapety, którą nakłada mi moja starsza siostra nie jest w stanie tego zakryć. - opadła na puchaty fotel w rogu pokoju, a ja otworzyłam szerzej oczy.
- Ty masz siostrę? - nie udało mi się zakamuflować zainteresowania, które podstępnie wkradło się do moich oczu. Przyjaciółka widząc moją reakcję, zdecydowała się nieco podelektować trzymaniem mnie w niepewności.
- Ano mam. - zaczęła, robiąc nieznośną pauzę -  Ma 26 lat i rodzice dali jej na imię Jessica. Jessica, rozumiesz? Ja bym ich chyba pozwała, gdyby mnie tak nazwali. Przecież to tak, jakby od dziecka założyli, że będzie plastikową lalą z twarzą, która nigdy nie była skalana myślą. - zaśmiała się z własnego "dowcipu", ale mój mózg zaczął myśleć o wiele szybciej ode mnie. Galopował do przodu, a ja całkowicie odcięłam się od rzeczywistości, by móc jakoś za nim nadążyć. Jeszcze w tamtym momencie nie byłam świadoma, czemu zarejestrował tą informację jako istotną, ale postanowiłam mu zaufać.
- I jak mniemam te wszystkie kosmetyki i pokłady różowego koloru w tym domu pochodzą od niej? - zapytałam powoli, patrząc na dziewczynę, która leniwie obgryzała ryżowego wafla. Po moim pytaniu powoli przytaknęła i przeniosła wzrok z jedzenia na mnie, zapewne doszukując się powodów mojego nagłego zainteresowania jej rodziną. - Nieważne, Opowiedz lepiej co się działo po tym jak cię Samper ustrzelił. - zmieniłam szybko temat, po czym usiadłam na fotelu naprzeciwko niej i spojrzałam na dziewczynę z niekrytym wyczekiwaniem na jej wersję wydarzeń.
- A jak myślisz co się mogło stać? Umarłam ze wstydu. - klepnęła się dłonią w czoło i zaraz tego pożałowała, ponieważ inteligentnie wycelowała w sam środek jej "wojennej" blizny. Pogratulowałam jej bezgłośnie pomyślunku, co zignorowała i przeszła do dalszego opowiadania. - Zrobiłam się cała czerwona do tego stopnia, że wtedy nawet tego pieroństwa nie było widać - tu wskazała z pretensją na swoje czoło.
- Ty byłaś czerwona? Trzeba było zobaczyć Sampera! Myślałam, że chłopak tam zaraz zawału dostanie. Nie ruszył się z miejsca przez 10 minut, baliśmy się, że jakiegoś szoku dostał i trzeba go będzie wynosić do szatni. - streściłam jej w kilku słowach sytuację po tym, jak Stegen zabrał ją do punktu medycznego. Rzeczywiście wtedy nie było mi do śmiechu, Sergiemu też, jedynym, który uznał to za zabawne był Neymar, ale on ma dziwne pojęcie o poczuciu humoru. - Teraz chłopaki wołają za nim "Kupidyn", bo niby cię ustrzelił tylko, że piłką.. - dodałam automatycznie, poprawiając się na miękkiej powierzchni fotela. - Ale osobiście uważam to za mało zabawne, Sergi chyba też.. - dokończyłam, widząc wyraz twarzy przyjaciółki.
- Słusznie, że mu głupio. Widziałam się z nim, kiedy wychodziłam ze stadionu. - odpowiedziała siląc się na beznamiętny ton, a ja mimowolnie się skrzywiłam znając temperament Nadine i to, co mógł usłyszeć od niej ten biedak.
- I co mu powiedziałaś..? - zapytałam ostrożnie mimo, że nie byłam pewna czy chcę poznać odpowiedź.
- Powiedziałam mu, że jeśli następnym razem będzie chciał ze mną pogadać, albo zaprosić mnie na randkę to niech podejdzie i porozmawia, a nie dokonuje zamachu na moje życie. - odpowiedziała lekko, oglądając swoje świeżo pomalowane na czarno paznokcie.
Cała Nadine, jednym prostym, wręcz żartobliwym zdaniem zapewne pozbawiła chłopaka resztek pewności siebie, której i tak zbyt wiele do tej pory nie miał. Zrobiło mi się szkoda młodego piłkarza, ponieważ był naprawdę sympatyczny i zasługiwał na lepsze traktowanie. Nie, stop Melisa! Obiecałaś sobie już nikomu nie pomagać.. Bo znowu skończysz tańcząc po trawniku z jakimś flamingiem, albo gorzej. - Ten cały Stegen jest całkiem miły. - powiedziała dziewczyna po chwili ciszy, a ja wróciłam do rzeczywistości, zostawiając swoje alter ego Matki Teresy w spokoju.
- Miły? - zapytałam niezbyt inteligentnie, a Nad tylko wykręciła młynka oczami.
- No wiesz, przystojny, wysoki, dobrze zbudowany i jaki troskliwy.. - zaczęła wyliczać ze śmiechem, a ja zrobiłam zbolałą minę. Czy to się da leczyć?
- Myślałam, że uważasz ich za egoistyczne korposzczury, niegodne twojej uwagi, a tu proszę jaka zmiana. - zaśmiałam się widząc, że Nadine absolutnie nie bierze na poważnie własnych słów. Dostałam sms-a. Nie spodziewałam się żadnych wiadomości, więc ciekawa jej treści, wyciągnęłam telefon. Była od Neymara, który zapraszał mnie dzisiaj  do siebie. Uśmiechnęłam się do ekranu i od razu odpisałam, że będę na pewno.
- Czyżby twój brazylijski Romeo cię wzywał? - zapytała dziewczyna, teraz żywo zainteresowana moją komórką.
- Romeo to z niego nie jest, ale chyba mówimy o tej samej osobie. - uśmiechnęłam się i ku wielkiemu niezadowoleniu Nad, schowałam telefon do kieszeni. - Mam mu pomóc zaaranżować miejsce przed domem, już dawno mu obiecałam i jakoś nie było czasu.
- Jakże romantycznie, dwoje zakochanych, magiczna Barcelona, nastrojowy wieczór, pusty dom i przekopywanie grządek. Masz rację, z nikim go nie pomyliłam, to na pewno Ney. - zaczęła rechotać, a ja tylko machnęłam ręką i podniosłam się z wygodnego fotela.
- Czas na mnie, świrusko. - powiedziałam, po czym pożegnałyśmy się i ruszyłam w stronę domu. Szłam przed siebie i czułam lekkość. Zupełnie jakby nie kamień, a tona gruzu spadła mi z serca. Teraz co by się nie działo wiedziałam, że mam przy sobie Nadine. Ona zawsze będzie po mojej stronie.


*****


Wracając do domu poczułam nieprzyjemny skurcz w okolicach żołądka. Samochód Natalie nadal stał na podjeździe co znaczyło zapewne, że jego właścicielka nadal okupowała salon. Zamknęłam na moment oczy. Możecie pomyśleć, że po prostu jestem małą, wredną istotą, która nie cierpi żadnej istoty tej samej płci, ale to nieprawda. To nie moja niechęć, a celność na poziomie niewidomego w doborze towarzystwa przez mojego chrzestnego. Miałam przeczucie, że przy Natalie, Carol może okazać się prawdziwym aniołem, piekącym szarlotkę i czekającym na Johna z szerokim uśmiechem i porcją miłości każdego dnia.
Widziałam ją zaledwie chwilę, ale wzbudzała we mnie taki niepokój, że niemal wstrząsały mną dreszcze. Z pozoru drobna, uśmiechnięta, poukładana, dla mnie była jednym słowem demoniczna. To chyba najtrafniejsze określenie jakim jestem w stanie ją opisać. Światło w pokoju Basha okazało się być dla mnie otuchą, że w razie jakichkolwiek problemów może chociaż raz mnie wesprze.
Weszłam do mieszkania, wcale się z tym specjalnie nie kryjąc i od razu ruszyłam w kierunku schodów. Stara, dobra metoda, przejść pewnie z uniesioną głową i zupełnie naturalnie, bo wtedy nie wzbudza się zbędnego zainteresowania. Co innego skradając się jak ninja amator.
Szło mi całkiem nieźle, do momentu kiedy znalazłam się pod schodami, postanowiłam więc ratować się pierwszą myślą jaką podsunął mi instynkt samozachowawczy.
- Bastian! - zawołałam i czym prędzej wbiegłam po stopniach, które zdawały się być dzisiaj wyjątkowo strome. Nie zastanawiając się co i czy cokolwiek od niego chcę, wparowałam mu do pokoju.
- Puka się. - usłyszałam westchnięcie w okolicach okna. Spojrzałam w tamtą stronę i moim oczom ukazał się chłopak siedzący niedbale na parapecie i wydmuchujący papierosowy dym w stronę otwartej przestrzeni.
- Musisz w domu? - skrzywiłam się, wachlując ręką i przedzierając się przez stosy ubrań i kartek na podłodze. - Sprzątasz tu w ogóle?
- A ty co, Sanepid? - spytał złośliwie i chuchnął mi nikotynowym odorem prosto w twarz. Zatrzymałam się zaciskając pięści i powieki.
- Nie, ale nawet nie masz pojęcia jak bardzo bym cię chciała teraz zepchnąć z tego okna. - odburknęłam na co chłopak tylko się roześmiał, odrzucając głowę do tyłu. Uniosłam brwi do góry, bo nie przypominałam sobie, żebym powiedziała coś śmiesznego.
- Do rzeczy. - klasnął w dłonie, zgasił peta na parapecie i zamknął okno. - Bo przecież po coś przyszłaś, no nie? - mrugnął do mnie swoimi nienaturalnie błękitnymi oczami i zanim zdążyłam coś powiedzieć, minął mnie i rozsiadł się na krześle. Brakowało mu tylko kota i wypchanych policzków.
- To już nie mogę tak po prostu do ciebie wpaść? - zapytałam, patrząc na niego uważnie, na co Bash wskazał roztworzone drzwi.
- Wpaść to naprawdę dobre określenie, Melisa. Ledwo wiszą na zawiasach. - zaśmiał się i porwał na kolana swoją ukochaną gitarę. Może to nie kot, ale gitara też może być. Oh zamknij się mózgu! Do rzeczy.
- Dobra, nie ma sensu odgrywać tej całej szopki. - przestąpiłam z nogi na nogę, nerwowo wyginając palce. Zmierzyłam chłopaka uważnym spojrzeniem. W niczym nie przypominał swojej matki. Nie ma co ukrywać, nie polubiłyśmy się, nie wzbudziła mojego zaufania, a i ja jej tego nie ułatwiałam, rzucając kłody pod nogi kiedy tylko to było możliwe. Miałam dość głupawego zachowania Johna i sprowadzania sobie do domu jeszcze głupszych panienek. Patrząc na Bastiana, miałam pewność, że to, co mój chrzestny poczuł do jego matki było prawdziwe. Jak inaczej można wytłumaczyć obecność jej syna w tym domu?
Czułam jak boleśnie wbijają mi się własne paznokcie, kiedy tak zaciskałam pięści, zmuszając się w myślach, żeby wykrztusić z siebie tych kilka słów. Jedynym co mnie do tego motywowało był upływający czas, który uciekał nieubłaganie do spotkania z Neyem i ta potworna Natalie na dole.
- Ja cię cały czas słucham - powiedział brunet, pobrzdękując na instrumencie.
- Wiesz, sporo myślałam o tej całej sytuacji ostatnio i jak już ci wcześniej mówiłam, nie podoba mi się ani trochę to, co się tutaj dzieje. - zaczęłam oczywiście na około, żeby dać sobie czas na zebranie odpowiednich słów. No dalej Mel, czas przestać dławić się własną żółcią i wyciągnąć dłoń na zgodę. Bądź dużą dziewczynką.. - Chcę namówić twoją matkę do powrotu. - wyrzuciłam z siebie jednym tchem, a oczy Basha urosły do niepokojących rozmiarów. Naprawdę, bałam się, że za moment gałki oczne mu eksplodują. - Tak, dobrze słyszałeś. - dodałam widząc szok, malujący się na jego twarzy.
- To może jutro? - zapytał, przywołując na usta swój firmowy uśmiech i nieodłączne opanowanie.
- Najpierw musimy pozbyć się Natalie, ale sama nie dam rady. - odpowiedziałam, na co chłopak wyciągnął dłoń w moją stronę.
- Jutro nadal aktualne. - uśmiechnął się z błyskiem w oku, a ja bez ani krzty wątpliwości w niepowodzenie tej akcji, uścisnęłam jego dłoń.


*****


Podniesiona na duchu, chciałam wierzyć, że wszystko wróci do normy. Może nawet jutro. Magiczne jutro. Jedno słowo pełne obietnic i nadziei, a jednocześnie skrywające strach i szansę na rozczarowanie, której nikt nie chce wykorzystać.
Korzystając z okazji, że John ze swoją nową "przyjaciółką" wyszli do ogrodu, wymknęłam się frontowymi drzwiami i wskoczyłam w czekającą już na mnie taksówkę. Pół godziny później stałam pod drzwiami domu piłkarza, z którego jak zwykle dobiegała głośna muzyka. Zapukałam kilka razy i o dziwo drzwi otworzył mi uśmiechnięty od ucha do ucha Brazylijczyk.
- Witaj moja piękna. - powiedział i porwał mnie od progu w ramiona, tym samym wciągając do środka i zamykając nogą drzwi.
- Mmm co za płomienne powitanie. - zaśmiałam się, kiedy chłopak po raz dziesiąty obracał mnie w powietrzu. Delikatnie pogładziłam dłonią jego policzek i złożyłam na jego ustach stęskniony pocałunek, na co odpowiedział tym samym. Znowu to samo, wspaniałe uczucie, jakby cały świat zniknął. Wszystkie problemy, zmartwienia nie miały racji bytu, bo on był obok. Teraz, kiedy byłam szczelnie zamknięta w jego ramionach, zdałam sobie sprawę jak ostatnimi czasy przebywaliśmy jedynie obok siebie, a nie z sobą. Zawsze z kimś, zawsze po coś, zawsze milion spraw na głowie każdego z nas i czas na jedynie szybkie złączenie ust, w biegu po kolejny tysiąc do miliona wcześniejszych rzeczy do zrobienia. Aż do momentu, kiedy zasmakowałam spokoju, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że tak bardzo mnie to zmęczyło. Miałam ochotę chrzanić ten ogródek i co się w nim znajduje, a zamiast tego spędzić z Neyem każdą minutę tak cennego dla nas czasu.
- Słyszysz to? - zapytał z uśmiechem, trącając nosem mój nos, a ja zmarszczyłam brwi w niemym pytaniu. - Cisza. Wreszcie nikt nam nie zawraca głowy. - zaśmiał się, a ja szczerze mu zawtórowałam.
- Przyznaj się, czym ich przekupiłeś, żeby się od nas odczepili chociaż na kilka godzin. - zaczepiłam go, kiedy odsunął się na kilka kroków, jednak tylko po to, żeby zaraz znów wyciągnąć do mnie dłoń.
- Myślę, że nawet z moją pensją się nie wypłacę, ale ważne, że cel został osiągnięty. A teraz chodź.. - ze śnieżnobiałym uśmiechem pociągnął mnie w stronę wyjścia do ogrodu za domem.
- Neymar, ty i taki zapał do pracy? Nie spodziewałabym się tego po tobie, leniu - zaśmiałam się, kiedy prędkość z jaką musiałam omijać meble osiągnęła pożywkę dla fotoradarów. Ten bez słowa, za to ciesząc się jak wariat wypchnął mnie na zewnątrz, a ja wprost oniemiałam. Stanęłam i nie byłam w stanie zrobić ani jednego, małego kroku naprzód. Nabieranie powietrza również okazało się być trudniejsze niż zwykle. I nie jest to skutek dziury ozonowej, a otoczenia, w którym się znalazłam. Określenie "piękne" było w tym przypadku obelgą dla całej wspaniałości tego, w co Brazylijczyk zamienił swój ogród. Z drzew zwisały lampiony, które dawały przyjemne, ciepłe światło, na równo przystrzyżonym trawniku widniała teraz dróżka z płatków czerwonych róż, wiodąca prosto do pięknie nakrytego stolika pod rozłożystym drzewem. Wszystko wyglądało cudownie, a ja? W rurkach, podkoszulku i bluzie, zupełnie nie pasowałam do tego obrazka. Teraz już wiedziałam, co musiał czuć Kopciuszek, kiedy dobra wróżka zrobiła "Babidi babidi bum" i wysłała ją na imprezę do pałacu.
- I jak ci się podoba księżniczko? - wyszeptał, przytulając się do wciąż oniemiałej mnie.
- To jest... matko jedyna brak mi słów.. - wykrztusiłam wreszcie i rzuciłam mu się na szyję. W odpowiedzi poczułam jak oplatają mnie silne ramiona, przymknęłam oczy i poczułam jak wszystkie moje napięte do granic możliwości, mięśnie się rozluźniają. Ufne, że nie muszą spodziewać się żadnego niebezpieczeństwa.
W tym nastrojowym miejscu zjedliśmy kolację, rozmawiając i śmiejąc się do rozpuku. Już zapomnieliśmy jak przyjemnie spędzaliśmy czas w swoim towarzystwie. Szansa, żeby sobie o tym przypomnieć, była warta każdej ceny. Na dworze było już zupełnie ciemno, a oświetlenie ogrodu w tej konfiguracji krajobrazu, naprawdę wyglądało nieziemsko.
Piłkarz podniósł się z miejsca i kliknął małym pilotem, po czym muzyka się zmieniła. Piosenka, którą włączył była wolna, z przyjemnymi dla ucha dźwiękami, który każdy osobno pieścił zmysł słuchu.
- Mogę prosić? - podbiegł do mnie i nie czekając na odpowiedź, przyciągnął mnie do siebie, tym samym podrywając z krzesła.
- Jesteś stuknięty.. - roześmiałam się, opierając głowę o jego czoło. Obrócił mnie sobie pod ręką, po czym z powrotem oplótł ramionami moją talię, a ja splotłam swoje dłonie na jego karku. Może nie był to profesjonalny taniec, ale zdecydowanie najlepszy, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam. Z pasją, uczuciami i tym tonięciem w oczach partnera z każdą kolejną sekundą coraz głębiej.
Gwiazdy świeciły tej nocy jasnym blaskiem, zupełnie jak te ukryte w jego oczach, które znajdowały się teraz zaledwie kilka centymetrów od moich. Czułam na swoich ustach jego gorący oddech, a mimo to po plecach dreszcze grały w berka. Wszystko, co składało się na ten stan było wyjątkowe, niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Brazylijczyk wziął mnie na ręce, a ja nie protestowałam, szliśmy coraz dalej i dalej, w głąb mieszkania.
Jeden schodek.
Drugi schodek.
Kolejne,
I ostatni schodek.
Pokój chłopaka, gdzie zniknęliśmy za płatem masywnego drewna. A co stało się za zamkniętymi drzwiami, za nimi też zostało.




*- "Jest tak że ja bez Ciebie
I Ty beze mnie 
Powiedz mi, kto może być szczęśliwy
To mi się nie podoba 
To mi się nie podoba" - ( Nicky Jam - "El Perdón" [ Enrique Iglesias ] )


Jak już wspominałam na początku, wróciłam. Po prostu nie mogłam bez Was żyć, wiedząc, że ciągle tu jesteście, czekacie, zaglądacie. To dało mi takiego kopa, że usiadłam i napisałam cały rozdział. Nie wiem jak z jego jakością, ale mam nadzieję, że jest znośna ;)
Co od siebie mogę dodać to to, że mam nadzieję, że moje życie trochę zwolni w ciągu kolejnych tygodni, a przynajmniej się unormuje.
Na ten moment wracam do Was jako studentka z dachem nad głową i kierowca bez samochodu ;)
Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku :*

my life is football, football forever pewnie, że Cię pamiętam! Tęskniłam Mordko <3

Zaległości na Waszych blogach nadrobię na dniach, a o co Was proszę, to o pozostawienie mi adresu do nich w komentarzach pod tą notką, żebym na pewno żadnego nie przeoczyła i mogła zebrać je w jednym miejscu :*

Tęskniłam.
Mówiłam to już? :)
To powtórzę, tęskniłam za Wami bardzo, a teraz do napisania niedługo.
Serio serio.
Obiecuję. :D


<3

sobota, 11 lipca 2015

Informacja.

Przykro mi, że tym, co wrzucam nie jest kolejny odcinek, ale niestety muszę się przyznać, że niezbyt mam jak go napisać. Ciągłe "coś" umiejętnie i skrupulatnie mi to uniemożliwia, także wybaczcie kochani, bo wiem, że czekacie i czekacie, a notki wciąż nie ma :(
Najdłuższe wakacje? Nic podobnego, tyle rzeczy do zrobienia na teraz, już, natychmiast, tyle ważnych decyzji do podjęcia, że to się w głowie nie mieści.
Dlaczego piszę? Bo czułam się zobowiązana poinformować Was o powodach, dlaczego kolejny odcinek się nie pojawia. Cieszy mnie to, że czekacie, ale jednocześnie smuci fakt, że musicie czekać :( :*
Muszę trochę poukładać swoje życie, bo jest ono w tym momencie w fazie przeobrażania się z "poczwarki w motyla" i muszę się przyłożyć do tego, żeby wyjść na ludzi :)
Tęsknię za Wami bardzo i postaram się dokończyć rozdział tak szybko, jak to będzie tylko możliwe. Nie mówię kiedy to będzie, ponieważ nie chcę znowu czuć, że w jakiś sposób Was zawodzę. Po prostu postaram się zrobić to najszybciej jak mogę. :)
Mam nadzieję, że się nie gniewacie i zajrzycie tu, kiedy pojawi się kolejny odcinek :)
Przepraszam za nieobecność i mam nadzieję, że już niedługo jakoś Wam to wynagrodzę :)

Całusy <3

czwartek, 18 czerwca 2015

32. Widzę cię w domu za pięć minut, za sześć zacznę wyrzucać wszystkie twoje graty przez okno. Zacznę od gitary. Całusy. Mel.

Jak zwykł mawiać mój mądry, kochany dziadek: Kac morderca nie ma serca. Kiedy śmiał się tak ze mnie bezpodstawnie, uznawałam to za świetny żart, jednak teraz, kiedy były ku tej sentencji powody wiedziałam, że jest cholernie prawdziwa. Po prostu lepiej bym tego sama nie ujęła.
Miałam ochotę się nieco rozerwać, ale nie przypuszczałam, że następnego dnia będę umierać. O ile pobyt na tarasie w towarzystwie Nadine i świeżego powietrza działał na mnie kojąco, jazda taksówką była istną walką z moimi nieznośnymi wnętrznościami z żołądkiem na czele. Modliłam się w duchu, żeby nie trafić na jakieś cholerne, barcelońskie korki, w których spędzę dobrą godzinę, ponieważ mój obecny stan zdrowia niezbyt mi na to pozwalał. Przeczytałam wiadomość od Basha od razu, jednak nie dostał on ode mnie żadnej odpowiedzi. Wcale a wcale nie byłam ciekawa jakie tym razem przedstawienie odegrała jego matka, na biednych oczach mojego chrzestnego. Mimo to z chłodną koniecznością wymalowaną w ciemnych oczach, osadzonych na bladej twarzy, zmierzałam właśnie w stronę domu. Gdzieś w głębi czułam, że to, co tam zastanę, nie będzie niczym, co chociaż przypominałoby normalność. I tym razem również się nie zawiodłam.
W środku było zupełnie cicho. Spodziewałam się co prawda, że John już pewnie od dawna jest w pracy, ale w takim razie zupełnie nie rozumiałam, w jakim celu Bastian ściągał mnie w trybie natychmiastowym do pustego domu. Zirytowana ściągnęłam buty i ostrożnie wysunęłam głowę z przedpokoju. W takich przypadkach, ostrożności nigdy zbyt wiele. Kto wie, czy to nie jedynie cisza między jedną a drugą burzą, a ja nie miałam ochoty oberwać flakonem lub innym równie "przyjaznym" przedmiotem użytku codziennego. Zaledwie kilka kroków wystarczyło mi, Królowej Bystrości, żeby zorientować się, że nie jestem tutaj sama. Przy kuchennym blacie siedział John i wyglądał jak kupka nieszczęścia z burzą czarnych włosów. Głowę miał zwieszoną i nawet nie podniósł jej, żeby przekonać się, kto narusza jego świątynię samotności i rozpaczy. Pachniało depresją na kilometr. Właściwie to pachniało moim dawnym, dobrym przyjacielem Jack'iem Danielsem, ale on był swego rodzaju specjalistą w dziedzinie takiego samopoczucia. Gdzie on, tam i smęty w radiu, taka nastrojowa, niezrozumiała magia.
- Czemu mój ulubiony chrzestny jest taki zgaszony? - zagadnęłam go ostrożnie, opierając się o framugę drzwi. Usłyszałam głośne, umęczone życiem westchnięcie. Uniosłam oczy ku niebiosom i bez słowa usiadłam obok niego. Siedzieliśmy tak w ciszy, którą rozdzierała jedynie muzyka płynąca z wieży w salonie. Po 20 minutach, nie wytrzymałam i podjęłam kolejną próbę porozumienia. - Powiesz mi wreszcie o co poszło? Przysięgam, jeszcze 5 minut tych kocich jęków i palne sobie w łeb.. - jęknęłam zrezygnowana i zatkałam dłońmi uszy. Nic nie miałam do Celine Dion i reszty łzawych kawałków z wybitną owczą manierą, które John starannie zmiskował na jakiejś samobójczej składance, ale wiedziałam, że w niczym mu one nie pomogą, a tylko nasilą niezdrowy, melancholijny nastrój.
- Po prostu wzięła walizki i się wyniosła.. - wydukał w końcu. Chrzestny spojrzał na mnie mętnym wzrokiem przez ułamek sekundy, po czym znów wrócił do śledzenia grających w berka na dnie szklanki, ostatnich kropelek bursztynowego płynu. Powstrzymałam westchnięcie i starając się panować nad swoim tonem głosu, kontynuowałam.
- O co poszło? - zapytałam bez ogródek. Odpowiedzi brak. W sumie czego się spodziewałam? Że padnie mi w ramiona, rozpłacze się i powie o wszystkich swoich uczuciach, niczym amerykańska nastolatka na tych ambitnych filmach, które wszędzie nam wciskają? Chyba do końca zwariowałam. - "Gdzie ty do cholery jesteś?! Widzę cię w domu za pięć minut, za sześć zacznę wyrzucać wszystkie twoje graty przez okno. Zacznę od gitary. Całusy. Mel." -  Dyskretnie wyciągnęłam z kieszonki telefon i drżącym od gniewu palcem, wystukałam sms do syna Caroline. Jeszcze godzinę temu, wielce zatroskany pisał do mnie o wsparcie, a teraz gdzie zniknął? Zostawił mnie samą problemem, jakże to męskie i rycerskie z jego strony. Jednak wiedziałam, że zaraz się tu pojawi. Nie z powodu troski, czy wyrzutów sumienia, a ze strachu o swoją ukochaną gitarę, ponieważ jak sądzę, zdawał sobie sprawę, że wcale nie żartowałam. Nastrój miałam naprawdę daleki od żartów.
- Wiesz, dużo krzyczała, wszystkiego nie pamiętam. - mężczyzna zaśmiał się gorzko, a ja aż podskoczyłam, nie spodziewając się zupełnie jakiegokolwiek odzewu z jego strony. Byłam wściekła. Wściekła na tą kretynkę, że tak grała na uczuciach Johna, odstawiając mu jakieś chore sceny i to w dodatku w jego domu, w którym jak sądzę zapomniała, że jest jedynie gościem. Wściekła byłam też na siebie, że wczoraj wyszłam, zamiast załatwić sprawę od razu i rozwiać jej wszelkie wątpliwości co do mojego mieszkania razem z wujem. Na Basha też byłam wkurzona, że nic nie zrobił, w końcu to jego matka i ma chyba na nią jako taki wpływ. Ogólnie byłam wściekła na cały świat.
- To przeze mnie? - zapytałam ponownie, znając już odpowiedź, a przewlekłe milczenie, tylko ją potwierdziło. - Rozumiem. John, jeśli chcesz i jest to dla ciebie i Caroline jakiś problem, to mogę się spakować i zmienić lokum. - zaproponowałam opanowanym głosem.
- Nie ma żadnego problemu! - trzepnął pięścią w stół tak nagle, że tym razem omal nie spadłam z krzesła, odskakując od blatu. Spojrzałam na niego przerażonym wzrokiem i byłam już pewna, że o to właśnie poszło. - Nigdzie nie będziesz się wynosić, Mel. To jest tak samo twój jak i mój dom i jeśli dobrowolnie nie będziesz chciała go opuścić, nigdy nie zamierzam cię wystawić z niego za drzwi. - wzruszające. Naprawdę.
- Carol chyba nie jest tego samego zdania? - padło kolejne pytanie na poziomie przedszkolaka. Jednak wiedziałam, że tym razem tylko takie muszę zadawać i obchodzić się z Johnem jak z tykającą bombą.
- Powiedzmy tak, Carol tym razem nie ma zbyt wiele do gadania. Nikt nie może rozkazać mi, żebym wybierał między kimś obcym a rodziną. - już dawno chyba chrzestny nie zaskoczył mnie taką miłą niespodzianką. Ucieszyły mnie jego słowa i to, że wreszcie zrozumiał, że nie można dać sobą manipulować. Przytuliłam się do niego, a on niezdarnie mnie objął. Dopóki siedziałam, prawie zapomniałam o rollercoasterze w mojej głowie, dlatego znalazłszy oparcie w ramionach Johna, nie zamierzałam tak szybko się z nich wyswobadzać.
- Rozstaniecie się..? - wyszeptałam cicho i poczułam jak mężczyzna wstrzymuje oddech. Teraz to już kompletnie brzmiałam jak dziecko. W tym samym momencie usłyszałam trzaśnięcie frontowych drzwi. Naszym oczom ukazał się Bastian z włosami rozwianymi we wszystkie strony świata, w ręku trzymał kask i patrzył równie niepewnym wzrokiem, jak ja godzinę temu. - Masz szczęście - zakomunikowałam mu bezgłośnym ruchem warg i odsunęłam się od Johna. - Co będzie teraz z Bashem? - zapytałam, patrząc uważnie w stronę chłopaka, mężczyzna również spojrzał w jego stronę.
- Nie było czasu, żeby o tym porozmawiać, ale jeśli chcesz możesz tu zostać, z tego co wiem, nie macie stałego mieszkania. - powiedział, a moje oczy rozszerzyły się do maksymalnej wielkości. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzało, ale odkąd mieszkam w Barcelonie mięśnie tej części mojej twarzy mają zapewniony regularny trening.
- Z przyjemnością, ale źle bym się czuł, niby czemu masz mnie przygarnąć? - chłopak był widocznie równie zaskoczony co ja, propozycją mojego wielkodusznego chrzestnego.
- Właśnie, John przecież to nie Caritas ani schronisko dla bezdomnych.. - próbowałam zażartować, ale obydwaj zgromili mnie spojrzeniem.- Okey, rozumiem, za wcześnie. - uniosłam ręce w obronnym geście i wycofałam się w stronę lodówki.
- Nie za darmo. - sprostował mężczyzna i momentalnie się wyprostował. Coś jakby załączył mu się tryb pracy. Diagnoza: nieuleczalny pracoholizm. Myślę, że powinnam pomyśleć o medycynie. - Co wieczór słuchałem przez ścianę jak brzdękasz na tej swojej gitarze. Może chciałbyś grać wieczorami u mnie w hotelu? - zaproponował, a ja mało nie zakrztusiłam się sokiem, który właśnie łapczywie pochłaniałam. John chyba naprawdę upadł na głowę, albo Carol podczas wczorajszej kłótni rzuciła w niego jakąś ciężką walizką. Zignorowali obaj moje próby walki o oddech i wpatrywali się w siebie niczym dwaj bohaterzy z westernu w samo południe. Nie żeby od razu chcieli się pozabijać, to raczej ich powaga zabijała wszelkie, wesołe stworzenie dookoła.
- Nie mogłem marzyć o lepszej propozycji. - odpowiedział w końcu syn Carol z szerokim uśmiechem na wąskich ustach i podszedł do właściciela hotelu, ściskając jego dłoń.
- Koniec tych czułości, bo czuje się ignorowana. - przerwałam i podeszłam bliżej. John zagarnął mnie ramieniem i uśmiechnął się pierwszy raz tego dnia.
- Nie ma tego złego, mam nadzieję, że twoja matka nie będzie miała nic przeciwko temu, że tu zostaniesz i będziesz dla mnie pracował. - powiedział, ściągając ledwie zauważalnie usta, jakby na samą myśl o Carol, coś wykrzywiało mu twarz.
- Jestem dorosły, to moja decyzja. - odpowiedział i popatrzył na mnie wzrokiem pod tytułem "co tu się przed chwilą stało". Posłałam mu nikły uśmiech i zwróciłam się do Johna.
- Nie przypuszczałam, że kiedyś ci to zaproponuje, ale może idź, popracuj, w sumie to cię relaksuje. - położyłam dłoń na ramieniu chrzestnego, a on podniósł się z miejsca i wziął szklankę w dłoń. - Jack zostaje. - wykazując się nadprzyrodzonym refleksem, zabrałam mu sprzed nosa butelkę i schowałam ją za plecami. Pokręcił głową z niedowierzaniem i wyszedł na taras, zgarniając po drodze teczki z dokumentami.
- Nie spodziewałem się takiego powitania. - z zamyślenia, w które wpadłam wyrwał mnie głos Basha. Niczym trzygłowy smok, natychmiastowo odwróciłam głowę w jego stronę, czułam jak automatycznie zamiast oczu powstają w tym miejscu małe szparki.
- Żarty sobie ze mnie robisz? - dźgnęłam go palcem w pierś, a on uniósł do góry brwi ze zdziwienia. - Nie wiedziałeś co zastaniesz, ale ściągnąłeś mnie tu, żebym sprawdziła teren, zanim łaskawie wrócisz. Mam ochotę rozwalić ci tą twoją gitarę na głowie! - warknęłam mijając go i wspinając się po schodach.
- Nie lubisz jak gram? - zapytał, doganiając mnie, a ja przewróciłam oczami. Słyszałam to rzępolenie codziennie przed snem i z ciężkim sercem musiałam przyznać, że miał talent.
- Jeśli przez ciebie ogłuchnę, to do końca życia się nie wypłacisz na moje odszkodowanie. - odpowiedziałam jedynie i zatrzymałam się przed drzwiami. Nie miałam zamiaru mówić mu o moich, prawdziwych odczuciach dotyczących jego muzyki, ponieważ było więcej niż pewne, że wpadnie w samozachwyt i stanie się absolutnie nie do zniesienia. Jeden narcyz w zupełności wystarczył. Narcyz, który jeszcze się nie odezwał.
- W takim razie nic tu po mnie, idę na randkę z Clarissą. - usłyszałam głos, który ściągnął mnie z powrotem na ziemię.
- Kto to jest Clarissa? - zapytałam nieprzytomnie i zaplotłam dłonie na piersi, a chłopak wybuchnął głośnym śmiechem. Spojrzałam na niego jak na niezrównoważonego psychicznie, którym chyba był i czekałam aż wyjaśni, co go tak bardzo rozbawiło.Nie dane mi było jednak tego doświadczyć, bo zniknął za drzwiami swojego pokoju, nadal zanosząc się śmiechem jak wariat. Po chwili otworzył drzwi z gitarą w dłoni.
- Nie musisz być taka zazdrosna, przedstawiam ci Clary. - mrugnął do mnie okiem, a we mnie aż się zagotowało.
- Zazdrosna? O ciebie? Chyba od tego kasku resztki szarych komórek ci się przegrzały. - odpowiedziałam mu i wsunęłam ciało do swojego pokoju. Co za bezczelny typ! Jak mógł w ogóle sugerować coś tak niedorzecznego? Jednak ja, Mel Henderson, nie zamierzałam dać się sprowokować takiemu żółtodziobowi w dziedzinie sarkazmu. Tym bardziej, że sytuacja wskazywała na to, że tak łatwo się go z domu nie pozbędę.


*****


- Ostatnio masz same głupie pomysły! Myślałam, że to ja jestem wystrzelona na inną orbitę, ale poznałam ciebie i nagle jestem ostoją normalności. Nie podoba mi się to, wariatko! - Nadine znowu na mnie krzyczała, tym panicznym, piskliwym głosem, który nawet trzylatka by nie przestraszył.
- Myślałam, że wiesz w co się pakujesz, stając się "mi pettite" przyjaciółką.. - odpowiedziałam beznamiętnie, zmierzając w stronę Camp Nou z torbą treningową przewieszoną przez ramię i z niebieskowłosą, uwieszoną na mojej drugiej kończynie. Ona również ściskała torbę ze strojem.
- Wydawało mi się, że jesteś normalniejsza. - odburknęła, niechętnie powłócząc nogami. Mimo "gorącej pory" w świecie piłki nożnej, Luis Enrique, po długich i mozolnych błaganiach, zgodził się, żebyśmy mogły dzisiaj dołączyć do chłopaków. Nadine nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, ile czasu zajęło mi urabianie trenera, żeby pozwolił nam się tam pojawić, nie mogłam zmarnować tej szansy na porządny trening. Czemu wlokłam ją tam ze sobą? Z bardzo prostej przyczyny o nazwisku Samper.
- Wydawało mi się, że jesteś odważniejsza. - zripostowałam i pchnęłam drzwi frontowe, wchodząc pewnym krokiem do środka. Po moich słowach dziewczyna widocznie się nabzdyczyła, wyprostowała i przybrała pozę bojową. W rzeczywistości wyglądała jak przestraszona surykatka, ale już nie odezwałam się na ten temat ani słowem. W końcu leżącego się nie kopie.
Po drodze nie spotkałyśmy ani jednej znajomej twarzy, co było lekko przytłaczające w takim tłumie ludzi, jednak dzielnie przecisnęłyśmy się do wydzielonych miejsc na szatnie. W pierwszej chwili przez myśl przemknął mi szatański pomysł, żeby ze śmiertelną powagą powiedzieć Nad, że jest tylko jedna szatnia, razem z chłopakami. Jednak patrząc na jej aktualny stan psychiczny, stwierdziłam, że nie mogę jej tego zrobić. Gdybym się odważyła sądzę, że nie musiałabym czekać do śmierci, żeby smażyć się w piekle na wolnym ogniu, bo natychmiast zakończyłabym żywot samozapłonem. Bez większych wyjaśnień pociągnęłam ją w stronę dobrze znanych mi drzwi, które z hukiem za nami zamknęłam. Spojrzałam na zegarek. - Okey mamy 10 minut do rozpoczęcia treningu i około dodatkowe pól minuty zanim Enrique dostanie piany, także pełen spokój. - roześmiałam się i zaczęłam wyjmować z torby korki, podczas gdy moja przyjaciółka siedziała jak w transie na jednej z ławek. Rzuciłam w nią ręcznikiem, żeby się obudziła, jednak puchaty materiał wylądował bez odzewu na jej twarzy. - Następnym razem to może być piłka, radzę ci się obudzić Nad. - odwróciłam się plecami i zaczęłam przebierać, a ona poszła w moje ślady. Naprawdę jej ostatnio nie poznawałam. Po tym, jak pierwszy raz pojawiła się na tym stadionie, totalnie się zmieniła. Nadal miałam jednak nadzieję, że to tylko przejściowe i już niedługo wróci ta sama, szalona kupka nieszczęścia, z którą zaprzyjaźniłam się jakiś czas temu.
- Jak wyglądam? - zapytała, a ja zmierzyłam ją wzrokiem.
- Jak profesjonalny piłkarz. - odpowiedziałam z uśmiechem, a ona spojrzała na mnie wzrokiem małego, niebieskiego oposa.
- Sugerujesz, że mam krzywe nogi? - zaczęła w popłochu oglądać swoje kolana, a ja podeszłam do niej i poklepałam ją po plecach, żeby się wyprostowała. Kiedy to zrobiła, z chirurgiczną precyzją i saperskim wyczuciem kopnęłam ją w kolano, które automatycznie się zgięło.
- Teraz są krzywe. - zaśmiałam się i ruszyłam w stronę drzwi. Mówiłam już? Mam problemy z okazywaniem uczuć.


*****


Zgodnie z przewidywaniami, Luis fukał i zapowietrzał się z częstotliwością co 5 sekund, kiedy spóźnione wmaszerowałyśmy na trening. Stwierdzając, że rozkładamy mu cały plan treningowy, cisnął podkładką o murawę i poszedł napić się kawy. Przy takiej ilości stresu sugerowałabym mu raczej melisę, kubek, dwa, ewentualnie wiadro, ale to jego życie.
- Cześć piękna. - poczułam ciepły oddech na karku i momentalnie się odwróciłam.
- Cześć przystojniaku! - bez zastanowienia rzuciłam się Brazylijczykowi na szyję, zasypując go przy tym bliżej nieokreśloną masą, odwzajemnionej z resztą, czułości.
- Nie przy ludziach. - niezwykle romantyczną chwilę przerwał nam jęk pozostałych, a chłopak w odpowiedzi jedynie wesoło się roześmiał.
- Mogę to korzystam. - wyszczerzył białe zęby w uśmiechu, a ja nie przedłużając, zabrałam mu spod nogi piłkę i pobiegłam z nią na środek boiska.
- Plotki później, teraz czas na grę panowie! - zawołałam z uśmiechem. Wreszcie czułam się cudownie, jakbym odnalazła coś, co dawno temu straciłam. Miękkość trawy pod stopami, akustyka stadionu, tysiące, pustych teraz, krzesełek, niepowtarzalna atmosfera. To właśnie tutaj działy się cuda. Zwycięstwa, porażki, pot, łzy radości, smutku. Stojąc w tym miejscu czułam, że mogę wszystko. Latanie też nie stanowiło problemu, ponieważ i tak duchem lewitowałam nad idealnie przyciętą trawą, żeby nie zbeszcześcić jej przypadkiem moją marną, ziemską powłoką. Po wysączeniu wystarczającej ilości brązowego płynu, na boisko wrócił trener i zarządził taśmowe strzały na bramkę. Wszyscy zmęczeni jak konie po westernie, posłusznie wykonali polecenie. Ja też ustawiłam się dzielnie w kolejce i szukałam wzrokiem Nadine. Namierzyłam ją dopiero w okolicach bramki, gdzie gadała z ter Stegenem i zaczęłam machać w jej stronę, żeby uciekła stamtąd póki nie zauważy jej Luis.
- Świetnie! Jedna niech spróbuje bronić. Tylko delikatnie chłopcy, żeby jej krzywdy nie zrobić! - moje wysiłki poszły na marne, ponieważ Nad została już namierzona i zestrzelona przez Luisa per Sokole Oko. Chciałam jej tego oszczędzić, ale kolejny raz się nie udało. W miarę jak przesuwała się kolejka, myślałam ile jeszcze minie dni, godzin, a może minut zanim moja przyjaciółka mnie do końca znienawidzi.
Każdy oddał po kilka mocnych strzałów kiedy bronił Marc i trener wyglądał na zadowolonego. Pod koniec, kiedy cała drużyna była już totalnie zmęczona, bramkarz wciągnął do obrony Nad. Byłam z niej dumna, obroniła kilka naprawdę dobrych strzałów, ale później stało się "to". Widziałam tylko jak piłka leci prosto w jej głowę. Nawet, prawie dwumetrowy, Stegen, który rzucił się, żeby obronić ją przed uderzeniem, nie zdążył doskoczyć do piłki. Nadine upadła na murawę powalona strzałem, "ukochanego" Sergiego, który wyglądał jakby ktoś poraził go prądem.
- Zabił mnie! - zawyła Nad, trzymając się za głowę. Bramkarz podniósł dziewczynę i zanim Samper zdążył wykonać jakikolwiek ruch, już niósł ją w stronę trybun, gdzie siedzieli medycy.
- Zabawna ta twoja Nadine. - powiedział Neymar, a mi jedynie drgnęła powieka w nerwowym tiku. Jeszcze przed chwilą zastanawiałam się kiedy mnie znienawidzi? Czułam w kościach, że chyba nastąpi to szybciej niż myślę.


*****


Przez ostatnie kilka dni odnosiłam wrażenie, że jestem jak jakaś jednostka interwencyjna. Mel to, Mel tamto, wynieś, przynieś, pozamiataj, skoś trawnik, zdejmij kota z drzewa, umyj odrzutowiec i zamieć pustynię. Ten dzień nie różnił się niczym od innych.
- "Przyjedź do hotelu, ktoś musi chyba ogarnąć Johna" - dostałam sms-a od Leo. Zdziwiłam się najpierw widząc nadawcę, a następnie treść, ponieważ totalnie mi to do siebie nie pasowało. Nie zadając żadnych pytań, wsiadłam w taksówkę i po pół godzinie wysiadłam pod hotelem. Słońce prażyło tak nieznośnie, że wydawało mi się, że zaczynam się roztapiać z każdą sekundą zanim weszłam do klimatyzowanego lobby. Na miękkich fotelach w kącie siedzieli Neymar i Messi, co zauważyłam po nastroszonych włosach Brazylijczyka. Podeszłam do nich zaciekawiona i zaniepokojona nagłą wiadomością. Przywitałam się z Leo, po czym podeszłam do Neya i złożyłam na jego ustach długi, czuły pocałunek. Usadził mnie sobie na kolanach i objął mnie w pasie, a ja na moment zapomniałam, że przyszłam tu w konkretnym celu.
- Co nie tak z Johnem? - zapytałam Argentyńczyka, patrząc na niego uważnie, a on skrzywił się lekko i skinął głową w stronę recepcji.
- Sama zobacz. - powiedział ostrożnie, prowadząc mnie wzrokiem. Spodziewając się co mogę tam zobaczyć i jednocześnie prosząc, żeby nie mieć racji, odwróciłam głowę we wskazanym kierunku. Tym razem moje błagania nie zostały wysłuchane. Osobiście uważam, że proszę o tyle, że już po prostu tam na górze mają mnie dość, coś na wzór tabliczki "Tej pani już nie obsługujemy".
Nonszalancko oparty o blat recepcji stał mój chrzestny, rzekomy poważny właściciel hotelu i flirtował z jakąś dwudziestoparoletnią młódką, która nie wyglądała na najjaśniejszą gwiazdę na niebie. Ciągle chichotała, wyglądając jakby predator próbował z niej właśnie uciec i owijała sobie wokół palców kosmyki blond włosów, co stanowiło poważne zagrożenie dla oczu przechodzących obok gości. Patrzyłam jak chrzestny zaprasza tą sztuczną pannę do restauracji mimo, że powinien wskazać jej raczej drogę powrotną do kliniki chirurgii plastycznej.
- Która to w tym tygodniu? - usłyszałam cichy głos Neymara za plecami.
- A co dzisiaj mamy? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie i zerknęłam na piłkarza kątem oka.
- Czwartek.
- To czwarta. - odpowiedziałam beznamiętnie, jednak w środku mnie wszystko krzyczało. Odkąd Carol się wyprowadziła, tak właśnie John odreagowywał ich kłótnię. Codziennie inna, równie głupia i pusta panna. Powoli zaczynałam mieć tego serdecznie dość i nawet zaczęłam się zastanawiać, czy matka Basha nie była mniejszym złem. Poczułam silniejszy nacisk ramion Brazylijczyka, które z troską owinęły się teraz również wokół moich ramion. Byłam mu wdzięczna za takie zwykłe, ludzkie wsparcie. Leo też, nawet za to, że siedział i milczał. Milczał razem ze mną, bo co lepszego można było zrobić?






I kolejny skończony! :D
Taki skromny prezent Wam zrobiłam w swoje urodziny :) Mam nadzieję, że chociaż udany :*
Jakoś mało Neymara tu wychodzi, ale w sumie nie wiem czy Wam to jakoś bardzo przeszkadza. Jak przeszkadza to proszę mówić, upominać się, składać zamówienia :D
Godzina nawet przyzwoita, szczególnie patrząc na to, że dopiero za pół godziny zaczyna się mecz Brazylia - Kolumbia. Nie wiem czy ktoś pokusi się o oglądanie, ale ja sądzę, że mnie za drzwi wystawią jak im włączę telewizor o tej godzinie i będę przeżywać jak to grają i jaki sędzia jest ślepy bądź zbyt dokładny. No nic zawsze pod górkę :)
Mam nadzieję że do napisania jeszcze w czerwcu <3


<3

poniedziałek, 1 czerwca 2015

31. Wreszcie cię mam i uwierz, że nie wypuszczę cię z moich objęć już nigdy. Choćby świat miał spłonąć tu i teraz.

Szykowanie się kiedykolwiek i gdziekolwiek w moim wykonaniu nie było zbyt spektakularne i tak też było tym razem. "I tak nikt jutro nic nie będzie pamiętać."- z takiego właśnie założenia wychodziłam.
Wciągnęłam na siebie zwiewną białą sukienkę przed kolano, przyozdobioną czarnymi grochami. Włosy podpięłam po bokach, żeby niesforne kosmyki nie pchały mi się, nieproszone do oczu, a same oczy obrysowałam czarnym eyelinerem.
- El perfecto. - uśmiechnęłam się do swojego odbicia, zakładając pozłacane kolczyki w kształcie okręgów. Zamknęłam pokój i widząc, że u Bastiana świeci się światło, podeszłam do drzwi i oparłam się o framugę, kilka razy w nią stukając. Siedział po turecku, oparty o ścianę z gitarą na kolanach. Był ewidentnie w swoim świecie i zarejestrował moją obecność dopiero kiedy ostentacyjnie odchrząknęłam. Podniósł na mnie spłoszony wzrok błękitnych oczu, wyłaniających się spod brązowej grzywy, a ja posłałam mu nikły uśmiech.
- Przyszłaś się zaprezentować? - uśmiechnął się po kociemu i zlustrował mnie od góry do dołu. Wywróciłam młynka oczami.
- Nieeee.. - odpowiedziałam przeciągle - Przyszłam tylko powiedzieć, że wychodzę, a jak się dowiem, że podczas mojej nieobecności byłeś w moim pokoju to wiem gdzie cię znaleźć. - dodałam z uśmiechem. Musiałam przyznać, że niechęć jaką darzyłam tego gościa na początku, od pewnego czasu po prostu wyparowała. Czego nie mogłam powiedzieć o jego matce. Polubiłam mieszkanie z Bashem, ponieważ dzięki niemu, dom nie wydawał mi się tak pusty. Wcześniej, kiedy John pracował, zazwyczaj siedziałam sama i oglądałam telewizję, teraz zawsze był jeszcze ktoś, z kim od biedy można było spędzić trochę czasu lub wymienić się uroczymi złośliwościami. Sama nie wiem, co mnie przekonało, ale postrzegałam jego osobę jako jedyny plus związku mojego chrzestnego z Carol. To trochę tak, jakbym nagle zyskała starszego brata, a jak wiadomo dwoje nastolatków w domu to najlepsza recepta na pozbycie się z domu nudy i spokoju.
- Grozisz mi? - uśmiechnął się szerzej, a ja odgarnęłam włosy z ramienia.
- Ja tylko uprzedzam, a co z tym zrobisz to już twoja decyzja, twoje kredki i twój blok rysunkowy. - odparłam poprawiając sukienkę.
- Blok rysunkowy? - roześmiał się po moich słowach. Zerknęłam przelotnie na zegar, który naglił do wyjścia.
- Jest piątek wieczór, zaszalej, może być nawet techniczny. - wyszczerzyłam zęby w uśmiechu i zniknęłam za drzwiami.
- Baw się dobrze wariatko i nie dzwoń, bo jak mnie obudzisz to też wiem, gdzie cię znaleźć! - usłyszałam jeszcze głos Basha i uśmiechnęłam się pod nosem. Gdzieś w środku cieszyło mnie to, że potrafię się z nim dogadać, znaleźć wspólny język. Życie pod jednym dachem, traktując się nawzajem jak śmiertelni wrogowie, mogłoby być jednak na dłuższą metę nieco uciążliwe.
Szłam korytarzem w naprawdę dobrym nastroju, czekała mnie w końcu zupełnie beztroska noc w gronie przyjaciół. Zatrzymałam się przed sypialnią Johna, ponieważ chciałam poinformować go o tym, że wychodzę. Mój wiek wiekiem, ale mieszkałam pod jego dachem i uznawałam za stosowne, żeby wiedział gdzie jestem. Podniosłam dłoń z zamiarem rytmicznego uderzenia kostkami palców o drewno, jednak zamarłam, słysząc przyciszony głos Carol. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam.
- Johny, ona ma już 18 lat, naprawdę musi tu mieszkać..? - to pytanie niemal zwaliło mnie z nóg. Niepojęte dla mnie było, skąd ta kobieta miała w sobie tyle tupetu. Jednak samo pytanie nie było najgorsze. Złem samym w sobie była cisza, która po nim zapanowała. Nie usłyszałam nawet szeptu sprzeciwu ze strony chrzestnego. Nic w stylu: "Absolutnie! Mel to moja chrześnica i nie wystawię jej za drzwi". Pełne, niepojęte i nieograniczone NIC. Zirytowana do granic możliwości ruszyłam w dół schodami, czując niemal jak stopnie stają w płomieniach pod wpływem mojego dotyku. Jak ona mogła coś takiego powiedzieć? I jak John mógł pozwolić jej na taką zuchwałość? Byłam zniesmaczona i rozczarowana tym, czego przed chwilą byłam świadkiem. Nie oglądając się za siebie ani razu, wyszłam z domu trzaskając frontowymi drzwiami tak mocno, że oprócz Johna, Caroline i Bastiana, słyszeli mnie z pewnością wszyscy, okoliczni sąsiedzi.


*****


- Nienawidzę cię. Kurna, jak ja cię nienawidzę. - Nadine powtarzała te słowa jak mantrę, odkąd tylko wsiadłam z nią do taksówki. Teraz stała przed wjazdem do domu Brazylijczyka i zaciągała się papierosowym dymem tak mocno, że bałam się, że się udusi.
- Ohh daj spokój, Nad.. Powiesz do mnie dzisiaj coś innego? - zapytałam beznamiętnie, obracając zapalniczkę w dłoniach. Coraz więcej osób zjeżdżało się pod dom Neymara podczas gdy my ukrywałyśmy się w krzakach pod jego domem. - Chodź, bo wyglądamy jak psychofanki tego egocentryka. - rzuciłam i pociągnęłam ją w stronę podjazdu, nie pozwalając tym samym dokończyć jej rakotwórczej uczty.
- Szkodzisz środowisku. - burknęła, powłócząc nogami, czym skutecznie opóźniała nasze dotarcie pod drzwi barcelońskiej '11'.
- Jakoś to przeżyję.. - wywróciłam młynka oczami, nadal uparcie ciągnąc przyjaciółkę w stronę drzwi. Nie mogłam zrozumieć, czemu była taka uparta. Przecież gołym okiem było widać, że Sergi jej się podoba. Owszem, zaliczyła hollywoodzką wpadkę, ale chłopak wcale nie sprawiał wrażenia, jakby zamierzał jej to wypominać do końca jej marnego żywota. Wręcz przeciwnie. Więc czemu, na litość boską, Nadine Martinez tego nie dostrzegała?!
- Melisa! - usłyszałam wołanie, jednak pośród tłumu ludzi nie byłam w stanie zlokalizować skąd ono dochodziło. Obkręciłam się wokół własnej osi, jednocześnie pilnując niebieskowłosej, żeby nigdzie, niepostrzeżenie nie uciekła. - Nareszcie! - czyjaś niedźwiedzia dłoń opadła na moje ramię, a ja w pełnej gotowości do ataku, odwróciłam się w stronę potencjalnego napastnika.
- Cholera, Gerard! O mały włos i bym cię uszkodziła. - powiedziałam, kiedy moim oczom ukazał się lekko zadyszany piłkarz.
- Tu jest tak gęsto, że przedarcie się gdziekolwiek graniczy z cudem. Czy on zaprosił połowę Barcelony?! - usprawiedliwił się, wyrównując powoli urywany oddech. W odpowiedzi jedynie wzruszyłam ramionami i wspięłam się na palce, żeby zbadać jaka odległość dzieli nas od wejścia. Czułam się jak na jakiejś darmowej imprezie w klubie, gdzie wszyscy usiłowali wejść metodą tratowania innych. Istna dżungla, jaka zapanowała przed domem piłkarza, została okiełznana dopiero przez dźwięk otwieranych drzwi. Patrzyłam wokoło i nie dowierzałam po pierwsze, że Ney zna tych wszystkich ludzi, a po drugie, że oni wszyscy się tam zmieszczą. Mimo dobrych chęci, to nie był mój problem, byłam zwykłym gościem, do którego obowiązków należała dobra zabawa, a nie pilnowanie pijanego bydła. Kiedy wreszcie udało nam się wlać do środka, odetchnęłam z ulgą, łapiąc wreszcie w płuca powietrze. Wlaliśmy się, jest najlepszym określeniem na naszą teleportację do domu Neymara, ponieważ ilość ludzi na zewnątrz nie pozwalała na samodzielne kroki. Tłum niósł cię przed siebie, a twoim zadaniem było jedynie pilnowanie względnej równowagi, zupełnie jak na koncercie heavy metalowym. Rozglądaliśmy się jak trzy przestraszone, zdezorientowane owieczki, pośród wielkiego stada baranów, kiedy ktoś wciągnął nas na schody.
- Rafaela! - krzyknęłam uradowana widokiem dziewczyny i już po chwili obydwie serdecznie się witałyśmy. Przedstawiłam jej Nadine, która z normalną dla siebie rezerwą, podała jej dłoń.
- Tak pomyślałam, że was ocalę od rychłej śmierci, zanim zostaniecie zagnieceni. - zaśmiała się ukazując rzędy perłowych, prostych zębów. Miała rację, jeszcze chwila i utonęlibyśmy w gromadzie uczestników imprezy.
- Czy twój brat oszalał?! - zapytał Hiszpan bez zbędnego wstępu. Nie protestowałam, ponieważ to samo pytanie kołatało mi się w głowie od jakiś dobrych 15 minut.
- Powiedzmy, że jak coś robi to z rozmachem. - dziewczyna zaśmiała się serdecznie i wskazała nam długi korytarz na górze, którym ostatnio samotnie wędrowałam. Na dole rozbrzmiała już głośna muzyka i pozostało nam jedynie posługiwanie się gestykulacją.
- Witam w imprezowym raju! - usłyszeliśmy głos Brazylijczyka i wszyscy, jak na komendę unieśliśmy do góry brwi.
- Chłopie, ty chcesz ochrzcić ten dom, czy się go pozbyć? - Pique ze śmiechem uściskał kumpla i podszedł do barierki, żeby z góry móc wypatrywać znajomych mu twarzy.
- Góra jest tylko dla uprzywilejowanych także jakoś przeżyjemy. - odpowiedział chłopak, witając się z Nadine. A ja? Ja przycupnęłam sobie pod ścianą, jak mała, szara myszka i czekałam aż cała reszta się ulotni i będę mogła mieć uwagę piłkarza tylko dla siebie. Obserwowałam jego ruchy, uśmiech, usta, oczy, sama wyznaczając sobie niewidzialną barierę, która powstrzymywała mnie od natychmiastowego rzucenia się mu na szyję. Wiedziałam jedno, im dłużej torturowałam się brakiem jego bliskości, tym bardziej jej pragnęłam. Dziwne, palące, a jednak naturalne u zakochanej osoby uczucie. Zakochanej? W tej egocentrycznej, celebryckiej porażce, noszącej bezczelny, a jednocześnie najbardziej na świecie uroczy, uśmiech? Tak, chyba tak. Mel Henderson pierwszy raz czuła tak wyraźnie wszystkie kotłujące się w niej emocje.
Z dalszej, dziwacznej udręki wybawił mnie w końcu głos Pique.
- Chyba widzę Bartrę i Leo! - krzyknął uradowany i odskoczył od barierki jak poparzony. Spojrzał na całe towarzystwo z szerokim uśmiechem na twarzy, ale widocznie napotkał moje znaczące spojrzenie, ponieważ złapał siostrę Neya i Nad, po czym pociągnął je na dół w wesołej euforii.
- Nie cieszysz się na mój widok? -usłyszałam szept obok swojego ucha, dosłownie sekundę po tym, jak tamta zgraja wariatów zniknęła na schodach.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak się cieszę. - uniosłam kąciki malinowych ust, zadzierając głowę do góry i odważnie patrząc chłopakowi w oczy. Widocznie potraktował to jako zaproszenie, bo chwilę później jego wargi czule przytulały moje. W całej tej otaczającej nas ciemności czułam się wspaniale, jak gdyby cały świat nagle zniknął. Byliśmy tylko my i przyjemna czerń wokół.
- Wreszcie cię mam i uwierz, że nie wypuszczę cię z moich objęć już nigdy. Choćby świat miał spłonąć tu i teraz.


*****



Następnego dnia, z samego rana o 11, obudziły mnie dziwne odgłosy dobiegające z niebezpiecznie bliskiej odległości. Otworzyłam ociężałe powieki, czując pod nimi 5 kilo piasku i z trudem rozejrzałam się po pomieszczeniu, starając się rozpoznać to miejsce. Przegięłam pierwszy raz od dawna. W sumie, wczoraj wszyscy przegięliśmy. Alkohol lał się strumieniami i było go całe morze, chociaż mogłabym pokusić się nawet o porównanie do oceanu. Myślę, że Atlantyk by się zawstydził. Czułam się połamana w miejscach, w których nawet nie wiedziałam, że mam kości. Kiedy po heroicznej walce Mel kontra jej ludzka powłoka, wreszcie podniosłam się na łokcie, wyrywając sobie przy tym chyba połowę włosów, zobaczyłam powód przez, który tak właśnie wyglądał mój stan medyczny. Generalnie powodów było więcej niż jeden i nawet miały imiona. Pierwszy o imieniu Neymar leżał rozwalony obok mnie, wbijając mi łokieć w żebra, kolejnym był Xavi, który niefortunnie położył się na, wspomnianych już wcześniej przeze mnie, moich włosach, a całą tą piramidę szczęścia wieńczył prawie dwumetrowy Gerard, który spał leżąc w poprzek na nogach moich i Brazylijczyka. Nawet nie chciałam myśleć o tym, przez ile nie będę w stanie na nie stanąć i czy w ogóle kiedyś mi się jeszcze to uda. Biorąc pod uwagę gabaryty piłkarza i czas przez jaki je przygniatał, w grę wchodziła tylko amputacja. Au revoir moje biedne nogi! Już się więcej nie zobaczymy.
A zaspokajając waszą ciekawość, odgłosem, który mnie obudził, okazało się być piskliwe chrapanie Andrés'a Iniesty. Nigdy jeszcze nie słyszałam podobnego dźwięku, jednak nie musiałam nawet wstawać, żeby widzieć, że wydaje go nic innego, jak tylko jego nos. Rzeczywiście wspominał ostatnio o tym, że mocno oberwał podczas meczu z PSG, ale wszystko szybko mu poskładali, ludzie z magicznymi rękoma, jak zwykłam nazywać stadionowych medyków. Jak widać nie wszystko wróciło na swoje miejsce, a piłkarzowi i jego żonie zapewne zostanie piękna, piszcząca niczym czajnik z gotującą się wodą, pamiątka.
Z trudem wygramoliłam nogi spod barcelońskiego obrońcy i spuściłam bose stopy na zimną podłogę. Przez chwilę dała im ukojenie, ale wiedziałam, że to początek męki. Chwile po tym poczułam silne mrowienie, które z każdą sekundą robiło się wręcz nie do zniesienia. Zupełnie jakby tysiące małych, wściekłych mrówek biegało w glanach po moich nogach, kąsając przy okazji każdy ich skrawek. Nawet nie próbowałam się podnieść, ponieważ wiedziałam, że raczej moja pionowa pozycja długo się nie utrzyma. Krzywiąc się z bólu, delikatnie rozmasowałam kończyny, które na szczęście po kilku, dłużących się w nieskończoność minutach, wróciły do normalnego stanu. Kiedy wreszcie na nich stanęłam, poczułam ulgę, że nie doznały żadnego, trwałego uszczerbku. Moja radość nie trwała jednak długo, ponieważ dwa kroki później, leżałam jak długa na podłodze, robiąc przy tym tyle hałasu, że obudziłam chyba połowę domu. Z wściekłością wypisaną na twarzy, obróciłam głowę ku felernej przeszkodzie, którą okazał się Messi. Nie wiedziałam czy zacząć się śmiać, czy zdzielić go, najlepiej pięścią, za to, że stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia niewinnych istot, takich jak ja. Jednak widząc jak łapczywie obejmuje poduszkę i jedynie przewraca się na drugi bok, wybrałam, z całej dobroci mego serca, pierwszą opcję. Cóż, piłkarzom FC Barcelony trzeba było przyznać, że oprócz znakomitych umiejętności i techniki gry w piłkę, posiadali również nieopisany urok osobisty, który już zapewne nieraz ratował im skórę.
Zebrałam swoje zwłoki z podłogi i ruszyłam ostrożnym krokiem do łazienki na piętrze. Nie ukrywam, że trochę bałam się tego, co tam zastanę, ale mimo wszystko postanowiłam zaryzykować. Po wejściu stwierdziłam, że nie było tak źle. Było czysto i normalnie, nie wliczając rudowłosej dziewczyny, która smacznie spała w wielkiej wannie. Obmyłam twarz, dając jej upragnione orzeźwienie. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i zobaczyłam po drugiej stronie zmarnowaną, bladą dziewczynę z ogromnymi workami pod brązowymi oczami. Wyglądałam i czułam się jakby dzisiejszej nocy przepuścili mnie kilka razy przez maszynkę do mięsa.

- Nie powinnaś była tyle pić. Mała, głupia Mel. - wyszeptałam, dźgając palcem swoje odbicie w tafli szkła na ścianie. Bywałam wcześniej pijana, ale nigdy nie urwał mi się film. To był pierwszy raz, a ja czułam się jak w Kac Vegas. Nie łudziłam się, że któryś z piłkarzy pamięta więcej, więc przestałam zawracać sobie tym głowę. Postanowiłam poszukać Nadine, której nie widziałam w załadowanym po brzegi pokoju Brazylijczyka. Mocno trzymając się poręczy zeszłam na dół, tym razem uważnie patrząc pod nogi. Dochodziła 12, a ja wcale nie miałam ochoty nawet myśleć o powrocie do domu. Nie, kiedy Carol nadal tam jest. Nagle przypomniały mi się wszystkie gorzkie słowa, które wypowiedziała w ciągu ostatnich dni i te ostatnie, najgorsze, skwitowane okropnym milczeniem mojego chrzestnego. Mdliło mnie na samą myśl o powrocie i nie byłam przekonana czy to tylko konsekwencja wczorajszego upojenia alkoholowego. Nie chciałam wracać do domu, w którym nie jestem mile widziana. Mam w końcu swoje zasady, które wyraźnie mówią, że nigdy nie zamierzam być na niczyjej łasce. Jeśli Caroline myśli, że jest bardzo wspaniałomyślna, że mnie toleruje w moim własnym domu, to się grubo myli. Nie wiem kim jest i co sobie wyobraża ta kobieta, ale wiem jedno, ma tupet tam, gdzie powinna mieć klasę, a ja nie zamierzam dawać jej satysfakcji. Nigdy. Nie prosiłam Johna o dom, nie prosiłam o to, żeby mnie przygarnął, a on nigdy nie dał mi odczuć, że powinnam mu się jakkolwiek odwdzięczyć. Pomagałam mu z własnej, nieprzymuszonej żadną moralną krucjatą, woli. Idąc tym tropem nie mogłam pozwolić sobie na to, żeby teraz obce babsko próbowało mi wmówić, że jestem intruzem, pasożytem żerującym na dostatnim życiu Johna. Jeśli kogoś miałabym określić tym mianem, to z pewnością ona wpasowywała się w definicję doskonalę. Przez jeden, króciutki moment byłam nawet przekonana, że jeśli otworzę słownik, to pod definicją słowa pijawka, znajdę uroczą podobiznę Carol. Jednak nie zadałam sobie trudu, żeby to sprawdzić. Miałam ważniejszą misję do wypełnienia.
Wczorajszy wieczór zmusił biedną Nad do towarzystwa chłopaka, którego do tej pory unikała jak ognia. Po tym, co się stało przy ich ostatnim spotkaniu, wcale się jej nie dziwię. Może jestem złą przyjaciółką, ponieważ nie poklepałam jej po plecach i nie pozwoliłam zamieszkać na zawsze pod swoim łóżkiem, ale osobiście uważam, że problemom należy stawiać czoło. Nie wolno nam się ich bać, ponieważ to tylko od nas zależy czy znikną. Strach nie może nas paraliżować, bo to on czyni nas słabymi, wycofanymi i zupełnie niewierzącymi w swoje możliwości. Nauczyłam się tego aż za dobrze, a teraz chciałam przekazać moją tajemną, mysią wiedzę Nadine.
Nie szukałam jej długo. Stała na tarasie i paliła papierosa przy barierce. Na znak pokojowych zamiarów również poczęstowałam się jednym i stałyśmy tak chwilę w milczeniu, rozkoszując się dymem wypuszczanym powoli z ust. Czułam niemal jak nikotynowe opary tworzą pomiędzy nami jakąś niezrozumiałą nić zaufania i porozumienia. Może to brzmi tandetnie w teorii, ale w praktyce działa lepiej niż niejeden rekomendowany sprzęt.
- Kiepsko wyglądasz. - odezwała się wreszcie niebieska, a ja przeniosłam na nią swoje, lekko nieprzytomne spojrzenie. Nie musiałam się zastanawiać nad jej słowami, po prostu wiedziałam, że ma rację.
- Ciężko zaprzeczyć. - odpowiedziałam leniwie strzepując popiół z końcówki papierosa. - Za to ty wyglądasz na w miarę trzeźwą. Gdzie się chowałaś całą noc, że udało ci się zachować ten stan? - zapytałam, posyłając w jej stronę delikatny uśmiech, który miał zachęcić ją do monologu. Zamiast jak zwykle szybkiej i trafnej odpowiedzi, zobaczyłam jedynie czereśniowy rumieniec wpełzający na twarz mojej przyjaciółki. Czułam w kościach, że jej kryjówką okazały się pewnie ramiona młodego piłkarza, przez którego ostatnie tygodnie spędziła chodząc kanałami.
- Tym razem pilnowałam się, żeby nie puścić pawia kompromitacji i postanowiłam zrobić wszystko, żeby tylko nie skończyć jak wy wszyscy dzisiaj. - odpowiedziała nieco luźniejszym tonem, który zdecydowanie już bardziej przypominał starą, dobrą Nadine. - Stara, ja nawet poszłam tańczyć, żeby uniknąć tej waszej zabójczej popijawy! Rozumiesz? Tańczyć! - zaśmiała się, wypuszczając resztki dymu z płuc, a ja jej zawtórowałam. Nad i taniec, to musiał być naprawdę ciekawy widok, teraz żałowałam, że mnie to ominęło.
- I co w związku z tym? - ponagliłam ją niezbyt subtelnie, żeby mieć pewność, że niepostrzeżenie nie ucieknie od interesującego mnie tematu.
- Sergi też nie miał ochoty na hektolitry alkoholu, które w siebie bez opamiętania wlewaliście. - powiedziała, patrząc na mnie znacząco z uniesionymi brwiami. Ja jednak machnęłam niedbale dłonią i zgasiłam niedopałek w rubinowej popielniczce. - Trochę tańczyliśmy, chociaż na początku to wyglądało raczej jak ucieczka od siebie, ale w rytm muzyki, zupełnie jak na filmach. - dziewczyna skwitowała swoją uwagę uśmiechem i rozłożyła bezradnie dłonie. - Ale nic nie mogłam zrobić, ten dom wcale nie jest tak ogromny jak się wydaje, a Samper był bardzo zdeterminowany, żeby mnie znaleźć. - usłyszałam w jej głosie nutkę znajomego rozkoszowania się faktem i z zadowoleniem pokiwałam głową, siadając naprzeciwko niej przy gustownym, balkonowym stole. - Na początku nie byłam tym pomysłem zachwycona, nawet rozważałam czy nie przyłączyć się do waszej pokręconej ferajny anonimowych alkoholików, ale szybko zrezygnowałam z tego pomysłu, zdając sobie sprawę, że podobna okazja może się już nie powtórzyć. - kontynuowała, skrupulatnie omijając temat przystojnego piłkarza o kasztanowych włosach.
- Do rzeczy! Całowaliście się? - krzyknęłam rozbawiona i podparłam brodę na dłoniach, mrugając głupkowato rzęsami. Na co Nadine, trzepnęła mnie lekko otwartą dłonią w głowę, tym samym odsuwając od siebie moją żywo zainteresowaną twarz. - Auć. Ja tu jestem poszkodowana, a ty mnie jeszcze bijesz.. - jęknęłam z dezaprobatą, na co dziewczyna się roześmiała.
- Poszkodowana? Chyba przez los. - pokręciła głową i upiła łyk wody z cytryną z wysokiej szklanki, stojącej obok jej łokcia. Podziwiałam ją za koordynację ruchową. Ja, Mel-niezdara, na pewno już dawno wylałabym na siebie zawartość, a resztki szklanki, równie niezdarnie, zbierała z podłogi.
- Kto wie, może już się wliczam do tej kategorii.. Jak myślisz, są za to jakieś odszkodowania? - zapytałam, siląc się na zamyślony ton, po czym z powrotem utkwiłam przenikliwy wzrok w przyjaciółce.
- Jak tak na ciebie patrzę, to jedyne co możesz dostać to skierowanie na leczenie w zakładzie zamkniętym. - odparła z szerokim uśmiechem wypisanym na twarzy, a ja odpowiedziałam jej tym samym.
- Tylko z tobą - zniżyłam głos do konspiracyjnego szeptu, po czym z rozbawieniem uderzyłam dłonią w stół. - Wróćmy do Sampera.. - zmrużyłam oczy, zastygając w chytrym oczekiwaniu na ciąg dalszy opowieści.
- Do niczego nie doszło ty napalona wariatko. - usłyszałam w odpowiedzi i nie da się ukryć, ale byłam tym trochę rozczarowana. Może to zbyt szybko, ale myślałam, że ze sobą pogadali i poza tym jakoś zainwestowali w swoje zauroczenie. Wiedziałam, że Sergii nie jest narwany, ale Nadine? Królowa powściągliwości i cnót wszelakich? Przy piłkarzu pokorniała jak baranek, prawie jej nie poznawałam.
Kiedy pogodziłam się już z niedosytem jaki pozostawiła we mnie relacja ostatniego wieczoru niebieskiej, zaczęłam myśleć jak normalny człowiek, a nie hiena szukająca sensacji, która chyba ostatnio zbyt dobrze się we mnie zadomowiła. W ich przypadku rozmowa była fundamentem relacji, niezbędnym, koniecznym i nie do ominięcia. Dobrze się stało, jak się stało. Wszystko powoli, bez pośpiechu i w swoim czasie. Tak właśnie radzi Mel Henderson, znana również jako Ciocia Dobra Rada.
Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Spojrzałam pytająco na Nad, ale ona tylko wskazała na zmyślnie ukrytą, zasuwaną kieszeń w mojej sukience. Wsunęłam dłoń do środka i wyciągnęłam z niej mój telefon. Zupełnie o nim zapomniałam! Kilka nieodebranych połączeń i wiadomość. Postanowiłam przeczytać sms-a, ponieważ dopiero co został wysłany, więc miałam okazję od razu zareagować i odpisać nadawcy. Wiadomość była od Basha, a brzmiała mniej więcej tak:
" Matka pokłóciła się z Johnem i rano wyniosła się do hotelu. Myślę, że dotyczy to przede wszystkim ciebie, więc przyjedź najszybciej jak możesz."

Uhuuu zaczynało robić się ciekawie..







Starałam się dodać odcinek szybciej niż ostatnimi czasy i cieszę się, że mi się to udało, bo wreszcie nie musicie czekać 3 tygodnie na rozdział :)
W ostatnich dniach dzienne odsłony bloga liczyłam w tysiącach i za to pięknie Wam wszystkim dziękuję  <3
Nie ukrywam, że było to ogromnym motorem napędowym do sprężenia się i napisania tej notki, nawet za cenę snu :)
Standardowo zachęcam do komentowania, wyrażania swoich opinii o moich wypocinach i informuje o możliwości podawania mi swoich pomysłów na to, o czym chcielibyście tu przeczytać. Ot taki sobie wymyśliłam Koncert Życzeń :D
Mam nadzieję, że odcinek będzie się Wam podobać, mimo że dużo się w nim nie działo :)
Witam nowych czytelników i mam nadzieję, że zostawicie po sobie tu jakiś ślad, a starych ściskam i całuję tak samo mocno jak wcześniej :* I właśnie z tą dawką pozytywnej energii zostawiam Was w oczekiwaniu na kolejny rozdział :)
Do napisania niedługo :*


<3