Irytująca cisza dzwoniła mi w uszach, doprowadzając moje bębenki do granic wytrzymałości. Nienawidziłam ciszy. Czułam się pośród niej osaczona i bezbronna, jak gdyby otoczona przez niewidzialnego wroga, z którym nie potrafię walczyć, a moje szalenie bijące serce odbijało się echem wypełniając dudnieniem całą moją, biedną głowę i całe pomieszczenie, zdradzając moje położenie i wystawiając mnie na pewny cel. Było tak odkąd tylko pamiętałam, dlatego zawsze otaczałam się muzyką. Nie było dnia, żebym mogła zasnąć nie będąc otulona przyjemnymi dźwiękami wydobywającymi się z wieży zawsze stojącej na wysokiej komodzie w moim pokoju. Teraz jednak byłam zdana tylko na siebie, ponieważ z zamontowanych pod sufitem głośników nie wydobywał się żaden, nawet najmniejszy szelest. W oczekiwaniu na Brazylijczyka, oparłam głowę o przyjemnie chłodną ścianę i przymknęłam oczy. Wszystko ostatnio działo się zbyt szybko, zbyt nerwowo, a i moje reakcje nosiły takie znamiona. Nie nadążałam przyswajać jednych informacji, a już zasypywała mnie fala następnych. Nie miałam nawet chwili na zastanowienie się nad nowym położeniem, nie mówiąc już o procesie adaptacji. Miałam ochotę krzyknąć "STOP!" i po prostu wysiąść z tego wariackiego pociągu. Na przekór wszelkim prawom fizyki, wrócić się do miejsca skąd zaczęłam, znaleźć po drodze spokój, wyciszenie, samą siebie, dawną, starą, dobrą Mel. Jednak wiedziałam, że zmiany jakie we mnie zaszły są nieodwracalne, a od tego za czym tęskniłam dzieli je tak wielka odległość, że nie pokona jej żaden pociąg, wyścigowy samochód, czy nawet odrzutowiec. Wplotłam powoli dłonie w swoje nadal wilgotne włosy i oparłam łokcie na kolanach. Podniosłam wzrok i wbiłam go w przeciwległą ścianę, była pusta i nudna. O ironio, była zupełnie taka, jakim ostatnio stawało się moje życie. Żałość w czystej postaci.
Postanowiłam wziąć się w garść mimo wewnętrznego, nieodpartego poczucia, że to jest jedna z niewielu sytuacji kiedy wolno mi pokazać trochę ludzkich uczuć. Tak właśnie, panie i panowie, Mel Henderson ma ludzkie uczucia! I pomyśleć, że sama bym się o nie nie podejrzewała. Istny szok i ewenement w nauce, a przynajmniej do niedawna. Teraz mięczactwo było u mnie na porządku dziennym.
Dokończyłam ubieranie wymiętych ciuchów, które wcześniej niedbale cisnęłam do szafki, poprawiłam włosy, przelotem patrząc w lustro i opuściłam pomieszczenie. Na korytarzu było tyle ludzi, że ledwo udało mi się przedostać do długiej ławki, po drugiej stronie przejścia. Nigdy nie widziałam ich aż tylu w tym miejscu, jeśli nie był to akurat dzień meczu. Usiadłam wygodnie i obserwowałam przewijające się koło mnie postacie, bębniąc przy tym niecierpliwie opuszkami palców w brzeg siedzenia. Po niedługim czasie na horyzoncie ukazało się moje wybawienie w postaci wysokiej, opalonej sylwetki z burzą nastroszonych, ciemnych włosów na czubku głowy. Jednak rzeczywistość i tu musiała wtrącić swoje trzy grosze. Jak tylko udało mi się go dostrzec, w jego stronę odwrócił się ponad tuzin zaciekawionych głów. Jeden tuzin, a za nim drugi i trzeci i tak do momentu, aż zaczęłam mieć wrażenie, że dzieli mnie od Neymara kilka dobrych kilometrów. Wspięłam się na palce i desperacko machałam dłonią w jego kierunku, zupełnie jakbym tonęła w coraz większym tłumie ludzi, jednak on zajął się rozdawaniem autografów wniebowziętym fanom, nie widząc biednej, małej istotki jaką się stałam.
- To ja sobie tu postoję i poczekam.. - wymamrotałam pod nosem i oparłam się plecami o ścianę, patrząc z nadzieją na mozolnie ubywającą wielkość zgromadzenia wokół piłkarza. Generalnie nigdzie mi się nie spieszyło, chociaż mała, samolubna istotka wewnątrz mnie coraz uciążliwiej dawała o sobie znać, krzycząc na wszystkie strony, żeby wszyscy się odsunęli i dali jej wreszcie przejść, żeby mogła wreszcie wtulić się w Brazylijczyka. Tak, żeby cały świat się zatrzymał. Zaciskając pięści, czekałam w nieskończoność, będąc ostatnia w kolejce do wspaniałego idola ludzkości.
- Cześć mała, długo już czekasz? - usłyszałam w końcu upragniony głos i zobaczyłam przed oczami przystojną twarz z wyraźnie zarysowaną szczęką. Obdarowałam jej posiadacza uśmiechem.
- Nie, dopiero przyszłam. - skłamałam, podnosząc torbę z podłogi. - Sława cię dopadła, hę? - zapytałam ruszając przed siebie. Po chwili poczułam jak jego ciężka doń opada na moje ramię, zagarniając mnie do siebie.
- Mroczna strona showbiznesu - zaśmiał się, dorównując mi krokiem - Ale teraz już jestem tylko dla ciebie, zamieniam się w prywatnego doktora da Silve Santosa. - dodał, kiedy wyszliśmy na zewnątrz. Świeże powietrze uderzyło w moje nozdrza, dając im chwilowe uniesienie. W środku budynku panował niesamowity zaduch, ledwo co starczało tlenu do oddychania dla wszystkich obecnych. Stanęłam przy barierce i odetchnęłam głęboko pozornie świeżym powietrzem. - To co się u ciebie wydarzyło, mi hermosa? - chłopak usiadł na jednym z poziomych prętów.
- Tutaj chcesz gadać? - uniosłam brwi do góry i zerknęłam na piłkarza, na co ten jeszcze głośniej się roześmiał.
- Pewnie, że nie. - zeskoczył na ziemię i poderwał mnie do góry. Zakręcił kilka razy w powietrzu i pobiegł do samochodu z niezbyt lekkim klockiem na rękach w mojej postaci. Siedząc w wygodnym audi nie mogłam opanować śmiechu.
- Ty masz być doktorem? Ty jesteś stuknięty! - szturchnęłam go w ramię widząc jak w dalszym ciągu robi głupie miny. Odpalił silnik i ruszył z parkingu z piskiem opon. Jechaliśmy długo, ale w miłej atmosferze. Ani razu nie zapytałam o cel podróży, cieszyłam się chwilą sam na sam z chłopakiem, ponieważ rzadko się takowe zdarzały. Kiedy się zatrzymaliśmy, w głośnikach usłyszałam znajome dźwięki (zalecam przeczytanie tekstu lub chociaż odsłuchanie, żeby zrozumieć dalszy ckliwy bełkot głównej bohaterki) co spowodowało, że od razu sięgnęłam po magiczny przycisk do zwiększania głośności.
- No to jesteśmy na miejscu. - znajdowaliśmy się na jednym z niewielu naprawdę wysokich wzniesień w Barcelonie. Wyglądało trochę jak jedne z tych, które znajdowały się w wielu amerykańskich filmach o dziewczynie, chłopaku, pierwszej randce, wrednych dziewczynach, tańczeniu z wszystkim co leży na drodze i na drzewo nie ucieka oraz nieodłącznym, absolutnie koniecznym happy endem. Jednak mimo powiewu komercji, to miejsce sprawiało wrażenie wyjątkowego. W końcu nie bez powodu ktoś mądry kiedyś powiedział, że nie ważne gdzie się jest, ale ważne z kim się tam trafiło. Muszę przyznać, że była to jedna z pradawnych mądrości, które w jakiś dziwny sposób respektowałam. Urzeczona otoczeniem wysiadłam z samochodu i przeszłam na jego przód, podziwiając widoki jakie teraz rozciągały się pod moimi stopami. Brakowało mi słów, byłam totalnie zauroczona i zaskoczona skąd Ney znał takie ciche, spokojne i poniekąd bardzo romantyczne miejsca. Zerknęłam na niego ukradkiem. Nie wyglądał mi na takiego co przyjeżdża tu kontemplować i pisać poematy miłosne, jednak teraz miał minę poety w stanie kompletnego uniesienia artystycznego. Widocznie głos pana Andrew'a Belle działał na niego równie kojąco jak na mnie. Oparłam się o maskę auta i zaplotłam dłonie na piersi, pozwalając, aby wiatr swobodnie targał moje włosy na wszystkie możliwe strony. Brazylijczyk podgłośnił jeszcze trochę swój niezawodny, sprzęt grający i stanął koło mnie, wpatrując się zapewne w któryś z punktów, znajdujących się przed naszymi oczami. Nostalgiczny nastrój jaki wypełniał powietrze w tym miejscu sprawił, że poczułam jak mój cały wewnętrzny bunt znika. Ot tak po prostu. Puff. I nie było po nim śladu.
- John przyprowadził sobie do domu jakąś... kobietę, w dodatku dzieciatą i nawet nie zapytał mnie o zdanie. - wyrzuciłam z siebie w końcu jednym tchem. Zabrzmiało jak skarga 6-cio latki, ale nic lepszego nie przychodziło mi do głowy. Może nie był to koniec świata, ale dla mnie była to trudna sytuacja, na którą w dodatku zupełnie nie miałam wpływu. Moja pozycja w hierarchii wartości Johna została poważnie zachwiana, a to stanowiło naprawdę duże zagrożenie dla mojego dalszego żywota w tym kraju. Tak Mel, chyba czas rzeczywiście na poważnie zacząć brać lekcje hiszpańskiego. W końcu samo potoczne słownictwo nie pozwoli mi tu przeżyć na własną rękę. Pocieszałam się jedynie tym, że to nie jest trudny do nauczenia język, czego sama byłam dowodem, ponieważ po tak niedługim czasie dogadywałam się praktycznie z wszystkimi w tym języku.
- Tak z dnia na dzień? - zaskoczenie na twarzy chłopaka było w pełni autentyczne. Zupełnie jak na mojej, kiedy wczoraj wróciłam do domu.
- W tym tkwi cały problem. Nie w tym, że kogoś znalazł, bo przecież cały czas tego właśnie mu życzyłam, ale w tym, że ze mną o tym nie porozmawiał. W końcu chcąc nie chcąc też tam mieszkam i dwoje obcych osób w domu nie będzie mi całkiem obojętne. To nie hotel. Śmiałam się z niego, że często zabiera pracę do domu, ale tym razem przesadził! Nie wiedziałam, że potraktuje to aż tak dosłownie, paranoja. - wpadłam w słowotok, czując jak podświadomie się coraz bardziej nakręcam, a wszystkie tłumione uczucia zaczynają oglądać światło dzienne. - Wiesz Ney, przez rozmowę nie oczekiwałam, że będzie prosił mnie o pozwolenie, a jedynie okaże mi zaufanie i szacunek wiarą w to, że nie będę zachowywać się jak dziecko. To jak się teraz zachowuję, nie jest niczym innym jak dziecinadą, ale nie mam ochoty na udawanie dorosłej, skoro i tak nikt nie ma zamiaru tak do mnie podchodzić. Bardzo zabolało mnie jego zachowanie i to, że pokazał mi tym, że wcale się nie liczę. Ani ja, ani moje zdanie nie jest dla niego ważne. Myślałam, że tu będzie inaczej, że zacznę nowe życie, że będę czuć się kochana, potrzebna. Taką dostaję nagrodę za to, że się otworzyłam, rozbiłam skorupę wrednej nastolatki, którą otaczałam się przez ostatnie kilka lat. Zaufałam mu, że będzie mnie traktował jak kogoś równego sobie. - jęknęłam cicho, będąc już na skraju wytrzymałości. Czułam, że za jeden malutki moment po prostu się rozkleję. To co mówiłam było nieskładne, chaotyczne i brzmiało naprawdę żałośnie. Zapewne gdybym to usłyszała od kogoś innego powiedziałabym coś w stylu "Ogarnij się człowieku, przecież to nic wielkiego", ale to nie było jednak tak łatwe jak się z pozoru wydawało.
- Ciii. - chłopak przytulił mnie mocno do siebie, opierając swoją brodę o czubek mojej głowy.
- Czy ja wymagam naprawdę zbyt wiele? - wyszeptałam, chowając twarz w jego skórzanej kurtce.
- Wiesz mała, w życiu jest różnie, nie będę ci mówił, że masz być twarda, bo to wierutne kłamstwo. W życiu trzeba być elastycznym, zawsze wracać na swoje miejsce, rozumiesz? - zrobił krótką pauzę, oczekując mojego mruknięcia dającego mu aprobatę, które bez wahania uzyskał. - Wiesz życie to taki jeden wielki mecz, możesz je wygrać, ale nigdy do zera. Każdemu zdarzają się cięższe chwile, porażki, ale ważne, żeby potrafić się z nich podnieść, otrzepać i iść dalej. - uniósł moją twarz na wysokość swoich czekoladowych oczu - A maior prova de coragem é suportar as derrotas sem perder o ânimo*. - uśmiechnęłam się delikatnie po jego słowach, całe szczęście, że akurat wszystkie zrozumiałam. Miał całkowitą rację i nawet nie przypuszczałam, że nasza rozmowa da taki pozytywny efekt, wpłynie na mnie, da mi siłę do działania. Coś niesamowitego. Przyjrzałam się piłkarzowi uważnie. Ludzie myślą, że to pozer, bezmyślna marionetka w rękach kasiastych sponsorów, ale nie wiedzieli jak bardzo się mylą. To prawda, Neymar zazwyczaj jest postrzeloną, zapatrzoną we własne wdzięki kreaturą, która nie powala innych głębią swojego intelektu, ale gdzieś w środku siedzi w nim jakiś cholerny mędrzec, który kiedy dochodzi do głosu, mówi naprawdę od rzeczy.
- Skąd ty to bierzesz? - zapytałam, unosząc delikatnie kąciki ust ku górze, na co on odpowiedział szerokim uśmiechem.
- Jeszcze wiele o mnie nie wiesz, na przykład tego, że za dnia jestem marnym piłkarzyną, ale w nocy pracuję jako jeden z geniuszy dla NASA. - zrobił poważną minę i potrząsnął głową w taki sposób, że okulary przeciwsłoneczne opadły mu z głowy na czubek nosa.
- Długo ćwiczyłeś tą sztuczkę? - uniosłam brwi z rozbawionym wyrazem twarzy.
- Od dziecka i jak efekt? - "zamachał" brwiami, wpatrując się we mnie intensywnie.
- Powalający. - pokiwałam powoli głową z przymkniętymi powiekami.
- Ładnie to tak gardzić moimi magicznymi umiejętnościami? - ściągnął usta, kryjąc uśmiech i użył tajnej broni jaką była najbardziej przeklęta rzecz na świecie: łaskotki. Po kilku minutach tej nierównej walki, chłopak nagle przestał. - Zazwyczaj sprawiam, że dziewczyny gubią garderobę, ale to mi nie wygląda na ubranie. - powiedział, wpatrując się w ziemię. Odsunęłam się od niego na bezpieczną odległość, która gwarantowała mi to, że w razie gdyby znów chciał mnie "zaatakować", zdążę odskoczyć i podniosłam kartkę. Od razu zorientowałam się, że to list z sądu, który przywitał mnie dziś rano na kuchennym blacie. Zignorowałam płytki tekst piłkarza i jak zahipnotyzowana wpatrywałam się z biały papier, który niemal parzył moje dłonie. - Mel, żyjesz? - chłopak zamachał mi dłonią przed oczami i zanim się zorientowałam, wyrwał mi pismo z rąk, bez pytania je otwierając i czytając.
- W środę jest rozprawa i niestety muszę się na niej pojawić. - zakomunikowałam, a uśmiech automatycznie spełzł z moich ust. Zastąpił go niewyraźny grymas, który i tak wyglądał nieco dyplomatycznie, ponieważ sama myśl o chwili, kiedy będę musiała stanąć twarzą w twarz z Tomem przyprawiała mnie o mdłości. Powiedziałam to na głos, jednak byłam świadoma, że Ney wcale nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji. Nie było go przy tych wszystkich okropnych zdarzeniach, nawet o tym nie wiedział, nie widział jak bardzo się bałam, nie czuwał przy mnie w nocy kiedy bałam się zasnąć. Jego przy mnie nie było.. Co prawda nie całkiem z jego winy, chociaż to kwestia sporna i wolę do niej nie wracać. Jednym słowem, nie zdawał sobie sprawy jakie to dla mnie trudne.
- W tą środę? - zapytał i skrzywił się lekko, a ja wiedziałam, że taki wyraz jego twarzy nie może oznaczać niczego dobrego. Przytaknęłam powoli, obserwując jak zmieniają się rysy układające się na jego policzkach. - Z samego rana lecimy do Anglii, wieczorem gramy tam mecz z Manchesterem City, nie będę mógł tam z tobą pojechać. - powiedział, a ja poczułam jak zalewa mnie nieprzyjemna fala gorąca, która nosiła rozmiary fali, ale uderzeniowej, która prawie zmiotła mnie z maski samochodu. Milczałam przez moment, rozkazując swoim wnętrznościom bezzwłoczny powrót na swoje miejsce, jednak nie mogłam milczeć w nieskończoność.
- Nie szkodzi, dam radę. - odparłam z wymuszonym uśmiechem, chociaż wewnątrz mnie znowu wszystko krzyczało, że gadam głupoty i żeby absolutnie mnie nie słuchał. - Nie przejmuj się, nic mi nie będzie. Skup się lepiej na meczu, bo macie naprawdę groźnego przeciwnika. - powiedziałam, kładąc dłoń na jego dłoni. Miałam ochotę sama na siebie nawrzeszczeć. Zachowywałam się jak "typowa dziewczyna". Co innego myślałam i czułam, a jeszcze coś innego wydobywało się z moich ust. W dodatku w jakiejś cholernej kolaboracji z mięśniami mojej twarzy, które przystawały na wszystkie te kłamstwa. Jednak wewnętrzna egoistka, którą z zimną krwią zamordowałam już dawno temu, nie zostawiła po sobie praktycznie żadnych pamiątek, co skutkowało niezdrowym altruizmem, kosztem własnych nerwów i zdrowia psychicznego.
- Przyjadę do ciebie z samego rana, zaraz jak wrócę, obiecuję. - zapewnił mnie ciepłym tonem głosu, który zapewne miał na celu mnie nieco uspokoić. Jednak tym razem czułe słowo nie wystarczało, potrzebowałam wręcz fizycznego wsparcia, silnego ramienia, na którym mogłabym się wesprzeć, pewnego uścisku dłoni, dodającego otuchy, pocałunku w czubek głowy, który sprawiłby, że poczułabym się w pełni bezpieczna. Spojrzałam na chłopaka, a później na rozciągającą się pod wzniesieniem Barcelonę. Był niczym superbohater z komiksów, które pochłaniałam tonami będąc młodsza. Miasto i jego mieszkańcy go potrzebowali, a on nie mógł ich zawieść. Dama w opresji, już nie była w opresji więc szybko kalkulując schodziła na drugi plan. Tak było od zawsze, a kim byłam ja, Melisa Henderson, żeby ingerować w odwieczną tradycję?
*****
Nie przypuszczałam, że w moim krótkim, dotychczasowym życiu doświadczę tak okropnego dnia, jakim był dzisiejszy. Środa. Wyczekiwana, lecz wcale nie z niecierpliwością, wywracająca narządy na lewą stronę, zaszywająca serce w gardle i zabierająca całą radość życia. Niespecjalnie mając czas i ochotę na bezproduktywną wegetację w łóżku, wstałam i wybrałam się pod prysznic, z nadzieją, że może strumień letniej wody tchnie we mnie chociaż odrobinę życia. Odrobina była tu naprawdę dobrym słowem, bo orzeźwiające działanie kąpieli było niemal niedostrzegalne. Z grobową miną założyłam przygotowane wcześniej, oficjalne ubranie i upięłam włosy na czubku głowy w kok, z którego wystawały jedynie nieliczne kosmyki niesfornych pasemek. Wyglądałam jak marna sekretarka, a czułam się jakbym szła na własny pogrzeb, ale nie miałam czasu na zmianę stroju. W sumie pierwszy raz przygotowałam ubranie wcześniej, tak bardzo denerwowałam się tym dniem, że wolałam być pewna, że o niczym nie zapomnę. Było mi jednak wszystko jedno jak wyglądałam. Należało zaprezentować się schludnie, żeby okazać szacunek instytucji do jakiej się wybierałam. W środku jednak czułam, że żadne nawet najpiękniejsze ubrania, nie zmienią faktu, że czuję się naprawdę paskudnie. Telefon leżący na szafce nocnej dał o sobie znać, jednak nie spieszyłam się z odczytaniem wiadomości. Wiedziałam, że to na pewno nie sędzia, który sms-em dał mi znać, że nie jestem tam dzisiaj potrzebna. Nic innego nie było aż tak ważne, żeby nie mogło chwilę zaczekać. Po przeczytaniu poczułam nieco wyrzutów sumienia, ponieważ tekst nie wyszedł na pewno spod ręki urzędnika, ale miał na celu okazanie mi wsparcia. A brzmiał:
"Nie martw się mała, już po wszystkim. Idź tam i zakończ to raz na zawsze, przypieczętuj zwycięstwo sprawiedliwości. Bądź dzielna wiem, że potrafisz. LIO". Nie była to litania, ale coś czego było mi trzeba właśnie w tym momencie. Delikatnego, ale jednak kopniaka. Przyszedł czas na to, aby stawić czoła lękowi i z podniesioną głową zdeptać jego ostatnią drogę do tego, żeby móc się nade mną pastwić. Messi miał rację, potrafiłam być dzielna. Nie wiedziałam kim była ta żałosna, płacząca nad własnym losem pseudo Mel, która ostatnio pomieszkiwała w moim ciele, ale coraz mniej mi się podobała. Zdecydowałam, że kiedy skończę z tamtym psycholem, zabiorę się za nią i przywrócę ład i harmonię we własnym życiu. Podniosłe cele, nie powiem, ale jeśli tego dokonam, będę naprawdę usatysfakcjonowana.
- Lepiej nie będzie. - wymamrotałam, przeglądając się po raz ostatni w lusterku i wyszłam, zamykając drzwi od swojego pokoju. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, ale skoro zamieszkali tu obcy ludzie, byłam do tego zmuszona.
Zwlokłam swoje ciało po schodach na dół i usiadłam na kuchennym krześle, po to, aby po chwili zamoczyć usta w ciepłej kawie. Miałam nadzieję, że pozwoli mi to nie wyglądać jak zombie, chociaż w moim przypadku kawa działała nieco specyficznie. Z tak zwanej skrajności w skrajność. Albo byłam jeszcze bardziej zmęczona i po prostu zasypiałam, albo skakałam po ścianach i chodziłam po suficie jednocześnie. Dzisiaj wolałam uniknąć obydwu efektów ubocznych, chociaż drugi był mimo wszystko mało prawdopodobny.
- John, podrzucisz mnie do sądu? - odezwałam się do chrzestnego, który siedząc naprzeciwko mnie, właśnie kończył przeżuwać tosta z dżemem. Jego spojrzenie mówiło jedno: "Zapomniałem". Westchnęłam, nawet nie próbując zrobić tego dyskretnie i wstałam od stołu, nie czekając na żadną odpowiedź.
- Gdzie idziesz? Zawiozę cię. - powiedział szybko mężczyzna i ruszył za mną do przedpokoju, zabierając po drodze marynarkę z wieszaka. Zdziwiona jego wcześniejszym blefem, wzruszyłam ramionami i zajęłam się zakładaniem butów.
- Dzięki. - mruknęłam, kiedy znów podniosłam się do pionu.
- Jest tylko jeden mały eee... problem. - podrapał się po głowie, a ja w duchu wypowiedziałam standardowe "wiedziałam". Spojrzałam na niego wyczekująco, z dłonią na klamce. - Mam dzisiaj ważne spotkanie i nie mogę cię stamtąd odebrać. Nie gniewaj się, Mel. Wiem, że obiecałem, że to zrobię, ale plan dnia mi się przesunął i po prostu się nie rozdwoję. - zaczął tłumaczyć, a we mnie znów urosło to samo rozczarowanie co kilka dni temu. Od tamtej pory starałam się jak najmniej bywać w domu i w miarę możliwości nie wchodzić w żadną interakcję z nowymi domownikami, żeby przywrócić do normalności relację z chrzestnym, jednak on mi tego wcale nie ułatwiał.
- Luz, nie pierwszy i nie ostatni raz. - rzuciłam tylko i wyszłam na świeże powietrze, na podwórku mijając się z Carol i jej latoroślą. Posłałam im drętwy uśmiech i z prędkością światła wskoczyłam do samochodu Johna. Wuj rozmawiał jeszcze chwilę ze swoją ciekawską partnerką, po czym milion lat później wsiadł na fotel kierowcy i odpalił silnik. Rozmowa, którą prowadziliśmy była tak sztuczna jak jeszcze nigdy. Uratował mnie zaskakujący brak korków, który spowodował, że jak na barcelońskie warunki, w błyskawicznym tempie dotarłam pod budynek sądu. Machnęłam mężczyźnie na pożegnanie ręką i ruszyłam w stronę wejścia na miękkich nogach. Czekanie na cały ten koszmar było chyba bardziej męczące niż uczucia towarzyszące mi po wejściu na salę. W trakcie składania zeznań na sali był obecny jedynie sędzia oraz kilkoro najważniejszych urzędników, którzy z kamiennymi twarzami lustrowali mnie, jak gdyby szukając najmniejszych oznak kłamstwa. Nie robiło to jednak na mnie żadnego wrażenia, ponieważ nie musiałam kłamać. Prawda o tamtych wydarzeniach była wystarczająco okropna, żeby pozbawić Toma wolności do końca jego życia. Jak kiedyś mogłam myśleć, że się przyjaźnimy? Był dla mnie taki miły, uczynny, nawet mi się podobał i kto wie, może gdyby nie zarozumiały, irytujący, ale jednak niesamowicie przyciągający Neymar, to właśnie z nim bym się spotykała. Dreszcze przechodziły mnie na samą myśl o takim stanie rzeczy. To było tylko dowodem na to, że wbrew temu co do tej pory myślałam, wcale nie znałam się na ludziach. Caroline może też źle oceniłam, jednak nie był to ani czas, ani miejsce na to, żeby się nad tym zastanawiać. Sąd nie musiał rozmyślać długo nad wyrokiem, był oczywisty. Dożywotni pobyt w ośrodku resocjalizacji (niesprecyzowany) oraz zakaz zbliżania się zarówno do mnie jak i do rodziców Mandy, którym bez żadnych skrupułów odebrał córkę. Jego widok napawał mnie obrzydzeniem i niewytłumaczalną ludzką miarą, strachem, który niemal dusił mnie z zastraszającą prędkością. Był wariatem i wyglądał jak obłąkany wariat. Puste oczy i zapadnięta twarz na pewno nie mogły należeć do kogoś w jego wieku, w normalnym świecie było to niemożliwe. Jednak on już dawno nie należał do normalnego świata. Oderwany od rzeczywistości zatracał się coraz bardziej we własnym szaleństwie. Często łapałam się na myśleniu o tym, czy on od zawsze taki był, czy to wszystko stało się przeze mnie. Może gdybym nie przyjechała do Barcelony, Tom wiódłby normalne życie, a może upatrzyłby sobie inną, równie nieosiągalną dziewczynę, która doprowadziłaby jego życie do tak marnego i niegodnego końca. Odpędzałam od siebie te wszystkie niezdrowe myśli, które ujawniały światu moją ascetyczną naturę. Obwiniałam się za całe zło, które działo się w moim otoczeniu, chciałam zabrać na barki całą winę, która nawet w tym przypadku nie dawała mi spokoju. Brzmi już jak jednostka chorobowa, ale nie mam teraz zupełnie głowy do tego typu spraw.
Rozprawa nie trwała długo, jednak czułam się nią zmęczona, zupełnie jakbym przebiegła jakiś maraton. Wiedziałam, że tego obrazu nie zapomnę do końca swojego życia, tak samo tak rozbitego kamieniem okna w domu Johna, martwej Mandy czy obłąkanych oczu chłopaka, z którym kiedyś, a nawet całkiem niedawno tak lubiłam spędzać czas. Papieros, którego zapaliłam zaraz po wyjściu z budynku sprawił, że mało nie zemdlałam. W głowie mi huczało, a powietrze zdawało się działać na moją niekorzyść.
- Melisa! - usłyszałam za plecami swoje imię i szkolnym przyzwyczajeniem rzuciłam peta na ziemię, przydeptując go butem. Odwróciłam się i moim oczom ukazał się lśniący, czarny motor, a na nim chłopak z nienaturalnie jasnymi oczami. Bastian. Zszokowana jego widokiem, oderwałam powoli stopy od podłoża, podchodząc niepewnie do krawędzi chodnika.
- Pan do mnie mówi? - odezwałam się, a on przewrócił oczami i wyciągnął w moją stronę zapasowy kask.
- Nie wygłupiaj się, wsiadaj, zabiorę cię do naszego domu. - powiedział, wpatrując się we mnie tak intensywnie, że miałam wrażenie, że siłą woli chce mnie zmusić do tego, żebym go posłuchała.
- Do mojego domu. - sprostowałam, unosząc jedną brew ku górze. Kolejny młynek oczu o kolorze laguny.
- Naszego. - szturchnął mnie kaskiem w żebra.
- Niech ci będzie. - westchnęłam i założyłam ten galaktyczny hełm na swoją małą głowę. Teraz wiem jak czuły się tyranozaury z nieproporcjonalną wielkością łba do kończyn. Zachowywałam się skandalicznie, jak rozkapryszona księżniczka i robiłam to z pełną premedytacją, ponieważ podświadomie raczej nie byłabym zdolna do aż takiego kręcenia nosem. Tak był długi, ale zupełnie nieprzystosowany do majdania się na prawo i lewo przez cały czas. Wiedziałam, że powinnam być wdzięczna chłopakowi za to, że się tu pojawił, bo wcale nie musiał tego robić. Równie dobrze mógł mnie mieć w nosie tak samo jak ja miałam w nosie jego i jego matkę przez ostatnie dni.
- Zdejmij ten szalik, żebyś się o nic nie zaczepiła, a później obejmij mnie mocno i nie puszczaj. Jeśli będę jechał za szybko to krzycz. - powiedział odpalając maszynę i zabierając moją koralową własność, a ja wytrzeszczyłam oczy, chociaż z marnym skutkiem bo i tak nie było ich praktycznie widać zza tej komicznie grubej szyby.
- Chyba żartujesz. - skwitowałam, jednak kiedy poczułam jak motor rusza, straciłam wszelkie wątpliwości co do poczucia humoru Bastiana. Objęłam go w pasie i zaczęłam modlić się do dobrego Boga, żeby nikt mnie z nim nie widział. Neymar dostałby prawdziwej piany gdyby zobaczył swoją dziewczynę przytulającą innego i to w takiej sytuacji, nie mówiąc już o tabloidach, które miałyby z tego tematu niezłą ucztę przez następne parę tygodni. Rozdmuchiwanie drobiazgów do rozmiaru złomowiska było czymś co czyniło ich prawdziwymi ekspertami w tejże dziedzinie.
Po pół godzinie męki, w końcu zatrzymaliśmy się pod domem. Ze wstydem trawiącym mnie od środka musiałam przyznać, że był bardzo dobrym kierowcą i nawet podobała mi się ta szybka, niemal beztroska jazda, która sprawiała, że mknęliśmy przez ulice Barcelony praktycznie unosząc się nad ziemią. - Podziękuj Johnowi, że jednak zadbał o mój niekoniecznie bezpieczny, ale powrót do domu. - rzuciłam, zsiadając i od razu ruszyłam w stronę frontowych drzwi.
- On o nic mnie nie prosił. - te słowa sprawiły, że stanęłam w miejscu. Ile razy w ciągu jednego dnia można się pomylić, bez przesady. Nagle wychodziłoby na to, że kompletnie nic nie wiem o życiu, a cały mój doczesny żywot to jedno, wielkie kłamstwo.
- W takim razie dziękuję, że przyjechałeś. Obydwoje żyjemy więc chyba znasz się na rzeczy. - powiedziałam niemrawo starając się zamaskować konsternację, która z każdą chwilą coraz bardziej tężała na mojej twarzy. Chłopak jedynie uśmiechnął się półgębkiem i skinął delikatnie głową, a ja mając serdecznie dość wrażeń jak na jeden dzień, weszłam do domu i od razu powędrowałam do swojego pokoju, z którego nie wynurzyłam się już ani razu tego dnia.
*****
Niebywałą korzyścią nauki w hiszpańskiej szkole był fakt, że moim wieku zajęcia były ograniczone. W szkole nie przebywało się już tak często jak w poprzednich latach nauki, a większość czasu poświęcało się na samodzielną pracę w domu, która polegała na przerabianiu stert powtórkowych materiałów, które miały pomóc w zdaniu egzaminów końcowych. Takim sposobem w czwartek obudziłam się o 10 z zupełnie czystym sumieniem, co często niestety mi się nie zdarzało. Mój organizm musiał jednak wyczuć zbliżającą się falę anomalii, bo już 15 minut później przez drzwi mojego pokoju wparował Brazylijczyk.
- Czy ty naprawdę nigdy nie pukasz? - zapytałam go wychodząc z łazienki. Całe szczęście właśnie zdążyłam doprowadzić się do względnego porządku, więc nie czułam się bardziej niekomfortowo niż zwykle, kiedy kiepsko szło mu szanowanie mojej prywatności.
- A ty nigdy nie odbierasz telefonu, czy tylko ja jestem takim wyjątkiem? - odgryzł się i rozsiadł się na miękkim fotelu w kącie pokoju. Wywróciłam brązowymi oczami i usiadłam naprzeciwko, przyciągając sobie krzesło od biurka.
- Jak mecz? - zapytałam, zmieniając szybko temat, żeby uniknąć dalszych uprzejmości.
- 2:1 dla nas. Leo jest wściekły bo ostatnio skuteczność na boisku mu spadła, irytował się całą drogę powrotną. Bożym wynalazkiem są te słuchawki w samolotach. - piłkarz zachęcony moim pytaniem zaczął opowiadać o przebiegu wczorajszego spotkania. Odwlekałam moment, w którym przyszła kolej na moje streszczenie dnia, ponieważ nie chciałam absolutnie do tego wracać. Wybawiło mnie, a przynajmniej tak wtedy myślałam, pukanie do drzwi.
- Widzisz, to nie takie trudne. - wytknęłam język w stronę chłopaka i odwróciłam wzrok w stronę drzwi. - Wejść! - krzyknęłam. W progu stanął Bastian i wyraźnie zmieszany obecnością Neymara, nie zamierzał wchodzić dalej. Brazylijczyk natomiast wydawał się być wyraźnie zaciekawiony przybyszem. Wyprostował się i świdrował go tym swoim irytującym spojrzeniem, które spokojnie mogłam zaliczyć do jednych z jego najgorszych cech. Oczywiście zaraz po złośliwości i samouwielbieniu, które czasami dawało o sobie znać. Postawa syna Caroline była bardziej zaskakująca niż ciekawski Neymar, siedzący na fotelu jak na rozżarzonych węglach. Pod wpływem spojrzenia piłkarza, wyprostował się i uniósł głowę do góry, tym samym prezentując się w całej okazałości.
- Zostawiłaś mi to wczoraj, oddaję. Wybacz, to nie moje kolory. - uśmiechnął się delikatnie w moją stronę, ostentacyjnie ignorując przy tym Neymara. Wyciągnął zza pleców mój koralowy szal i rzucił go przez pokój, prosto w moje ręce. Jego wyluzowanie mi zaimponowało, ponieważ mało kto nie kulił się pod spojrzeniem Bazyliszka, jakie właśnie wywiercało mu dziurę w czaszce.
- Tak właśnie myślałam, dzięki. - odpowiedziałam z pierwszym, szczerym uśmiechem jakim go obdarowałam. Wyjątkowa chwila, musiała dopełnić się tak, aby zostać w pełni i na długo zapamiętana. W jednej chwili Barcelońska '11' poderwała się na równe nogi i doskoczyła do niczego nieświadomego Bastiana.
- Gdzie byłeś z moją dziewczyną?! - ryknął na niego i złapał go za przód granatowej koszuli. Narzekałam na przewidywalność? Jego reakcja była totalnie nieprzewidziana. Zaczęli się szamotać, bez słów żadnego wyjaśnienia, a ja nie chcąc pozwolić na rozlew krwi w swoim pokoju, podbiegłam do nich, próbując ich rozdzielić.
- Przestańcie natychmiast! - krzyknęłam, jednak zaraz po tym, niefortunnie zarzucona siłą ich obydwu, wylądowałam na brzegu komody, nadgarstkiem uderzając w zawieszone nad nią lustro. Poczułam przeszywający moją rękę ból. Musiałam zacisnąć zęby, żeby nie krzyczeć. Panowie za to uspokoili się w momencie, a przerażenie wymalowane na ich bladych z przejęcia twarzach biło od nich tak jasną poświatą, że spokojnie zasililiby prądem kilka pobliskich ulic.
- Mel.. - Brazylijczyk zrobił ostrożny krok w moją stronę, jednak ogień, który zapewne zobaczył w moich oczach, niezwłocznie kazał mu się cofnąć.
- Jesteście skończonymi kretynami! Obydwaj!
* - Największym sprawdzianem odwagi jest podniesienie się po stracie bez utraty ducha.
Tak długo nie pisałam, tęskniłam za wami wszystkimi :(
Przepraszam za zwłokę, jednak przez ostatni tydzień to ja czułam się jak zwłoki. Ostatni tydzień ferii spędziłam w łóżku, z gorączką nie mając siły nawet zrobić sobie herbaty, nie mówiąc już o czymkolwiek co wymagałoby myślenia. Także wolałam poczekać i dopracować rozdział, tak jak obiecałam. Wiem, że ostatni był nieco słaby i krótki i chyba niezbyt Wam się podobał, co było widać chociażby po waszych komentarzach, ale ten jest długi i mam nadzieję, że ciekawy ;)
Liczę, że Wam się spodoba, a swoje opinie zamieścicie w komentarzach :)
Oczywiście kochani moi, jestem otwarta na wszelkie pomysły, mówcie mi czego Wam brakuje, co chcielibyście, żeby się tu pojawiło, jak mają potoczyć się losy głównych bohaterów. Wasze opinie są dla mnie bardzo cenne więc chcę, żebyście czytali coś co w pełni was zadowoli :)
Cieszy mnie również duża liczba wejść spoza Polski. Nie wiem czy to tak od przypadku do przypadku ktoś tu zagląda, czy to Polacy, ale zawsze to miło :) Jeśli to jednak ludzie z wielkiego świata to chciałam im ułatwić życie i zamontowałam taki magiczny przycisk, który tłumaczy tekst na dowolnie wybrany język. Jest to oczywiście upośledzone, dosłowne tłumaczenie więc nie gwarantuję zrozumienia fabuły, ale to zawsze krok w ich stronę, także teraz będzie ogłoszenie ekhem ekhem :
I'm very happy because of visitors from abroad and I want to make easier understanding the plot of this story. On the right I added a translate button that could help you with reading. I don't know if anybody really read this but I want you to know that I'm pleased to see here so high variety of people. So, read it if it's possible and give me a sign next time :)
Dobra, koniec tego szpanu angielskim i wazeliniarstwa, idę spać.
Ale i tak Was kocham.
Naprawdę.
Na serio.
Dzięki, że jesteście i do następnego Mordki :* :)
<3
sobota, 28 lutego 2015
czwartek, 12 lutego 2015
25. Szczęście jest kruche i łatwopalne. Jego płomień daje wiele ciepła, ale spala się za szybko.
(...) wpatrywała się we mnie para nienaturalnie jasnych oczu, wyłaniających się spod grzywy ciemnych włosów. Owe oczy należały do wysokiego osobnika płci brzydszej, który z wyraźnym skrępowaniem na twarzy stał na środku mojego pokoju. Szkoda, że zawstydzony swoją obecnością w moim przybytku jest dopiero teraz, a nie pomyślał o tym wcześniej, zanim do niego wtargnął. Poczułam jak adrenalina buzuje mi w żyłach. Staliśmy na przeciwko siebie, wpatrując się jedno w drugie, jakby szukając jakiś oznak anomalii.
- Przepraszam, to chyba twój pokój... - odezwał się w końcu niepewnie nieznajomy, a ja wytrzeszczyłam na niego swoje piękne oczy. Podświadomie czułam jak moja mała, wredna istotka w środku budzi się do życia.
- Skoro tu jestem to chyba na to wygląda. Chociaż robiąc takie założenie nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie w żaden sposób TWOJEJ obecności tutaj. - specjalnie dałam większy nacisk na słowo "twojej", tak na wszelki wypadek, gdyby jeszcze nie zauważył, że nie jestem z obecnego stanu zbytnio zadowolona. Wyglądał na zmieszanego moim zachowaniem, jednak nie zamierzałam ani trochę mu odpuścić. Nawet za te wyjątkowe oczy. Był intruzem. Intruzem na moim terenie, a ja nie tolerowałam obcych ludzi, pojawiających się w moim życiu z czystego przypadku. Widziałam niepewność, która rozlewała się po jego twarzy, zmieniając jej wyraz, jak żrąca ciecz.
- Mam na imię Bastian. - jedną ręką nerwowo gładził swoją bujną czuprynę, a drugą wyciągnął w moją stronę. Uniosłam brwi do góry.
- Melisa. Chciałabym powiedzieć, że mi miło, ale niestety nie lubię kłamać. - odpowiedziałam sucho na jego gest, nie spuszczając z niego wzroku. Był ode mnie wyższy o głowę i zapewne starszy, jednak w tym momencie wyglądał jak zagubione dziecko, rugane przez dorosłego.
- Ja.. eee.. przepraszam, widocznie pomyliłem drzwi. - wydukał, starając się nie patrzeć mi w oczy, czym rozjuszył mnie jeszcze bardziej. Ciśnienie podniosło mi się tak, że mało nie zemdlałam z gorąca jakie rozchodziło się po moim małym ciele. Nie widziałam jak wyglądam, ale miałam nieodparte wrażenie, że para dymi mi z uszu, niczym na disney'owskich kreskówkach.
- Jak to pomyliłeś drzwi? A któreś są twoje? - wycedziłam przez zęby. Czułam ból jaki sama sobie zadaje, instynktownie zaciskając pięści i wbijając sobie tym samym paznokcie w cienką skórę na dłoniach. Pytanie widocznie ociekało jadem do tego stopnia, że brunet nie znajdywał na nie dobrej odpowiedzi, po której miałby pewność, że za chwilę nie zginie. Jedynie otworzył na jeden, krótki moment usta, tak jakby chciał coś powiedzieć, ale widocznie bardzo szybko z tego zrezygnował, ponieważ nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Staliśmy tak chwilę w krępującej ciszy, otoczeni powietrzem tak gęstym, że można by je kroić nożem. W końcu wyciągnęłam telefon, z zamiarem dokonania niemożliwego, czyli w krótkich, żołnierskich słowach : chciałam dodzwonić się do Johna. Ktoś musiał mi przecież to wszystko wyjaśnić, a ja miałam bardzo dziwne przeczucie, że był idealną osobą do tego zabiegu. Musze przyznać, że nieco się zdziwiłam, kiedy Bastian nic nie powiedział. Nie zareagował, nie pytał co robię, po prostu stał i się na mnie patrzył. Irytowało mnie to na zwykły dziewczęcy sposób, jedynie dlatego, że coraz trudniej przychodziło mi nie okazywanie zakłopotanie, które niemal biło pięściami w wewnętrzną stronę moich policzków. - Powinnam wezwać policję. - wymamrotałam pod nosem, krążąc nerwowo po pokoju. Jedynym co mnie przed tym powstrzymywało, była pamięć o walizkach leżących u stóp schodów, które boleśnie zaznaczyły na mnie swoją obecność.
- Stało się coś? - przy piątym połączeniu przywitał mnie beztroski głos chrzestnego. Zastanawiałam się czy ja się jakoś uszkodziłam, czy świat zwariował, ale wszyscy byli nienaturalnie spokojni, a sytuacja zdecydowanie nie napawała mnie takim uczuciem.
- Eee co w moim pokoju robi jakiś obcy chłopak? Urodziny już miałam, a na striptizera nie wygląda bo jest zbyt nieśmiały, także słucham cię uważnie. - rzuciłam pozornie luźnym tonem, mimo że w środku się we mnie gotowało. Taka już byłam, zazwyczaj starałam się maskować swoją frustrację lub lęk "luzackim" zachowaniem, chociaż chyba tak naprawdę nigdy nie znałam jego definicji. Przelotnie spojrzałam na wcześniej wspomnianego, który sprawiał wrażenie jakby wrósł w ziemię. W słuchawce natomiast usłyszałam głośne westchnięcie, świadczące zapewne o braku zaskoczenia moim trudnym pytaniem.
- To dość skomplikowana sprawa, Bastian to syn Caroline. - powiedział zmęczonym głosem, jednak w tym momencie ani trochę nie było mi go szkoda. Kim do cholery była Caroline?! - Wytłumaczę ci wszystko w domu, Mel. Musze kończyć. - zakomunikował i bezceremonialnie się rozłączył, a ja zastygłam w miejscu z telefonem przy uchu. O nie, nie porozmawiamy w domu, bo zanim wrócisz, mnie już tu nie będzie. Ale dokąd pójdę? Do hotelu? No przecież to pierwsze miejsce, w którym będzie mnie szukał, Camp Nou otwarte dzisiaj tylko dla turystów, a Ney jest dopiero w trakcie kupna własnego domu. Swoją drogą, pytałam się kiedyś piłkarzy, czy nie przeszkadza im mieszkanie w hotelu przez większość roku, ponieważ nie ukrywam, że bardzo mnie to ciekawiło. Odpowiedzieli, że trochę przeszkadza, że mieszkają z kumplem zamiast z dziewczyną czy z żoną, ale poza tym nie jest to takie złe. Warunki są niemal królewskie, mają wszystko czego chcą, podstawiane pod nos z pocałowaniem dłoni. Jest to dla nich dobre rozwiązanie, jeśli tak jak w znakomitej większości, są już jakoś "ustatkowani" i dom wybudowali sobie gdzie indziej. Inni osobnicy, tacy jak Neymar, którzy formalnie jeszcze nikogo niezmiennie codziennie rano nie doprowadzają do szału, mają w tym temacie zupełną dowolność. Zależy to pewnie od ich planów związanych z dalszą karierą w FC Barcelonie. Tak czy inaczej, nie miałam gdzie się podziać, a ta świadomość nie była zbytnio napawająca nadzieją i optymizmem.
- Będziesz tu tak stał? - warknęłam bez cienia uśmiechu na twarzy, co zostało odebrane jedynie milczeniem. Po chwili brunet opuścił pomieszczenie. Byłam ciekawa czy normalnie też jest z typu ludzi pod tytułem "przepraszam, że żyję", czy tylko moja osoba wzbudza w nim takie uczucia. Jednak postanowiłam nie zaprzątać sobie tym dalej głowy. Wyjęłam trochę gotówki ze skrytki, złapałam z powrotem swoją torbę i zbiegłam na dół, tym razem uważając na zmyślnie zastawione pułapki pod schodami. Rozdzwonił się mój telefon, jednak nie miałam teraz głowy do tego, żeby odbierać. Złapałam kurtkę i ruszyłam w stronę drzwi.
- Nie idź. - usłyszałam za plecami głos w którym mieszała się niepewność i jednocześnie nuta stanowczości zaburzająca cały ład odbioru tego krótkiego komunikatu. Zszokowana, odwróciłam się.
- Boisz się zostać sam? Dlaczego miałabym cię posłuchać? - uniosłam brwi do góry i zmierzyłam intruza wzrokiem. Zyskał na elemencie zaskoczenia, który wyraźnie zbił mnie z tropu i osłabił moją czujność.
- Bo cię o to proszę. - powiedział już pewniej, a ja nie mogłam wyjść z podziwu dla jego opanowania. Chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że może zaraz oberwać jakimś podręcznym wazonem. Spojrzałam na niego ponownie i musiałam przyznać, że było w nim coś niepokojąco uspokajającego, co automatycznie przywracało mi równowagę psychiczną. Oczywiście nie czarujmy się, jedynie na tyle, na ile to było w moim przypadku możliwe. Kilka razy westchnęłam ciężko, żeby zaznaczyć, że wcale to na mnie nie podziałało i opadłam na krzesło w jadalni, które znajdowało się najbliżej drzwi. Tak naprawdę wcale nie miałam ochoty nigdzie wychodzić, bo byłam zmęczona po całym dniu i jedyne o czym teraz marzyłam to długa kąpiel. Nie zamierzałam również z nim rozmawiać. W ogóle nie zamierzałam z nikim rozmawiać. Czułam się oszukana, zdradzona przez niemal najbliższego mi człowieka. Jak mógł mi o czymś takim nie powiedzieć? Podkuliłam nogi i całkowicie ignorując obecność Bastiana, odpłynęłam w krainę własnych myśli. Co dokładnie działo się właśnie w naszej rodzinie? Kim byli ci obcy ludzie? Czy to ta cała Caroline absorbowała ostatnio cały czas Johna? Odpowiedź na te wszystkie natrętne pytania kłębiące się w mojej głowie, nadeszła bardzo szybko w postaci mojego chrzestnego, z ową nieznajomą kobietą u jego boku. Nie byłabym sobą, gdybym od razu nie zlustrowała jej spojrzeniem. Była naprawdę ładna. Wysoka brunetka, ze smukłą sylwetką i modnie dobranymi częściami garderoby. Czegóż chcieć więcej. Odchrząknęłam ceremonialnie.
- O Mel, już wróciłaś! - mężczyzna podszedł do kuchennego blatu i jakby nigdy nic, złapał jabłko, które chciwie nadgryzł.
- Tak się przypadkiem złożyło, że wróciłam do NASZEGO domu, tylko wyjaśnij mi proszę ciebie te walizki, jeśli możesz. - wskazałam wściekłym ruchem dłoni, leżące na podłodze niedoszłe narzędzie mordu, tym samym o mały włos nie nokautując Bastiana, który w ostatniej chwili odskoczył na bok. To nie moja wina, nikt nie kazał mu stać tak blisko. Nie dość, że wtargnął do mojego domu, to jeszcze zabiera mi przestrzeń osobistą, należałoby mu się. Chrzestny spojrzał na mnie w milczeniu i odłożył owoc na blat. Instynktownie założyłam ręce na piersi.
- John, powiedz jej. - usłyszałam cienki głosik, którego właścicielkę do tej pory starałam się usilnie ignorować. Może i była ładna, ale to raczej nie było zbyt inteligentne. Skoro już zwaliła się tu ze swoimi rzeczami, to nie byłam idiotką, domyślałam się co się dzieje. Miałam jedynie cień nadziei, że to jedna z moich dalekich ciotek, których nigdy nie widziałam na oczy. Bardzo szybko moja ostatnia deska ratunku, została brutalnie porąbana na małe kawałeczki, kiedy owa brunetka podeszła do Johna i wzięła go za dłoń, a on ją do siebie przytulił i ucałował jej głowę. To znacznie zmniejszyło prawdopodobieństwo, że to moja ciotka.
- Mel, poznaj Caroline, to moja nowa partnerka. - mężczyzna wydusił z siebie w końcu to jedno, krótkie, niczego niewyjaśniające zdanie. Kobieta wyciągnęła w moim kierunku szczupłą rękę, ale nie odwzajemniłam gestu, uporczywie i z niedowierzaniem wywiercając wzrokiem Johnowi dziurę w czaszce. - Jej syna chyba już poznałaś. Dzisiaj się wprowadzają i będą z nami mieszkać. - zakomunikował obserwując uważnie moją reakcję. Musiałam przyznać losowi rację, że John nie nadawałby się z pewnością do przekazywania ludziom ważnych informacji. Jego zwięzłe, wojskowe komunikaty wcale ni były jasne i zrozumiałe, a po prostu pozbawione wyczucia. Nie wyobrażam go sobie jako lekarza, który ma poinformować o zgonie pacjenta, albo o narodzinach czyjegoś dziecka. W sumie w jego wykonaniu, zapewne wyglądałoby to tak samo. John z kolei widział nie raz kiedy sprzeczaliśmy się o coś z Brazylijczykiem i wiedział, że rzucanie zastawą stołową nie jest mi obce, więc jego mina nadal była dość niepewna. Jednak mimo całego rozgoryczenia jakie we mnie buzowało, starałam się zachować resztki pozorów normalności.
- Musimy porozmawiać. SAMI. - syknęłam przez zęby i pociągnęłam go za rękaw do ogrodu, zanim zdążył zaprotestować. Trzasnęłam balkonowymi drzwiami i na pięcie odwróciłam się w jego stronę. - Czy ja mogę się dowiedzieć skąd oni się wzięli w naszym domu? - starałam się panować nad głosem, ale wiedziałam nie wychodziło mi to nawet w najmniejszym stopniu. Mężczyzna spokojnie oparł się o ścianę domu z miną, która wskazywała na to, że z pewnością spodziewał się podobnej reakcji.
- Poznałem Carol jakiś czas temu, pracuje w branży hotelarskiej jako dekoratorka wnętrz. Kiedy poszedłem z twoimi rodzicami na imprezę, znowu ją spotkałem, zaiskrzyło i od tamtej pory się spotykamy. Wczoraj podjęliśmy decyzję o przeprowadzce. - streścił krótko, a ja nie mogłam wyjść z podziwu, jak może nie wiedzieć o co mi chodzi. Nie obchodziło mnie kim była Carol, ale skąd się wzięła. Tu patrz barbarzyńskie, bezpośrednie pytanie: "Dlaczego ja nic o tym nie wiem?!".
- To miło, że tak się wszystko ułożyło, tylko szkoda, że ja już w tym domu znaczę tak mało, że nie widziałeś potrzeby, żeby mnie o tym poinformować. Masz mnie za kretynkę, która nie zauważy dodatkowych dwóch osób w domu? Zamierzałeś ze mną w ogóle porozmawiać, czy liczyłeś na to, że przejdę po prostu do porządku dziennego? Może jeszcze mam dzielić pokój z tym bękartem? - skinęłam głową w stronę stojących za szklaną ścianą postaci.
- Nie, ale mogłabyś być dla niego milsza i dla Carol też. Jesteś dorosła, więc się tak zachowuj. - odparł, a ja wyczułam, że powoli traci cierpliwość. W stosunku do mnie, nigdy mu się to nie zdarzało, więc podświadomie zapaliła się we mnie czerwona lampka z napisem: PANIKA. Widziałam kilka razy jak wściekał się niemal ciskając telefonem o podłogę, kiedy ktoś w pracy doprowadzał go do granic wytrzymałości. Absolutnie nie chciałam być wtedy w skórze tej osoby i teraz też nie było to moim marzeniem.
- Pogadamy jak zaczniesz mnie tak traktować. - rzuciłam, po czym szybko urwałam dyskusję i wróciłam do domu. Bez słowa minęłam nowych domowników i popędziłam do swojego pokoju. Wściekłość powoli ustępowała rozczarowaniu, które teraz powoli mnie zalewało. Nie chciałam zachowywać się jak rozpieszczona panienka, ale John nie pozostawił mi wyboru. Raniło mnie na swój sposób to, że od razu założył taką wersję mojego zachowania, nie próbując nawet wcześniej o tym porozmawiać. Czy miał o mnie naprawdę aż tak złe zdanie, że nie wierzył, że będę potrafiła się zachować i zaakceptować jego nowy związek, nawet jeśli niósł ze sobą spory bagaż emocjonalny? Absolutnie nie chodziło mi o pojawienie się w jego życiu jakiejś kobiety, bo że przydałoby mu się jakąś znaleźć, powtarzałam mu od dawna, ale o to, że nie uznał mnie za godną zaufania i nic mi nie powiedział. Postawił mnie przed faktem dokonanym, jakby nie zakładał tego, że moglibyśmy się po ludzku dogadać. Postawił mi tym samym nieformalne ultimatum "Albo się przystosujesz, albo się wyprowadź". Nie było mi to na rękę, ale jak już wspominałam, nie miałam dokąd pójść, więc nie pozostawało mi nic innego jak zacząć sprawiać wrażenie słodkiej i kochanej. Przynajmniej wtedy, kiedy John patrzył. Z tymi jakże dziecinnymi przemyśleniami, zasnęłam licząc na to, że może chociaż sen przyniesie mi ukojenie i odpoczynek po wyczerpującym dniu.
*****
- Dobry Boże, oby to był tylko kolejny koszmar. - jęknęłam po przebudzeniu, uchylając powieki i przypominając sobie wydarzenia z poprzedniego dnia. Słońce już dawno wzeszło i przedzierało się przez staromodne żaluzje, tańcząc na mojej nieprzytomnej twarzy. Zwiesiłam nogi z krawędzi łóżka i zaspanym krokiem ruszyłam w stronę schodów. Ku swojemu nieszczęściu na korytarzu dobiegł mnie z jadalni wesoły szczęk talerzy i strzępki rozmów co nie znaczyło nic innego, jak tylko to, że koszmar jednak trwał i miał się całkiem dobrze. W momencie odechciało mi się jeść, więc wróciłam do pokoju ubrałam się i wykonałam cały rytuał porannej toalety. Już nie pamiętam, kiedy zajęło mi to tak wiele czasu, ale nie ukrywam też, że nigdzie mi się nie spieszyło Spakowałam sportową torbę i tym razem pewnym siebie krokiem, zeszłam na parter. - Dzień dobry. - mruknęłam ledwo słyszalnie i przemknęłam do przedpokoju.
- W kuchni, na stole leży jakiś list do ciebie, przyszedł dziś rano. - usłyszałam niosący się echem po domu, głos mężczyzny.
- Żeby to szlag.. - zaklęłam po cichu pod nosem i dokończyłam proces wciągania butów na nogi, żeby w razie czego móc prędko się stąd ewakuować. Jednak nikt nie przejął się zbytnio moją obecnością, rozmawiali tak jak do tej pory, radio grało, nic ich poza sobą nie obchodziło jednym słowem. Zwinnym ruchem złapałam świstek papieru i wróciłam na pozycję startową obok drzwi. - Wychodzę. - krzyknęłam jednie i nie czekając na żadną odpowiedź lub ewentualny protest, opuściłam lokum. Zanim zamknęły się za mną drzwi, w domu zapanowała cisza, ale uznałam, że jeśli teraz zebrało im się na rozmowę to trochę za późno i jeśli chcą takową odbyć to niech się umówią na późniejszy termin.
Oparłam się o drzwi wzdychając ciężko. Czego się spodziewałam? Życie w takim raju musiało kiedyś się skończyć, a ja nie miałam Johna na wyłączność. Teraz pozostało tylko modlić się o to, żeby ta cała Caroline była jakaś w miarę normalna. A przynajmniej, żeby nie była seryjną morderczynią, kleptomanką czy nie wykazywała zbytniego zainteresowania piromanią. Poza tym powinno być dobrze. No i wiadomo, jeśli ruszy moje rzeczy bez pytania, zginie. Ale to inny kaliber, na razie jesteśmy na tym poziomie znajomości, czy zapyta, czy nie zapyta to i tak ją spotka zagłada jeśli cokolwiek ruszy.
List w moich dłoniach niemal je parzył, a ja patrzyłam na niego sceptycznie, no bo przecież kto w Barcelonie mógł do mnie pisać? I to w dodatku list. Neymara nie podejrzewałam o taki el romantico gest. Otworzyłam go ze średnim zaciekawieniem, jednak to, co tam znalazłam ukradło mi oddech. Nie był to list od Brazylijczyka, ani od żadnego innego, pięknie opalonego mieszkańca Hiszpanii. To był list z hiszpańskiego sądu. Na co dzień posługiwałam się językiem potocznym, więc nie ukrywam, że miałam lekkie problemy w zrozumieniu niektórych słów i odczytaniu intencji listu. Po wielkich trudach i znojach oraz małej pomocy słownika (Niech Bóg błogosławi internet w telefonie) odszyfrowałam wszystkie hieroglify, które ktoś zmyślnie do mnie zaadresował. Było to nic innego jak tylko wezwanie do sądu na rozprawę. Czułam jak serce zwalnia tempo pracy, ciało mi drętwieje i odpływa z niego całe życie. Czy tak się czują ludzie, którzy mają zawał? Nie zazdroszczę. Zamrugałam kilka razy powiekami, patrząc na kawałek kartki w mojej dłoni, jak gdyby mając nadzieję, że po którymś mrugnięciu po prostu wyparuje. Jednak nic takiego się nie działo. Drżącymi dłońmi wcisnęłam papier razem z kopertą do torby i ruszyłam w stronę podjazdu. Szłam chodnikiem z słuchawkami na uszach, nie zwracając uwagę na przechodniów, którzy w biegu potrącali mnie średnio kilka razy w ciągu minuty. Muzyka wypełniała moją ludzką powłokę, dając jej nieopisaną siłę do każdego nowego kroku. Później był przystanek, autobus, przystanek i kolejny i kolejny i tak przez pół godziny, aż nogi same poniosły mnie na Camp Nou. Weszłam tam bez większego problemu, okazując na recepcji kartę honorowego członka FC Barcelony, którą w tamtym tygodniu podarował mi Neymar wraz z pękającym z dumy Luisem Enrique. Na moje szczęście rano, nikt nie miał treningów, więc stadion był zupełnie pusty. Przebrałam się w strój, ułożyłam włosy w "nieład artystyczny" na czubku mojej biednej głowy i ruszyłam na murawę. Zaczęłam od rozgrzewki, w końcu nie jestem samobójczynią, ale nie trwała ona długo, ponieważ nie należę do cierpliwych osób, a piłki leżące w kącie skutecznie mnie kusiły. Może nie byłam w szczytowej formie, ale wściekłość i strach, które w sobie nosiłam od tego poranka sprawiały, że byłam śmiertelnie dokładna, a moje strzały pełne mocy i precyzji. Po około godzinie intensywnego treningu padłam na murawę, ciężko oddychając. Zamknęłam oczy, czując jak spokój i wielkość tego miejsca napełniają mnie spokojem. Wysiłek dokonał niemożliwego, czyli dał upust moim skrajnym emocjom, które ostatnio rządziły się zbyt wielką autonomią w moim organizmie. Jak teraz będzie wyglądać moje życie? Czy aby nie zatęsknię za domem w Polsce? Miałam cichą nadzieję, że jednak barceloński sen, nie pryśnie tak szybko. Pocieszałam się w myślach, że przecież tak nie może być, bo nic złego się przecież nie wydarzyło, jednak podświadomość krzyczała co innego. Szczęście jest kruche i łatwopalne. Jego płomień daje wiele ciepła, ale spala się za szybko. Niestety miałam nieodparte wrażenie, że tym razem moja kochana, dobra, wierna i lekko stuknięta podświadomość ma rację. Starałam się tego nie zauważać na co dzień, ale wiele się zmieniło i nie były to zmiany na lepsze. Coraz częściej dręczyły mnie pytania: Jak dalej potoczą się moje losy? Co ze mną będzie? Co chcę robić w życiu? Przecież nie mogę zaprzestać na moim obecnym statusie, ponieważ dzisiaj go mam, a za kilka dni może go mieć inna. Co prawda nie brałam pod uwagę tak dramatycznego rozwoju wypadków, ale powiedzmy, że zakładałam pesymistyczną wersję, która niestety nosiła w sobie zalążki realizmu. Zaczynał się sezon, co ciągnęło za sobą niemal absolutny brak czasu ze strony piłkarzy dla czegokolwiek co nie było piłką. Nie byłam przysłowiowym wieszakiem, ale piłki też nie przypominałam, więc chyba byłam na straconej pozycji. Co więcej, miejsce, które zwykłam nazywać domem, zostało splugawione. Nie było już tylko moim domem, a w kolejnym hotelu nie zamierzałam mieszkać. Tym bardziej, że przypominałoby to raczej przytułek niż 5-cio gwiazdkowy ośrodek wypoczynkowy. I jeszcze ta rozprawa. Koszmary dotycząc "tego dnia" dręczyły mnie niemal każdej nocy, a teraz miałam tam tak po prostu pójść i spojrzeć temu choremu człowiekowi w oczy. Wzrok to dar i przekleństwo, potężna siła, która czasami mówi więcej niż słowa. Wiedziałam jedno, Tom nie zasługiwał nawet na jedno, krótkie spojrzenie z mojej strony. Co ci ludzie mają w głowie? Telewizja chyba rzeczywiście ma na niektórych destrukcyjny wpływ, ale żeby aż tak? Zabójstwo to coś, czego nie da się cofnąć, powiedzieć przepraszam, naprawić..
Na samą myśl o tej sprawie przeszły mnie nieprzyjemne dreszcze. Termin rozprawy był wyznaczony na za cztery dni, a ja byłam pewna, że do tego czasu nie zmrużę oka. Spojrzałam leniwie na wielki zegar, była 13. Miałam godzinę na opuszczenie przybytku, zanim juniorzy zaczną trening. Niechętnie podniosłam swoje zwłoki z wygodnej murawy i pokierowałam się w stronę szatni. Z ławki zgarnęłam telefon, na którego ekranie widniało kilka połączeń nieodebranych. Wszystkie od Brazylijczyka. Wzięłam szybki prysznic, pozwalając, żeby woda drążyła w moim zmęczonym ciele przyjemne, gorące strumyki. Owinięta ręcznikiem, przyłożyłam słuchawkę do ucha, wcześniej wybierając numer piłkarza.
- Mała, nic ci nie jest? - odebrał prawie, że od razu, co często mu się nie zdarzało. Odkryłam w jego głosie troskę pomieszaną ze strachem. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Jeden, który się interesował moim losem, przynajmniej na razie.
- Jestem cała i zdrowa na Camp Nou. - odpowiedziałam i rozpuściłam włosy, wycierając je ręcznikiem.
- Chociaż tyle. Nie odezwałaś się wczoraj, coś się stało? - zapytał, a ja oparłam głowę o chłodną ścianę za mną i przymknęłam oczy.
- Co tu dużo mówić, John przyprowadził do domu obcych ludzi i liczy na to, że teraz będziemy wszyscy udawać szczęśliwą rodzinkę, moje niedoczekanie. - odpowiedziałam z zaskakującym nawet siebie spokojem.
- Chcesz o tym pogadać? - jego reakcja zaskoczyła mnie w dość pozytywny sposób, ponieważ Ney nie należał do ludzi, którzy często okazywali takie ludzkie odruchy. Przez większość społeczeństwa, która nie była w nim szaleńczo zakochana, postrzegany był jako chamski, omamiony pieniędzmi gwiazdor, który nie widzi nic poza czubkiem własnego nosa. Muszę przyznać, że sama tak myślałam, a i on nie kłopocze się, żeby próbować sprawiać inne wrażenie. Tak mu jest wygodnie i póki gra na takim poziomie jak teraz, może pozwolić sobie na to, żeby niuanse odnośnie jego charakteru, nie były dla niego czymś istotnym. Media kreowały piłkarza, nie człowieka i póki nim był jego prawdziwe "ja" zostawało tylko dla najbliższego otoczenia.
- Nie przypuszczałam, że to powiem, ale chyba tak. - odpowiedziałam po chwili miękkim głosem.
- Jedź do domu, przyjadę za pół godziny. - zakomunikował, a ja poczułam ciepło w okolicach serca. Wreszcie jakiś miły, niewymuszony gest od drugiego człowieka.
- Nie wiem czy jeszcze mam inny dom, niż ten, w którym jestem teraz. - odparłam. Zabrzmiało nieco dramatycznie, ale niestety takie były moje odczucia. Dotknęłam ściany budynku niemal z sakralną powagą. - To tutaj zawsze był mój dom.
Jejku tyle się działo, że aż nie wiem od czego zacząć.
Mnóstwo, mnóstwo pracy, w tej szkole nie mają litości dla uciśnionego tłumu, ale tego niestety chyba żadna reforma nie obejmuje.
Będziecie się śmiać, lub też nie, ale dzisiaj miałam zamiar dodać rozdział o normalnej godzinie. Tak NORMALNEJ, ale oczywiście wyszło jak zwykle, bo co się stało? Bo po 22 zasnęłam i jak się obudziłam po kilku godzinach, to czekała na mnie niedokończona notka. Chyba od dzisiaj muszę przyznać sobie miano "arcypierdoły" no ale trudno. Ja już pomijam w ogóle kwestie, tego, że miało się pojawić to wszystko wcześniej. Bo to już się nie udaje niestety. :(
Kazałam Wam czekać, znowu, ale mam nadzieję, że przynajmniej było warto. Coś się zadziało, może średnio to długie, odkrywcze, porywające, wciągające, ale teraz zaczynam ferie i obiecuję, że nad następną notką popracuję tak, żeby była cud, miód, orzeszki ziemne.
Krytykę pozostawiam Wam, przepraszam za błędy i mam nadzieję, że jeszcze trochę mnie lubicie :)
Bo ja Was kocham. Naprawdę :* :D
Do napisania niedługo (wiecie ile trwa to "niedługo", ale postaram się, żeby było naprawdę niedługo, tak jak głosi definicja w słowniku normalnych ludzi)
Ciao.
<3
- Przepraszam, to chyba twój pokój... - odezwał się w końcu niepewnie nieznajomy, a ja wytrzeszczyłam na niego swoje piękne oczy. Podświadomie czułam jak moja mała, wredna istotka w środku budzi się do życia.
- Skoro tu jestem to chyba na to wygląda. Chociaż robiąc takie założenie nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie w żaden sposób TWOJEJ obecności tutaj. - specjalnie dałam większy nacisk na słowo "twojej", tak na wszelki wypadek, gdyby jeszcze nie zauważył, że nie jestem z obecnego stanu zbytnio zadowolona. Wyglądał na zmieszanego moim zachowaniem, jednak nie zamierzałam ani trochę mu odpuścić. Nawet za te wyjątkowe oczy. Był intruzem. Intruzem na moim terenie, a ja nie tolerowałam obcych ludzi, pojawiających się w moim życiu z czystego przypadku. Widziałam niepewność, która rozlewała się po jego twarzy, zmieniając jej wyraz, jak żrąca ciecz.
- Mam na imię Bastian. - jedną ręką nerwowo gładził swoją bujną czuprynę, a drugą wyciągnął w moją stronę. Uniosłam brwi do góry.
- Melisa. Chciałabym powiedzieć, że mi miło, ale niestety nie lubię kłamać. - odpowiedziałam sucho na jego gest, nie spuszczając z niego wzroku. Był ode mnie wyższy o głowę i zapewne starszy, jednak w tym momencie wyglądał jak zagubione dziecko, rugane przez dorosłego.
- Ja.. eee.. przepraszam, widocznie pomyliłem drzwi. - wydukał, starając się nie patrzeć mi w oczy, czym rozjuszył mnie jeszcze bardziej. Ciśnienie podniosło mi się tak, że mało nie zemdlałam z gorąca jakie rozchodziło się po moim małym ciele. Nie widziałam jak wyglądam, ale miałam nieodparte wrażenie, że para dymi mi z uszu, niczym na disney'owskich kreskówkach.
- Jak to pomyliłeś drzwi? A któreś są twoje? - wycedziłam przez zęby. Czułam ból jaki sama sobie zadaje, instynktownie zaciskając pięści i wbijając sobie tym samym paznokcie w cienką skórę na dłoniach. Pytanie widocznie ociekało jadem do tego stopnia, że brunet nie znajdywał na nie dobrej odpowiedzi, po której miałby pewność, że za chwilę nie zginie. Jedynie otworzył na jeden, krótki moment usta, tak jakby chciał coś powiedzieć, ale widocznie bardzo szybko z tego zrezygnował, ponieważ nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Staliśmy tak chwilę w krępującej ciszy, otoczeni powietrzem tak gęstym, że można by je kroić nożem. W końcu wyciągnęłam telefon, z zamiarem dokonania niemożliwego, czyli w krótkich, żołnierskich słowach : chciałam dodzwonić się do Johna. Ktoś musiał mi przecież to wszystko wyjaśnić, a ja miałam bardzo dziwne przeczucie, że był idealną osobą do tego zabiegu. Musze przyznać, że nieco się zdziwiłam, kiedy Bastian nic nie powiedział. Nie zareagował, nie pytał co robię, po prostu stał i się na mnie patrzył. Irytowało mnie to na zwykły dziewczęcy sposób, jedynie dlatego, że coraz trudniej przychodziło mi nie okazywanie zakłopotanie, które niemal biło pięściami w wewnętrzną stronę moich policzków. - Powinnam wezwać policję. - wymamrotałam pod nosem, krążąc nerwowo po pokoju. Jedynym co mnie przed tym powstrzymywało, była pamięć o walizkach leżących u stóp schodów, które boleśnie zaznaczyły na mnie swoją obecność.
- Stało się coś? - przy piątym połączeniu przywitał mnie beztroski głos chrzestnego. Zastanawiałam się czy ja się jakoś uszkodziłam, czy świat zwariował, ale wszyscy byli nienaturalnie spokojni, a sytuacja zdecydowanie nie napawała mnie takim uczuciem.
- Eee co w moim pokoju robi jakiś obcy chłopak? Urodziny już miałam, a na striptizera nie wygląda bo jest zbyt nieśmiały, także słucham cię uważnie. - rzuciłam pozornie luźnym tonem, mimo że w środku się we mnie gotowało. Taka już byłam, zazwyczaj starałam się maskować swoją frustrację lub lęk "luzackim" zachowaniem, chociaż chyba tak naprawdę nigdy nie znałam jego definicji. Przelotnie spojrzałam na wcześniej wspomnianego, który sprawiał wrażenie jakby wrósł w ziemię. W słuchawce natomiast usłyszałam głośne westchnięcie, świadczące zapewne o braku zaskoczenia moim trudnym pytaniem.
- To dość skomplikowana sprawa, Bastian to syn Caroline. - powiedział zmęczonym głosem, jednak w tym momencie ani trochę nie było mi go szkoda. Kim do cholery była Caroline?! - Wytłumaczę ci wszystko w domu, Mel. Musze kończyć. - zakomunikował i bezceremonialnie się rozłączył, a ja zastygłam w miejscu z telefonem przy uchu. O nie, nie porozmawiamy w domu, bo zanim wrócisz, mnie już tu nie będzie. Ale dokąd pójdę? Do hotelu? No przecież to pierwsze miejsce, w którym będzie mnie szukał, Camp Nou otwarte dzisiaj tylko dla turystów, a Ney jest dopiero w trakcie kupna własnego domu. Swoją drogą, pytałam się kiedyś piłkarzy, czy nie przeszkadza im mieszkanie w hotelu przez większość roku, ponieważ nie ukrywam, że bardzo mnie to ciekawiło. Odpowiedzieli, że trochę przeszkadza, że mieszkają z kumplem zamiast z dziewczyną czy z żoną, ale poza tym nie jest to takie złe. Warunki są niemal królewskie, mają wszystko czego chcą, podstawiane pod nos z pocałowaniem dłoni. Jest to dla nich dobre rozwiązanie, jeśli tak jak w znakomitej większości, są już jakoś "ustatkowani" i dom wybudowali sobie gdzie indziej. Inni osobnicy, tacy jak Neymar, którzy formalnie jeszcze nikogo niezmiennie codziennie rano nie doprowadzają do szału, mają w tym temacie zupełną dowolność. Zależy to pewnie od ich planów związanych z dalszą karierą w FC Barcelonie. Tak czy inaczej, nie miałam gdzie się podziać, a ta świadomość nie była zbytnio napawająca nadzieją i optymizmem.
- Będziesz tu tak stał? - warknęłam bez cienia uśmiechu na twarzy, co zostało odebrane jedynie milczeniem. Po chwili brunet opuścił pomieszczenie. Byłam ciekawa czy normalnie też jest z typu ludzi pod tytułem "przepraszam, że żyję", czy tylko moja osoba wzbudza w nim takie uczucia. Jednak postanowiłam nie zaprzątać sobie tym dalej głowy. Wyjęłam trochę gotówki ze skrytki, złapałam z powrotem swoją torbę i zbiegłam na dół, tym razem uważając na zmyślnie zastawione pułapki pod schodami. Rozdzwonił się mój telefon, jednak nie miałam teraz głowy do tego, żeby odbierać. Złapałam kurtkę i ruszyłam w stronę drzwi.
- Nie idź. - usłyszałam za plecami głos w którym mieszała się niepewność i jednocześnie nuta stanowczości zaburzająca cały ład odbioru tego krótkiego komunikatu. Zszokowana, odwróciłam się.
- Boisz się zostać sam? Dlaczego miałabym cię posłuchać? - uniosłam brwi do góry i zmierzyłam intruza wzrokiem. Zyskał na elemencie zaskoczenia, który wyraźnie zbił mnie z tropu i osłabił moją czujność.
- Bo cię o to proszę. - powiedział już pewniej, a ja nie mogłam wyjść z podziwu dla jego opanowania. Chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że może zaraz oberwać jakimś podręcznym wazonem. Spojrzałam na niego ponownie i musiałam przyznać, że było w nim coś niepokojąco uspokajającego, co automatycznie przywracało mi równowagę psychiczną. Oczywiście nie czarujmy się, jedynie na tyle, na ile to było w moim przypadku możliwe. Kilka razy westchnęłam ciężko, żeby zaznaczyć, że wcale to na mnie nie podziałało i opadłam na krzesło w jadalni, które znajdowało się najbliżej drzwi. Tak naprawdę wcale nie miałam ochoty nigdzie wychodzić, bo byłam zmęczona po całym dniu i jedyne o czym teraz marzyłam to długa kąpiel. Nie zamierzałam również z nim rozmawiać. W ogóle nie zamierzałam z nikim rozmawiać. Czułam się oszukana, zdradzona przez niemal najbliższego mi człowieka. Jak mógł mi o czymś takim nie powiedzieć? Podkuliłam nogi i całkowicie ignorując obecność Bastiana, odpłynęłam w krainę własnych myśli. Co dokładnie działo się właśnie w naszej rodzinie? Kim byli ci obcy ludzie? Czy to ta cała Caroline absorbowała ostatnio cały czas Johna? Odpowiedź na te wszystkie natrętne pytania kłębiące się w mojej głowie, nadeszła bardzo szybko w postaci mojego chrzestnego, z ową nieznajomą kobietą u jego boku. Nie byłabym sobą, gdybym od razu nie zlustrowała jej spojrzeniem. Była naprawdę ładna. Wysoka brunetka, ze smukłą sylwetką i modnie dobranymi częściami garderoby. Czegóż chcieć więcej. Odchrząknęłam ceremonialnie.
- O Mel, już wróciłaś! - mężczyzna podszedł do kuchennego blatu i jakby nigdy nic, złapał jabłko, które chciwie nadgryzł.
- Tak się przypadkiem złożyło, że wróciłam do NASZEGO domu, tylko wyjaśnij mi proszę ciebie te walizki, jeśli możesz. - wskazałam wściekłym ruchem dłoni, leżące na podłodze niedoszłe narzędzie mordu, tym samym o mały włos nie nokautując Bastiana, który w ostatniej chwili odskoczył na bok. To nie moja wina, nikt nie kazał mu stać tak blisko. Nie dość, że wtargnął do mojego domu, to jeszcze zabiera mi przestrzeń osobistą, należałoby mu się. Chrzestny spojrzał na mnie w milczeniu i odłożył owoc na blat. Instynktownie założyłam ręce na piersi.
- John, powiedz jej. - usłyszałam cienki głosik, którego właścicielkę do tej pory starałam się usilnie ignorować. Może i była ładna, ale to raczej nie było zbyt inteligentne. Skoro już zwaliła się tu ze swoimi rzeczami, to nie byłam idiotką, domyślałam się co się dzieje. Miałam jedynie cień nadziei, że to jedna z moich dalekich ciotek, których nigdy nie widziałam na oczy. Bardzo szybko moja ostatnia deska ratunku, została brutalnie porąbana na małe kawałeczki, kiedy owa brunetka podeszła do Johna i wzięła go za dłoń, a on ją do siebie przytulił i ucałował jej głowę. To znacznie zmniejszyło prawdopodobieństwo, że to moja ciotka.
- Mel, poznaj Caroline, to moja nowa partnerka. - mężczyzna wydusił z siebie w końcu to jedno, krótkie, niczego niewyjaśniające zdanie. Kobieta wyciągnęła w moim kierunku szczupłą rękę, ale nie odwzajemniłam gestu, uporczywie i z niedowierzaniem wywiercając wzrokiem Johnowi dziurę w czaszce. - Jej syna chyba już poznałaś. Dzisiaj się wprowadzają i będą z nami mieszkać. - zakomunikował obserwując uważnie moją reakcję. Musiałam przyznać losowi rację, że John nie nadawałby się z pewnością do przekazywania ludziom ważnych informacji. Jego zwięzłe, wojskowe komunikaty wcale ni były jasne i zrozumiałe, a po prostu pozbawione wyczucia. Nie wyobrażam go sobie jako lekarza, który ma poinformować o zgonie pacjenta, albo o narodzinach czyjegoś dziecka. W sumie w jego wykonaniu, zapewne wyglądałoby to tak samo. John z kolei widział nie raz kiedy sprzeczaliśmy się o coś z Brazylijczykiem i wiedział, że rzucanie zastawą stołową nie jest mi obce, więc jego mina nadal była dość niepewna. Jednak mimo całego rozgoryczenia jakie we mnie buzowało, starałam się zachować resztki pozorów normalności.
- Musimy porozmawiać. SAMI. - syknęłam przez zęby i pociągnęłam go za rękaw do ogrodu, zanim zdążył zaprotestować. Trzasnęłam balkonowymi drzwiami i na pięcie odwróciłam się w jego stronę. - Czy ja mogę się dowiedzieć skąd oni się wzięli w naszym domu? - starałam się panować nad głosem, ale wiedziałam nie wychodziło mi to nawet w najmniejszym stopniu. Mężczyzna spokojnie oparł się o ścianę domu z miną, która wskazywała na to, że z pewnością spodziewał się podobnej reakcji.
- Poznałem Carol jakiś czas temu, pracuje w branży hotelarskiej jako dekoratorka wnętrz. Kiedy poszedłem z twoimi rodzicami na imprezę, znowu ją spotkałem, zaiskrzyło i od tamtej pory się spotykamy. Wczoraj podjęliśmy decyzję o przeprowadzce. - streścił krótko, a ja nie mogłam wyjść z podziwu, jak może nie wiedzieć o co mi chodzi. Nie obchodziło mnie kim była Carol, ale skąd się wzięła. Tu patrz barbarzyńskie, bezpośrednie pytanie: "Dlaczego ja nic o tym nie wiem?!".
- To miło, że tak się wszystko ułożyło, tylko szkoda, że ja już w tym domu znaczę tak mało, że nie widziałeś potrzeby, żeby mnie o tym poinformować. Masz mnie za kretynkę, która nie zauważy dodatkowych dwóch osób w domu? Zamierzałeś ze mną w ogóle porozmawiać, czy liczyłeś na to, że przejdę po prostu do porządku dziennego? Może jeszcze mam dzielić pokój z tym bękartem? - skinęłam głową w stronę stojących za szklaną ścianą postaci.
- Nie, ale mogłabyś być dla niego milsza i dla Carol też. Jesteś dorosła, więc się tak zachowuj. - odparł, a ja wyczułam, że powoli traci cierpliwość. W stosunku do mnie, nigdy mu się to nie zdarzało, więc podświadomie zapaliła się we mnie czerwona lampka z napisem: PANIKA. Widziałam kilka razy jak wściekał się niemal ciskając telefonem o podłogę, kiedy ktoś w pracy doprowadzał go do granic wytrzymałości. Absolutnie nie chciałam być wtedy w skórze tej osoby i teraz też nie było to moim marzeniem.
- Pogadamy jak zaczniesz mnie tak traktować. - rzuciłam, po czym szybko urwałam dyskusję i wróciłam do domu. Bez słowa minęłam nowych domowników i popędziłam do swojego pokoju. Wściekłość powoli ustępowała rozczarowaniu, które teraz powoli mnie zalewało. Nie chciałam zachowywać się jak rozpieszczona panienka, ale John nie pozostawił mi wyboru. Raniło mnie na swój sposób to, że od razu założył taką wersję mojego zachowania, nie próbując nawet wcześniej o tym porozmawiać. Czy miał o mnie naprawdę aż tak złe zdanie, że nie wierzył, że będę potrafiła się zachować i zaakceptować jego nowy związek, nawet jeśli niósł ze sobą spory bagaż emocjonalny? Absolutnie nie chodziło mi o pojawienie się w jego życiu jakiejś kobiety, bo że przydałoby mu się jakąś znaleźć, powtarzałam mu od dawna, ale o to, że nie uznał mnie za godną zaufania i nic mi nie powiedział. Postawił mnie przed faktem dokonanym, jakby nie zakładał tego, że moglibyśmy się po ludzku dogadać. Postawił mi tym samym nieformalne ultimatum "Albo się przystosujesz, albo się wyprowadź". Nie było mi to na rękę, ale jak już wspominałam, nie miałam dokąd pójść, więc nie pozostawało mi nic innego jak zacząć sprawiać wrażenie słodkiej i kochanej. Przynajmniej wtedy, kiedy John patrzył. Z tymi jakże dziecinnymi przemyśleniami, zasnęłam licząc na to, że może chociaż sen przyniesie mi ukojenie i odpoczynek po wyczerpującym dniu.
*****
- Dobry Boże, oby to był tylko kolejny koszmar. - jęknęłam po przebudzeniu, uchylając powieki i przypominając sobie wydarzenia z poprzedniego dnia. Słońce już dawno wzeszło i przedzierało się przez staromodne żaluzje, tańcząc na mojej nieprzytomnej twarzy. Zwiesiłam nogi z krawędzi łóżka i zaspanym krokiem ruszyłam w stronę schodów. Ku swojemu nieszczęściu na korytarzu dobiegł mnie z jadalni wesoły szczęk talerzy i strzępki rozmów co nie znaczyło nic innego, jak tylko to, że koszmar jednak trwał i miał się całkiem dobrze. W momencie odechciało mi się jeść, więc wróciłam do pokoju ubrałam się i wykonałam cały rytuał porannej toalety. Już nie pamiętam, kiedy zajęło mi to tak wiele czasu, ale nie ukrywam też, że nigdzie mi się nie spieszyło Spakowałam sportową torbę i tym razem pewnym siebie krokiem, zeszłam na parter. - Dzień dobry. - mruknęłam ledwo słyszalnie i przemknęłam do przedpokoju.
- W kuchni, na stole leży jakiś list do ciebie, przyszedł dziś rano. - usłyszałam niosący się echem po domu, głos mężczyzny.
- Żeby to szlag.. - zaklęłam po cichu pod nosem i dokończyłam proces wciągania butów na nogi, żeby w razie czego móc prędko się stąd ewakuować. Jednak nikt nie przejął się zbytnio moją obecnością, rozmawiali tak jak do tej pory, radio grało, nic ich poza sobą nie obchodziło jednym słowem. Zwinnym ruchem złapałam świstek papieru i wróciłam na pozycję startową obok drzwi. - Wychodzę. - krzyknęłam jednie i nie czekając na żadną odpowiedź lub ewentualny protest, opuściłam lokum. Zanim zamknęły się za mną drzwi, w domu zapanowała cisza, ale uznałam, że jeśli teraz zebrało im się na rozmowę to trochę za późno i jeśli chcą takową odbyć to niech się umówią na późniejszy termin.
Oparłam się o drzwi wzdychając ciężko. Czego się spodziewałam? Życie w takim raju musiało kiedyś się skończyć, a ja nie miałam Johna na wyłączność. Teraz pozostało tylko modlić się o to, żeby ta cała Caroline była jakaś w miarę normalna. A przynajmniej, żeby nie była seryjną morderczynią, kleptomanką czy nie wykazywała zbytniego zainteresowania piromanią. Poza tym powinno być dobrze. No i wiadomo, jeśli ruszy moje rzeczy bez pytania, zginie. Ale to inny kaliber, na razie jesteśmy na tym poziomie znajomości, czy zapyta, czy nie zapyta to i tak ją spotka zagłada jeśli cokolwiek ruszy.
List w moich dłoniach niemal je parzył, a ja patrzyłam na niego sceptycznie, no bo przecież kto w Barcelonie mógł do mnie pisać? I to w dodatku list. Neymara nie podejrzewałam o taki el romantico gest. Otworzyłam go ze średnim zaciekawieniem, jednak to, co tam znalazłam ukradło mi oddech. Nie był to list od Brazylijczyka, ani od żadnego innego, pięknie opalonego mieszkańca Hiszpanii. To był list z hiszpańskiego sądu. Na co dzień posługiwałam się językiem potocznym, więc nie ukrywam, że miałam lekkie problemy w zrozumieniu niektórych słów i odczytaniu intencji listu. Po wielkich trudach i znojach oraz małej pomocy słownika (Niech Bóg błogosławi internet w telefonie) odszyfrowałam wszystkie hieroglify, które ktoś zmyślnie do mnie zaadresował. Było to nic innego jak tylko wezwanie do sądu na rozprawę. Czułam jak serce zwalnia tempo pracy, ciało mi drętwieje i odpływa z niego całe życie. Czy tak się czują ludzie, którzy mają zawał? Nie zazdroszczę. Zamrugałam kilka razy powiekami, patrząc na kawałek kartki w mojej dłoni, jak gdyby mając nadzieję, że po którymś mrugnięciu po prostu wyparuje. Jednak nic takiego się nie działo. Drżącymi dłońmi wcisnęłam papier razem z kopertą do torby i ruszyłam w stronę podjazdu. Szłam chodnikiem z słuchawkami na uszach, nie zwracając uwagę na przechodniów, którzy w biegu potrącali mnie średnio kilka razy w ciągu minuty. Muzyka wypełniała moją ludzką powłokę, dając jej nieopisaną siłę do każdego nowego kroku. Później był przystanek, autobus, przystanek i kolejny i kolejny i tak przez pół godziny, aż nogi same poniosły mnie na Camp Nou. Weszłam tam bez większego problemu, okazując na recepcji kartę honorowego członka FC Barcelony, którą w tamtym tygodniu podarował mi Neymar wraz z pękającym z dumy Luisem Enrique. Na moje szczęście rano, nikt nie miał treningów, więc stadion był zupełnie pusty. Przebrałam się w strój, ułożyłam włosy w "nieład artystyczny" na czubku mojej biednej głowy i ruszyłam na murawę. Zaczęłam od rozgrzewki, w końcu nie jestem samobójczynią, ale nie trwała ona długo, ponieważ nie należę do cierpliwych osób, a piłki leżące w kącie skutecznie mnie kusiły. Może nie byłam w szczytowej formie, ale wściekłość i strach, które w sobie nosiłam od tego poranka sprawiały, że byłam śmiertelnie dokładna, a moje strzały pełne mocy i precyzji. Po około godzinie intensywnego treningu padłam na murawę, ciężko oddychając. Zamknęłam oczy, czując jak spokój i wielkość tego miejsca napełniają mnie spokojem. Wysiłek dokonał niemożliwego, czyli dał upust moim skrajnym emocjom, które ostatnio rządziły się zbyt wielką autonomią w moim organizmie. Jak teraz będzie wyglądać moje życie? Czy aby nie zatęsknię za domem w Polsce? Miałam cichą nadzieję, że jednak barceloński sen, nie pryśnie tak szybko. Pocieszałam się w myślach, że przecież tak nie może być, bo nic złego się przecież nie wydarzyło, jednak podświadomość krzyczała co innego. Szczęście jest kruche i łatwopalne. Jego płomień daje wiele ciepła, ale spala się za szybko. Niestety miałam nieodparte wrażenie, że tym razem moja kochana, dobra, wierna i lekko stuknięta podświadomość ma rację. Starałam się tego nie zauważać na co dzień, ale wiele się zmieniło i nie były to zmiany na lepsze. Coraz częściej dręczyły mnie pytania: Jak dalej potoczą się moje losy? Co ze mną będzie? Co chcę robić w życiu? Przecież nie mogę zaprzestać na moim obecnym statusie, ponieważ dzisiaj go mam, a za kilka dni może go mieć inna. Co prawda nie brałam pod uwagę tak dramatycznego rozwoju wypadków, ale powiedzmy, że zakładałam pesymistyczną wersję, która niestety nosiła w sobie zalążki realizmu. Zaczynał się sezon, co ciągnęło za sobą niemal absolutny brak czasu ze strony piłkarzy dla czegokolwiek co nie było piłką. Nie byłam przysłowiowym wieszakiem, ale piłki też nie przypominałam, więc chyba byłam na straconej pozycji. Co więcej, miejsce, które zwykłam nazywać domem, zostało splugawione. Nie było już tylko moim domem, a w kolejnym hotelu nie zamierzałam mieszkać. Tym bardziej, że przypominałoby to raczej przytułek niż 5-cio gwiazdkowy ośrodek wypoczynkowy. I jeszcze ta rozprawa. Koszmary dotycząc "tego dnia" dręczyły mnie niemal każdej nocy, a teraz miałam tam tak po prostu pójść i spojrzeć temu choremu człowiekowi w oczy. Wzrok to dar i przekleństwo, potężna siła, która czasami mówi więcej niż słowa. Wiedziałam jedno, Tom nie zasługiwał nawet na jedno, krótkie spojrzenie z mojej strony. Co ci ludzie mają w głowie? Telewizja chyba rzeczywiście ma na niektórych destrukcyjny wpływ, ale żeby aż tak? Zabójstwo to coś, czego nie da się cofnąć, powiedzieć przepraszam, naprawić..
Na samą myśl o tej sprawie przeszły mnie nieprzyjemne dreszcze. Termin rozprawy był wyznaczony na za cztery dni, a ja byłam pewna, że do tego czasu nie zmrużę oka. Spojrzałam leniwie na wielki zegar, była 13. Miałam godzinę na opuszczenie przybytku, zanim juniorzy zaczną trening. Niechętnie podniosłam swoje zwłoki z wygodnej murawy i pokierowałam się w stronę szatni. Z ławki zgarnęłam telefon, na którego ekranie widniało kilka połączeń nieodebranych. Wszystkie od Brazylijczyka. Wzięłam szybki prysznic, pozwalając, żeby woda drążyła w moim zmęczonym ciele przyjemne, gorące strumyki. Owinięta ręcznikiem, przyłożyłam słuchawkę do ucha, wcześniej wybierając numer piłkarza.
- Mała, nic ci nie jest? - odebrał prawie, że od razu, co często mu się nie zdarzało. Odkryłam w jego głosie troskę pomieszaną ze strachem. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Jeden, który się interesował moim losem, przynajmniej na razie.
- Jestem cała i zdrowa na Camp Nou. - odpowiedziałam i rozpuściłam włosy, wycierając je ręcznikiem.
- Chociaż tyle. Nie odezwałaś się wczoraj, coś się stało? - zapytał, a ja oparłam głowę o chłodną ścianę za mną i przymknęłam oczy.
- Co tu dużo mówić, John przyprowadził do domu obcych ludzi i liczy na to, że teraz będziemy wszyscy udawać szczęśliwą rodzinkę, moje niedoczekanie. - odpowiedziałam z zaskakującym nawet siebie spokojem.
- Chcesz o tym pogadać? - jego reakcja zaskoczyła mnie w dość pozytywny sposób, ponieważ Ney nie należał do ludzi, którzy często okazywali takie ludzkie odruchy. Przez większość społeczeństwa, która nie była w nim szaleńczo zakochana, postrzegany był jako chamski, omamiony pieniędzmi gwiazdor, który nie widzi nic poza czubkiem własnego nosa. Muszę przyznać, że sama tak myślałam, a i on nie kłopocze się, żeby próbować sprawiać inne wrażenie. Tak mu jest wygodnie i póki gra na takim poziomie jak teraz, może pozwolić sobie na to, żeby niuanse odnośnie jego charakteru, nie były dla niego czymś istotnym. Media kreowały piłkarza, nie człowieka i póki nim był jego prawdziwe "ja" zostawało tylko dla najbliższego otoczenia.
- Nie przypuszczałam, że to powiem, ale chyba tak. - odpowiedziałam po chwili miękkim głosem.
- Jedź do domu, przyjadę za pół godziny. - zakomunikował, a ja poczułam ciepło w okolicach serca. Wreszcie jakiś miły, niewymuszony gest od drugiego człowieka.
- Nie wiem czy jeszcze mam inny dom, niż ten, w którym jestem teraz. - odparłam. Zabrzmiało nieco dramatycznie, ale niestety takie były moje odczucia. Dotknęłam ściany budynku niemal z sakralną powagą. - To tutaj zawsze był mój dom.
Jejku tyle się działo, że aż nie wiem od czego zacząć.
Mnóstwo, mnóstwo pracy, w tej szkole nie mają litości dla uciśnionego tłumu, ale tego niestety chyba żadna reforma nie obejmuje.
Będziecie się śmiać, lub też nie, ale dzisiaj miałam zamiar dodać rozdział o normalnej godzinie. Tak NORMALNEJ, ale oczywiście wyszło jak zwykle, bo co się stało? Bo po 22 zasnęłam i jak się obudziłam po kilku godzinach, to czekała na mnie niedokończona notka. Chyba od dzisiaj muszę przyznać sobie miano "arcypierdoły" no ale trudno. Ja już pomijam w ogóle kwestie, tego, że miało się pojawić to wszystko wcześniej. Bo to już się nie udaje niestety. :(
Kazałam Wam czekać, znowu, ale mam nadzieję, że przynajmniej było warto. Coś się zadziało, może średnio to długie, odkrywcze, porywające, wciągające, ale teraz zaczynam ferie i obiecuję, że nad następną notką popracuję tak, żeby była cud, miód, orzeszki ziemne.
Krytykę pozostawiam Wam, przepraszam za błędy i mam nadzieję, że jeszcze trochę mnie lubicie :)
Bo ja Was kocham. Naprawdę :* :D
Do napisania niedługo (wiecie ile trwa to "niedługo", ale postaram się, żeby było naprawdę niedługo, tak jak głosi definicja w słowniku normalnych ludzi)
Ciao.
<3
czwartek, 29 stycznia 2015
24. (...) znajdowała się w innym wymiarze na planecie Marc i nie obchodziły ją żadne ziemskie sprawy.
Piękne chwile jako, że były piękne, nie mogły trwać długo. Rodzice wrócili do Polski i mimo, że byli u nas prawie dwa tygodnie, to w chwili wyjazdu i tak wydawało mi się, że były to owszem dwa, ale krótkie, zwykłe dni. Swoją drogą nigdy nie przypuszczałam, że będzie mi tak bardzo szkoda się z nimi rozstawać. Alex oczywiście pojechał razem z nimi, ponieważ żadna z jego petycji, negocjacji, czy prób protestów nie przyniosła oczekiwanego skutku. Ja mogłam być tą mądrą sową, bo ratował mnie fakt, że postanowiłam dokończyć tu, rozpoczętą w Polsce szkołę. Był to chyba najmocniejszy argument, wobec wszelkich logicznych sprzeciwów ze strony rodziców. Wiedziałam i czułam przez skórę, że już nigdy tam nie wrócę. Oni też to wiedzieli i widocznie nie zamierzali zmieniać na siłę biegu historii. Tu znalazłam tak naprawdę swoje miejsce na ziemi. Wcześniej, nie przypuszczałabym, że gdziekolwiek będę czuła się tak swobodnie jak w Barcelonie. Powtarzam to pewnie 1007 raz, ale taka jest prawda, to miasto jest magiczne w każdym calu i centymetrze brukowanej, ulicznej kostki.
Jeśli chodzi o magię, działała ona dość niespodziewanie, często pokazując najpierw efekty uboczne niżeli coś pięknego, na co każdy po cichu czeka. Moim zdaniem to właśnie działo się z Johnem, bo innego wytłumaczenia na jego zachowanie nie znajdowałam. Rządziła nim chyba jakaś dziwna, mroczna siła, która sprawiała, że ciągle gdzieś znikał, był bardziej rozkojarzony niż normalnie (tak, to możliwe) i nie odklejał się od telefonu. Zapewne gdybym poświęciła temu trochę czasu, uskuteczniła jakieś małe śledztwo, bardzo szybko dowiedziałabym się o co chodzi. Jednak takowego czasu nie miałam. Obiecałam rodzicom skończyć szkołę i zamierzałam tej obietnicy dotrzymać, mimo że na co dzień było to trochę upierdliwe. Zamiast trenować, ślęczałam nad lekcjami, zamiast spotykać się z Neymarem i resztą siedziałam w przytułku tortur lub zasypiałam nad książkami. Nie tak wyobrażałam sobie życie w słonecznej Hiszpanii.
- Cześć mała. - usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Podniosłam zmęczony wzrok znad pliku testów, które regularnie musiałam wypełniać, aby nadrobić niektóre zaległości związane z nieco innym systemem nauczania. Odgarnęłam z twarzy poczochrane włosy i moim oczom ukazała się smukła sylwetka Brazylijczyka, który opierał się o framugę drzwi, prowadzących do mojego pokoju. Rozejrzał się nerwowo po pokoju, a ja uniosłam do góry brwi w akcie głębokiego zdziwienia.
- Coś nie tak? - zapytałam niepewnie, obserwując zachowanie chłopaka.
- Rozglądam się czy jest tu jeszcze ten, kto cię napadł, bo wyglądasz okropnie. - roześmiał się i podszedł bliżej. Kiedy był wystarczająco blisko, zarobił kuksańca w bok.
- Jak zwykle czarujący. - prychnęłam, na co on pocałował mnie w głowę i z ciekawością zajrzał mi przez ramię. Zauważyłam, że zabawnie marszczy brwi, kiedy patrzy na stos papierów porozrzucanych po biurku.
- Dobrze, że już nie muszę siedzieć nad takimi rzeczami. - powiedział, po czym wygodnie rozłożył się na poduszkach ulokowanych na moim łóżku. Obdarowałam go spojrzeniem "Chyba kpisz" i odwróciłam się całkiem w jego stronę, starając się nie patrzeć na ogrom pracy jaki jeszcze na mnie czekał. Zmierzyłam Brazylijczyka wzrokiem, jakoś ciężko było mi wyobrazić sobie jego, chodzącego do szkoły. Pewnie i tak całe życie gwiazdorzył. Nawet w inkubatorze.
- Coś do picia? - rzuciłam, wstając i prostując zdrętwiałe nogi.
- Chętnie. Sok poproszę. - nie wierzyłam własnym uszom, ale mimo woli się roześmiałam. Rzuciłam w niego poduszką, która do tej pory służyła mi jako podpórka pod łokieć.
- Chłopak idealny. - syknęłam przez zęby i wyszłam z pokoju. Na dole nie paliło się światło, co oznaczało, że Johna na pewno nie ma w domu. Gdyby był, zapewne wszystko co możliwe byłoby włączone i porozświecane jak w cyrku. Taką ma manię, a ja jakoś nie zwracam mu na to uwagi, dopóki to on w pełni płaci za rachunki. Po omacku dotarłam do kuchni i nalałam dwie szklanki pomarańczowego soku. Narzekam, że mój chrzestny jest elektrycznym maniakiem, ale sama nie jestem lepsza. Mój defekt polega na tym, że ile razy przewinę się przez kuchnię, tyle razy mam ochotę na tak zwane, niesprecyzowane jeszcze przez amerykańskich naukowców "coś". Moją sylwetkę ratuje to, że zazwyczaj w tym domu nic takiego, na co akurat miałabym ochotę, nie ma. Tym razem odkopałam jednak w szafce kilka kostek mlecznej czekolady i z tą właśnie zdobyczą oraz szklankami powędrowałam z powrotem na górę. - Jak wszedłeś? - zapytałam jeszcze będąc w korytarzu. Nie powiem, że mnie to nie ciekawiło, skoro drzwi były zamknięte od wewnątrz. Zamiast odpowiedzi, usłyszałam jak z kimś rozmawia. Bezceremonialnie wtargnęłam do własnego pokoju, o ile do własnego pokoju można "wtargnąć". I bardzo dobrze zrobiłam, ponieważ piłkarz rozmawiał z kimś przez mój telefon! Tego było zbyt wiele. W jednym momencie doskoczyłam do niego, nie pamiętając nawet kiedy odstawiłam szklanki na biurko. - Oddawaj to barbarzyńco! - ryknęłam, okładając go piąstkami. Z jednej strony nie miałam nic do ukrycia, jednak z drugiej nie wiedziałam kto dzwoni. Jeśli jedna z moich głupawych znajomych ze szkoły? Nie chciałam myśleć co będzie tam jutro. Sądzę, że porównywalnie do epizodu, kiedy to Ney postanowił przyjechać po mnie po zajęciach. Szał macicy jednym słowem.
- Nie wolno mi z siostrą porozmawiać? - zaśmiał się chłopak, jednocześnie odsuwając mnie od komórki, jednym, sprawnym gestem. Obudził we mnie jeżozwierza.
- To gadaj ze swojego telefonu! - zirytowałam się, jednak kiedy zauważyłam, że moje próby odebrania aparatu są daremne, wstałam i podeszłam do biurka. Takich jak on trzeba pokonać sposobem. Wzięłam do ręki miseczkę z czekoladą i zamachałam nią Neymarowi przed nosem. Całe szczęście osiągnęłam zamierzony efekt, ponieważ wodził za nią oczami jak zahipnotyzowany. - Oddaj telefon, a czekolada jest twoja. - powiedziałam niemal bezgłośnie. Ten praktycznie rzucił mi komórkę, zabierając miskę ze słodyczami. Roześmiałam się i przyłożyłam słuchawkę do ucha. Wiedziałam, że teraz już na pewno dzisiaj nic nie zrobię. Nie było mowy o żadnej nauce ani niczym zbliżonym, nawet w brzmieniu do tego słowa.
- Nawet się nie pożegnał. - usłyszałam pełen wyrzutu głos Rafaelli w słuchawce. Pokręciłam z rozbawieniem głową, widząc zadowolonego z siebie piłkarza, który zapewne żył odtąd w przeświadczeniu, że zrobił interes życia.
- Neymar chyba ustalił priorytety, ale nie martw się, ja też przegrywam w zestawieniu z jedzeniem. - roześmiałyśmy się obydwie, na co chłopak skwitował to jedynie wrogim spojrzeniem. Siostra Brazylijczyka raczej do mnie nie dzwoniła, toteż byłam bardzo ciekawa, co to za pilna sprawa, która popchnęła ją do takiego czynu. Dziwnie było jednak o tym rozmawiać, kiedy w pokoju był jej ukochany, wścibski brat.
- Masz chwilkę? - zapytała, a ja uśmiechnęłam się w duchu. Ona subtelnie zapytała, za to inny odrost jej rodziny wpełzł do mojego domu bez zaproszenia i czuł się jak u siebie. Jednak jak widać, więzy krwi to nie wszystko.
- Nie martw się, twój brat zadbał o to, żebym miała dłuższą chwilę. - zaśmiałam się do słuchawki i oparłam głowę o ścianę, słuchając czym dziewczyna chce się ze mną podzielić.
- W ogóle to jutro jest mecz Barcelona - Elche, poszłabyś tam ze mną i Davim? - zapytała, a ja zostałam znokautowana tym pytaniem. Zupełnie o tym zapomniałam, a Neymar nie był na tyle łaskawy, żeby przypomnieć.
- No nie wiem, czy wszyscy będą zadowoleni z mojej obecności na meczu. - powiedziałam głośno, z pełną premedytacją. W odpowiedzi niedaleko siebie usłyszałam jedynie głośne plaśnięcie otwartą dłonią w czoło. - Ale w porządku, chętnie się z tobą tam wybiorę. - odpowiedziałam, obserwując zmieszanego "Katalończyka".
- Wiesz, po naszej ostatniej wizycie w aquaparku, Marc mnie zaprosił. Powiedział, że bardzo by chciał, żebym przyszła na ten mecz. W ogóle on jest taki uroczy. - wypaliła, a ja słuchałam jej w milczeniu, starając się powstrzymywać uśmiech, by nie zaciekawić nim chłopaka. Odchrząknęłam znacząco,żeby wiedziała, że cały czas jej słucham, tylko niezbyt mogę skomentować jej spontaniczne wyznanie. - Jak myślisz Mel, on tak na serio, czy tylko mu się nudzi i szuka jakiejś dziewczyny, żeby mieć kogo bajerować? - zapytała, a ja nie zastanawiałam się tyle nad samą odpowiedzią, co nad sposobem w jaki mogę jej ją przekazać.
- Moim zdaniem pierwsza opcja jest bardziej prawdopodobna. - postawiłam na wymijającą dyplomację. To zawsze się sprawdzało.
- Myślisz, że powinnam jakoś się no wiesz, odstrzelić na ten mecz? - zapytała niezgrabnie, a ja pomyślałam chwilę i z miną starej Indianki, odpowiedziałam:
- Postaw na naturalność. - brzmiałam trochę jak jakaś zabawna maszyna, wypluwająca z siebie niezrozumiałe wróżby, ale nie można mieć przecież wszystkiego.
- Jesteś wielka. Wiem, że Neymar wisi ci za uchem i nie możesz normalnie rozmawiać. Do zobaczenia jutro w takim razie. - odpowiedziała lekko ośmielonym głosem.
- Jak ty go znasz. Do zobaczenia. - odpowiedziałam z uśmiechem i rozłączyłam rozmowę.
- Mel.. - zaczął powoli i niepewnie piłkarz, a ja zaplotłam ręce na piersi i wbiłam w niego oskarżycielski wzrok. - Eee przyjdziesz jutro na mecz? - podrapał się po głowie, a ja uniosłam brwi do góry tak, że wyglądało jakbym wstrzyknęła sobie botoks.
- Tak,Raff mnie zaprosiła. - odpowiedziałam sucho, a w pokoju zapanowała cisza.
- Na śmierć zapomniałem ci powiedzieć. Ale obiecuję, że jak przyjdziesz to ci to wynagrodzę. - powiedział stanowczym, ale jednocześnie miękkim tonem. Przekrzywiłam głowę, słuchając w zaciekawieniu, co tym razem wymyślił. - Zobaczysz, jestem gotowy stanąć na środku stadionu i wykrzyczeć całemu Camp Nou i całemu światu, że cię kocham.
- Jesteś idiotą, Neymar. - powiedziałam, a na moich ustach zagościł uśmiech.
- Wiem, ale twoim. - roześmiał się i rzucił we mnie poduszką.
*****
Po powrocie ze szkoły nie zostało mi zbyt wiele czasu, żeby doprowadzić się do porządku, przed wyjściem do naprawdę cywilizowanych ludzi. Nie patrząc nawet w stronę kuchni i nie marząc o obiedzie, ruszyłam z determinacją wypisaną na twarzy do swojego pokoju. Stanęłam przed pokaźnych rozmiarów szafą, podpierając się pod boki.
- Nie ma się w co ubrać. - powiedziałam sama do siebie, po czym się roześmiałam i zaczęłam przerzucać wieszaki z ubraniami. Wiem, że to już chyba jakieś silne objawy choroby psychicznej, skoro nie tyle mówię do siebie, ale jeszcze się z tego śmieje, ale cóż ja biedna mogłam na to poradzić. Jedynie starać się tym nie zarażać, o ile to możliwe. Chyba nigdy nie spędziłam tyle czasu, zastanawiając się co na siebie włożyć. Nie wiem czym było to spowodowane. Czy jak sądziła moja szanowna rodzicielka tym, że dojrzałam, czy zwykłą próżnością, żeby nie wyglądać jak Kopciuszek przy Rafaelli. Po kilkudziesięciu ciężkich minutach spędzonych w pozycji modlitewnej przed stertą ubrań w końcu zdecydowałam się na kremową, zwiewną bluzkę na ramiączkach i czarne rurki z suwakami. Nie było to może nic odkrywczego, ale powiedzmy sobie szczerze, miało mi się po prostu podobać. Rozpuszczone włosy podpięłam po bokach wsuwkami i nałożyłam delikatny makijaż. Około 19 byłam gotowa do wyjścia. Zostawiłam Johnowi kartkę, w której zwięźle zawarłam wszelkie potrzebne informacje do ewentualnego procesu namierzania. Zamówiona taksówka w pół godziny dowiozła mnie na Camp Nou, które wyglądało cudownie. Tętniące życiem, bijące blaskiem, z mnóstwem ludzi powoli zapełniających trybuny. Automatycznie skierowałam się do przejścia do "loży". Pamiętałam jakby to było dosłownie wczoraj, jak pierwszy raz się tu pojawiłam, nie wiedziałam kompletnie gdzie iść i co ze sobą zrobić. Teraz wydawało się to być odległym i nieprawdziwym odczuciem, jednak było coś, co się nie zmieniało. Camp Nou zachwycało za każdym razem tak samo. Kiedy dotarłam na wyznaczone miejsce, rodzina Brazylijczyka już siedziała na trybunach.
- Cześć. - rzuciłam i przywitałam się serdecznie z dziewczyną.
- Cesc Mel! - krzyknął uradowany Davi, a ja w odpowiedzi poczochrałam mu blond loki na czubku głowy.
- Widziałaś Marca? - zapytałam, starając się przekrzyczeć dudniącą na stadionie muzykę, spotęgowaną dodatkowo świetną akustyką.
- Przywiózł mnie tutaj, bo młody pojechał z tatusiem. - odpowiedziała, a na jej ustach automatycznie zagościł szeroki uśmiech. To nie wymagało komentarza, dlatego odpowiedziałam jej również uśmiechem. Na rozpoczęcie gry nie musiałyśmy długo czekać. Kiedy piłkarze wybiegli na boisko, na całym stadionie zapanował przyjemny dla uszu gwar. Podeszłam do barierki i rozejrzałam się dookoła. Zdecydowana większość kibicowała Blaugranie, a ja mimo szacunku do drużyny Elche, popierałam ich całym sercem.
Szybkie uściśnięcie sobie dłoni i mogli zaczynać. Muszę przyznać z ręką na sercu, że przez pierwsze minuty kompletnie nic się nie działo. Wyglądało to bardziej tak, jakby budzili się z jakiegoś dziwnego transu, uczyli się na nowo biegać, z początku niepewnie, już po kilku chwilach osiągając prędkość błyskawicy. Za każdym razem umiejętności obchodzenia się z piłką, imponowały mi tak samo. Robili to z taką lekkością jakby była to najłatwiejsza rzecz na świecie. Śledziłam jak poruszają się ich nogi, można to było nazwać niemalże swego rodzaju tańcem. Każdy ruch był płynny, energiczny i przemyślany. Przyszedł czas na pierwszą bramkę, a jej szczęśliwym zdobywcą był Gerard. Radość jaka zapanowała na trybunach była wręcz nie do opisania. Krzyki, gwizdy, śpiewy i brawa wypełniły mury Camp Nou.
Mecz był na przyzwoitym poziomie, jednak agresja i ilość rozdanych kartek podczas gry znacznie wzrosła. Kiedy Barcelona, dzięki Brazylijczykowi prowadziła 3:0, mogłam powiedzieć, że zaczęło to bardziej wyglądać jak zapasy niż mecz piłki nożnej. Faul za faulem, a Luis Enrique mało nie wyrwał sobie wszystkich włosów z głowy. Nie z powodu wyniku, a obaw o poważniejsze kontuzje, które mogłyby wykluczyć jego najlepszych zawodników z dalszej gry. Krążyły słuchy, że jego kariera wisi na włosku, więc nie dziwiłam się wcale jego zdenerwowaniu. Sama byłam kłębkiem nerwów, widząc jak co chwila upada na murawę, któryś z moich przyjaciół. Taka smutna prawda, piłkarz z zawodu, kaskader z przypadku, jak to zwykł mawiać mój tata. Mecz zakończył się szczęśliwie, bez strat w ludziach, wynikiem 5:0 dla Barcy.
Od około 20 minut Davi Luca głośno wyrażał swoją dezaprobatę dotyczącą tkwienia w "loży", kiedy jego tata jest na boisku. Po zakończonej grze, dla swojego zdrowia psychicznego, zabrałyśmy małego na dół, żeby mógł wreszcie rzucić się na Neymara, co planował od dłuższego czasu. Przywitałyśmy się obydwie z każdym z piłkarzy, czekając na "swoich". Oczywiście ciągnęli się na samym końcu razem z Messim.
- Cześć Leoś. - powiedziałam i przytuliłam się do Argentyńczyka, a on odwzajemnił gest. - Byliście świetni dzisiaj, prawda Raff? - zapytałam, jednak odpowiedź nie nadeszła. Odwróciłam się i zobaczyłam jak zapatrzona maślanym wzrokiem w Bartre, ucina sobie z nim pogawędkę.
- Dzięki, super to słyszeć. - powiedział z uśmiechem. - Nie gniewaj się, ale marzę o prysznicu, widzimy się później? - pokiwałam głową ze zrozumieniem i odsunęłam się, robiąc mu przejście.
- Pewnie, do zobaczenia. - rzuciłam i odwróciłam głowę w poszukiwaniu Neya. Siedział z synkiem na ławce pod ścianą i się z nim bawił. - Cześć Gwiazdorze. - musnęłam delikatnie jego usta i usiadłam obok.
- Ślicznie dzisiaj wyglądasz, mała. - powiedział po chwili, nie odrywając wzroku od mojej osoby. Czułam jak się rumienię. Zauważył. Opłacało się tyle czasu siedzieć nad tą stertą ciuchów. Łkać w bluzki, smarkać w spodnie. Nie no oczywiście żartuje z tym smarkaniem, nic takiego nie miało miejsca.
- Dziękuję. - wydukałam nieskładnie, spuszczając wzrok. Usłyszałam śmiech chłopaka i odwróciłam na niego zaciekawione, pytające spojrzenie.
- Czyżbyś się zawstydziła? - poruszał zabawnie brwiami, a ja zmarszczyłam czoło.
- To jakaś nowość, mów mi to częściej, a nie będzie to dla mnie takim szokiem, że aż mam skok ciśnienia. - odpowiedziałam, drocząc się z nim.
- Idziecie z nami na imprezę, gołąbeczki? - Marc podszedł do nas i byłam prawie pewna że trzymał Rafaellę za dłoń. Ją pominę, ponieważ znajdowała się w innym wymiarze na planecie Marc i nie obchodziły ją żadne ziemskie sprawy. Spojrzałam na piłkarza siedzącego obok mnie, z małym dzieckiem na kolanach.
- Idźcie sami. - odpowiedział, po telepatycznym porozumieniu, które nawiązaliśmy przed kilkoma sekundami. Pokiwałam głową na znak, że zgadzam się z tą decyzją. Nie trzeba było im tego dwa razy powtarzać, ulotnili się tak szybko, jak się koło nas pojawili. Stadion powoli pustoszał, a nasza trójka wciąż siedziała na korytarzu. W końcu udało mi się przekonać Neymara, żeby poszedł się umyć i przebrać, bo skończy się tak, że zostanie sam i będzie robił problem pracownikom, którzy chcieliby pewnie wszystko pozamykać i iść do domu. Czekałam na korytarzu, grając z Davim w łapiki, kiedy dostałam sms-a od jego ciotki " Jest CUDOWNIE. Najpiękniejszy sen w moim życiu, nie chcę się budzić!".
- No no, twoja ciocia dzisiaj zaszalała. - zaśmiałam się cicho do chłopczyka, chowając telefon do kieszeni letniej kurtki. Na horyzoncie pojawił się piłkarz. Był w wyraźnie smętnym nastroju, nawet wygrana go nie cieszyła. Powód był prosty, jutro Davi wracał razem z Raff do domu. Ze zrozumieniem położyłam chłopakowi dłoń na ramieniu i w trójkę ruszyliśmy w stronę wyjścia z Camp Nou.
*****
Kolejny dzień był jedną, wielką porażką, ponieważ po wczorajszym wieczorze byłam totalnie nieżywa. We wspomnianym już wcześniej przeze mnie przytułku tortur nikt nie patrzył na to jaki miałam "status społeczny", a mecz FC Barcelony wcale nie był żadnym usprawiedliwieniem na moje nieprzygotowanie i brak kontaktu z rzeczywistością. Dziękowałam w duchu miłosiernemu Bogu, że nie poszłam wczoraj na żadną imprezę, bo moje pojawienie się tu dzisiaj, byłoby jeszcze bardziej wątpliwe. Licząc na szczęście, próbowałam przetrwać bez szwanku cały, ciągnący się w nieskończoność dzień. Skończyło się na upomnieniach, więc po wyjściu na wolność, mogłam ten dzień zaliczyć do udanych. Pojechałam prosto do hotelu, ponieważ nie miałam ochoty siedzieć znowu sama w wielkim domu. Paradoksalnie, John traktował dom jak hotel, bo widywałam go tylko przez moment rano i rzadko wieczorem. Była godzina 16, a ja stałam w holu, rozglądając się jak zagubione szczenię.
- Pewnie wszyscy są na jakimś treningu. - pomyślałam. W końcu postanowiłam wyjść się przewietrzyć. Skierowałam się w stronę parku, który był idealnym miejscem do spokojnego, miłego spędzenia czasu. Szłam przed siebie około 10 minut, kiedy w oddali mignęły mi znane mi jasne, anielskie loczki. Podeszłam bliżej.
- Kogo to moje śliczne oczy widzą. - zaśmiałam się, widząc Neymara z Davim Lucą, którzy kopali piłkę między drzewami.
- Cześć piękna. - piłkarz z uśmiechem porwał mnie w ramiona.
- Cesc piękna! - powtórzył mały, chichocząc, a ojciec pokręcił głową.
- On będzie gorszy ode mnie. - kopnął piłkę w stronę dziecka.
- Nie martw się, nie da się. - odpowiedziałam, co zostało docenione soczystym kuksańcem w bok. Odrzuciłam torbę na trawę i zaproszona do wspólnej gry, tak spędziłam kolejne godziny.
Wróciłam do domu w okolicach 19, ponieważ uznałam, że będzie to optymalna pora, która pozwoli mi jeszcze coś zrobić na jutro. Zapaliłam światło na dole i weszłam do łazienki, żeby obmyć ręce. Na początku nie zauważyłam kompletnie nic dziwnego, jednak później moją uwagę przykuły dwa rzędy starannie ułożonych kosmetyków, oraz zwiększona liczba ręczników. Przerażona wybiegłam z łazienki i zaraz po tym wylądowałam z hukiem na podłodze. Na środku stała spora walizka, o którą miałam nieszczęście się potknąć.
- John! - mój zirytowany krzyk dał się słyszeć zapewne kilka przecznic dalej. Zebrałam swoje zwłoki z podłogi i pokuśtykałam na górę, ponieważ widziałam snop światła dobiegający z mojego pokoju. Mimo pulsującego bólu w prawej stopie, pokonałam schody niczym huragan, prawie zabierając je ze sobą. Otworzyłam z impetem drzwi do swojego pokoju. - Czy ty możesz mi wyjaśnić co ta walizka robi... - zaczęłam swój lament, jednak urwałam widząc, że w pokoju nie ma mojego chrzestnego. Zamiast niego, wpatrywała się we mnie para nienaturalnie jasnych oczu, wyłaniających się spod grzywy ciemnych włosów.
Wiem, wiem znowu jestem niedobra, nieczuła i nie wiem co jeszcze, ale naprawdę mam problem z czasem lub jego organizacją. Tak czy inaczej dotyczy to kwestii czasu ;(
Nowy odcinek jest, ale nie będę się na jego temat standardowo wypowiadać. Osąd pozostawiam Wam :)
Boże, nie wierzę. Jest ta godzina, a ja nie śpię.. Ale obiecałam Wam odcinek, więc nie wyobrażałam sobie nie wywiązać się z obietnicy. Może to już nie środa, ale zanim wstaniecie w czwartek to odcinek już będzie, więc troszkę się rozgrzeszam :)
Macie jakieś pomysły, życzenia, uwagi odnośnie fabuły? Piszcie, na pewno przeczytam i postaram się zastosować :* Już wiem, że umknął mi niechcący jeden ważny wątek, ale spokojnie, dzięki czujności jednej z Was pojawi się on tutaj już w następnym rozdziale.
O matko, zdradziłam co będzie dalej. Nie, idę lepiej spać, tak będzie znacznie lepiej dla świata :)
Do napisania niedługo ;)
<3
Jeśli chodzi o magię, działała ona dość niespodziewanie, często pokazując najpierw efekty uboczne niżeli coś pięknego, na co każdy po cichu czeka. Moim zdaniem to właśnie działo się z Johnem, bo innego wytłumaczenia na jego zachowanie nie znajdowałam. Rządziła nim chyba jakaś dziwna, mroczna siła, która sprawiała, że ciągle gdzieś znikał, był bardziej rozkojarzony niż normalnie (tak, to możliwe) i nie odklejał się od telefonu. Zapewne gdybym poświęciła temu trochę czasu, uskuteczniła jakieś małe śledztwo, bardzo szybko dowiedziałabym się o co chodzi. Jednak takowego czasu nie miałam. Obiecałam rodzicom skończyć szkołę i zamierzałam tej obietnicy dotrzymać, mimo że na co dzień było to trochę upierdliwe. Zamiast trenować, ślęczałam nad lekcjami, zamiast spotykać się z Neymarem i resztą siedziałam w przytułku tortur lub zasypiałam nad książkami. Nie tak wyobrażałam sobie życie w słonecznej Hiszpanii.
- Cześć mała. - usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Podniosłam zmęczony wzrok znad pliku testów, które regularnie musiałam wypełniać, aby nadrobić niektóre zaległości związane z nieco innym systemem nauczania. Odgarnęłam z twarzy poczochrane włosy i moim oczom ukazała się smukła sylwetka Brazylijczyka, który opierał się o framugę drzwi, prowadzących do mojego pokoju. Rozejrzał się nerwowo po pokoju, a ja uniosłam do góry brwi w akcie głębokiego zdziwienia.
- Coś nie tak? - zapytałam niepewnie, obserwując zachowanie chłopaka.
- Rozglądam się czy jest tu jeszcze ten, kto cię napadł, bo wyglądasz okropnie. - roześmiał się i podszedł bliżej. Kiedy był wystarczająco blisko, zarobił kuksańca w bok.
- Jak zwykle czarujący. - prychnęłam, na co on pocałował mnie w głowę i z ciekawością zajrzał mi przez ramię. Zauważyłam, że zabawnie marszczy brwi, kiedy patrzy na stos papierów porozrzucanych po biurku.
- Dobrze, że już nie muszę siedzieć nad takimi rzeczami. - powiedział, po czym wygodnie rozłożył się na poduszkach ulokowanych na moim łóżku. Obdarowałam go spojrzeniem "Chyba kpisz" i odwróciłam się całkiem w jego stronę, starając się nie patrzeć na ogrom pracy jaki jeszcze na mnie czekał. Zmierzyłam Brazylijczyka wzrokiem, jakoś ciężko było mi wyobrazić sobie jego, chodzącego do szkoły. Pewnie i tak całe życie gwiazdorzył. Nawet w inkubatorze.
- Coś do picia? - rzuciłam, wstając i prostując zdrętwiałe nogi.
- Chętnie. Sok poproszę. - nie wierzyłam własnym uszom, ale mimo woli się roześmiałam. Rzuciłam w niego poduszką, która do tej pory służyła mi jako podpórka pod łokieć.
- Chłopak idealny. - syknęłam przez zęby i wyszłam z pokoju. Na dole nie paliło się światło, co oznaczało, że Johna na pewno nie ma w domu. Gdyby był, zapewne wszystko co możliwe byłoby włączone i porozświecane jak w cyrku. Taką ma manię, a ja jakoś nie zwracam mu na to uwagi, dopóki to on w pełni płaci za rachunki. Po omacku dotarłam do kuchni i nalałam dwie szklanki pomarańczowego soku. Narzekam, że mój chrzestny jest elektrycznym maniakiem, ale sama nie jestem lepsza. Mój defekt polega na tym, że ile razy przewinę się przez kuchnię, tyle razy mam ochotę na tak zwane, niesprecyzowane jeszcze przez amerykańskich naukowców "coś". Moją sylwetkę ratuje to, że zazwyczaj w tym domu nic takiego, na co akurat miałabym ochotę, nie ma. Tym razem odkopałam jednak w szafce kilka kostek mlecznej czekolady i z tą właśnie zdobyczą oraz szklankami powędrowałam z powrotem na górę. - Jak wszedłeś? - zapytałam jeszcze będąc w korytarzu. Nie powiem, że mnie to nie ciekawiło, skoro drzwi były zamknięte od wewnątrz. Zamiast odpowiedzi, usłyszałam jak z kimś rozmawia. Bezceremonialnie wtargnęłam do własnego pokoju, o ile do własnego pokoju można "wtargnąć". I bardzo dobrze zrobiłam, ponieważ piłkarz rozmawiał z kimś przez mój telefon! Tego było zbyt wiele. W jednym momencie doskoczyłam do niego, nie pamiętając nawet kiedy odstawiłam szklanki na biurko. - Oddawaj to barbarzyńco! - ryknęłam, okładając go piąstkami. Z jednej strony nie miałam nic do ukrycia, jednak z drugiej nie wiedziałam kto dzwoni. Jeśli jedna z moich głupawych znajomych ze szkoły? Nie chciałam myśleć co będzie tam jutro. Sądzę, że porównywalnie do epizodu, kiedy to Ney postanowił przyjechać po mnie po zajęciach. Szał macicy jednym słowem.
- Nie wolno mi z siostrą porozmawiać? - zaśmiał się chłopak, jednocześnie odsuwając mnie od komórki, jednym, sprawnym gestem. Obudził we mnie jeżozwierza.
- To gadaj ze swojego telefonu! - zirytowałam się, jednak kiedy zauważyłam, że moje próby odebrania aparatu są daremne, wstałam i podeszłam do biurka. Takich jak on trzeba pokonać sposobem. Wzięłam do ręki miseczkę z czekoladą i zamachałam nią Neymarowi przed nosem. Całe szczęście osiągnęłam zamierzony efekt, ponieważ wodził za nią oczami jak zahipnotyzowany. - Oddaj telefon, a czekolada jest twoja. - powiedziałam niemal bezgłośnie. Ten praktycznie rzucił mi komórkę, zabierając miskę ze słodyczami. Roześmiałam się i przyłożyłam słuchawkę do ucha. Wiedziałam, że teraz już na pewno dzisiaj nic nie zrobię. Nie było mowy o żadnej nauce ani niczym zbliżonym, nawet w brzmieniu do tego słowa.
- Nawet się nie pożegnał. - usłyszałam pełen wyrzutu głos Rafaelli w słuchawce. Pokręciłam z rozbawieniem głową, widząc zadowolonego z siebie piłkarza, który zapewne żył odtąd w przeświadczeniu, że zrobił interes życia.
- Neymar chyba ustalił priorytety, ale nie martw się, ja też przegrywam w zestawieniu z jedzeniem. - roześmiałyśmy się obydwie, na co chłopak skwitował to jedynie wrogim spojrzeniem. Siostra Brazylijczyka raczej do mnie nie dzwoniła, toteż byłam bardzo ciekawa, co to za pilna sprawa, która popchnęła ją do takiego czynu. Dziwnie było jednak o tym rozmawiać, kiedy w pokoju był jej ukochany, wścibski brat.
- Masz chwilkę? - zapytała, a ja uśmiechnęłam się w duchu. Ona subtelnie zapytała, za to inny odrost jej rodziny wpełzł do mojego domu bez zaproszenia i czuł się jak u siebie. Jednak jak widać, więzy krwi to nie wszystko.
- Nie martw się, twój brat zadbał o to, żebym miała dłuższą chwilę. - zaśmiałam się do słuchawki i oparłam głowę o ścianę, słuchając czym dziewczyna chce się ze mną podzielić.
- W ogóle to jutro jest mecz Barcelona - Elche, poszłabyś tam ze mną i Davim? - zapytała, a ja zostałam znokautowana tym pytaniem. Zupełnie o tym zapomniałam, a Neymar nie był na tyle łaskawy, żeby przypomnieć.
- No nie wiem, czy wszyscy będą zadowoleni z mojej obecności na meczu. - powiedziałam głośno, z pełną premedytacją. W odpowiedzi niedaleko siebie usłyszałam jedynie głośne plaśnięcie otwartą dłonią w czoło. - Ale w porządku, chętnie się z tobą tam wybiorę. - odpowiedziałam, obserwując zmieszanego "Katalończyka".
- Wiesz, po naszej ostatniej wizycie w aquaparku, Marc mnie zaprosił. Powiedział, że bardzo by chciał, żebym przyszła na ten mecz. W ogóle on jest taki uroczy. - wypaliła, a ja słuchałam jej w milczeniu, starając się powstrzymywać uśmiech, by nie zaciekawić nim chłopaka. Odchrząknęłam znacząco,żeby wiedziała, że cały czas jej słucham, tylko niezbyt mogę skomentować jej spontaniczne wyznanie. - Jak myślisz Mel, on tak na serio, czy tylko mu się nudzi i szuka jakiejś dziewczyny, żeby mieć kogo bajerować? - zapytała, a ja nie zastanawiałam się tyle nad samą odpowiedzią, co nad sposobem w jaki mogę jej ją przekazać.
- Moim zdaniem pierwsza opcja jest bardziej prawdopodobna. - postawiłam na wymijającą dyplomację. To zawsze się sprawdzało.
- Myślisz, że powinnam jakoś się no wiesz, odstrzelić na ten mecz? - zapytała niezgrabnie, a ja pomyślałam chwilę i z miną starej Indianki, odpowiedziałam:
- Postaw na naturalność. - brzmiałam trochę jak jakaś zabawna maszyna, wypluwająca z siebie niezrozumiałe wróżby, ale nie można mieć przecież wszystkiego.
- Jesteś wielka. Wiem, że Neymar wisi ci za uchem i nie możesz normalnie rozmawiać. Do zobaczenia jutro w takim razie. - odpowiedziała lekko ośmielonym głosem.
- Jak ty go znasz. Do zobaczenia. - odpowiedziałam z uśmiechem i rozłączyłam rozmowę.
- Mel.. - zaczął powoli i niepewnie piłkarz, a ja zaplotłam ręce na piersi i wbiłam w niego oskarżycielski wzrok. - Eee przyjdziesz jutro na mecz? - podrapał się po głowie, a ja uniosłam brwi do góry tak, że wyglądało jakbym wstrzyknęła sobie botoks.
- Tak,Raff mnie zaprosiła. - odpowiedziałam sucho, a w pokoju zapanowała cisza.
- Na śmierć zapomniałem ci powiedzieć. Ale obiecuję, że jak przyjdziesz to ci to wynagrodzę. - powiedział stanowczym, ale jednocześnie miękkim tonem. Przekrzywiłam głowę, słuchając w zaciekawieniu, co tym razem wymyślił. - Zobaczysz, jestem gotowy stanąć na środku stadionu i wykrzyczeć całemu Camp Nou i całemu światu, że cię kocham.
- Jesteś idiotą, Neymar. - powiedziałam, a na moich ustach zagościł uśmiech.
- Wiem, ale twoim. - roześmiał się i rzucił we mnie poduszką.
*****
Po powrocie ze szkoły nie zostało mi zbyt wiele czasu, żeby doprowadzić się do porządku, przed wyjściem do naprawdę cywilizowanych ludzi. Nie patrząc nawet w stronę kuchni i nie marząc o obiedzie, ruszyłam z determinacją wypisaną na twarzy do swojego pokoju. Stanęłam przed pokaźnych rozmiarów szafą, podpierając się pod boki.
- Nie ma się w co ubrać. - powiedziałam sama do siebie, po czym się roześmiałam i zaczęłam przerzucać wieszaki z ubraniami. Wiem, że to już chyba jakieś silne objawy choroby psychicznej, skoro nie tyle mówię do siebie, ale jeszcze się z tego śmieje, ale cóż ja biedna mogłam na to poradzić. Jedynie starać się tym nie zarażać, o ile to możliwe. Chyba nigdy nie spędziłam tyle czasu, zastanawiając się co na siebie włożyć. Nie wiem czym było to spowodowane. Czy jak sądziła moja szanowna rodzicielka tym, że dojrzałam, czy zwykłą próżnością, żeby nie wyglądać jak Kopciuszek przy Rafaelli. Po kilkudziesięciu ciężkich minutach spędzonych w pozycji modlitewnej przed stertą ubrań w końcu zdecydowałam się na kremową, zwiewną bluzkę na ramiączkach i czarne rurki z suwakami. Nie było to może nic odkrywczego, ale powiedzmy sobie szczerze, miało mi się po prostu podobać. Rozpuszczone włosy podpięłam po bokach wsuwkami i nałożyłam delikatny makijaż. Około 19 byłam gotowa do wyjścia. Zostawiłam Johnowi kartkę, w której zwięźle zawarłam wszelkie potrzebne informacje do ewentualnego procesu namierzania. Zamówiona taksówka w pół godziny dowiozła mnie na Camp Nou, które wyglądało cudownie. Tętniące życiem, bijące blaskiem, z mnóstwem ludzi powoli zapełniających trybuny. Automatycznie skierowałam się do przejścia do "loży". Pamiętałam jakby to było dosłownie wczoraj, jak pierwszy raz się tu pojawiłam, nie wiedziałam kompletnie gdzie iść i co ze sobą zrobić. Teraz wydawało się to być odległym i nieprawdziwym odczuciem, jednak było coś, co się nie zmieniało. Camp Nou zachwycało za każdym razem tak samo. Kiedy dotarłam na wyznaczone miejsce, rodzina Brazylijczyka już siedziała na trybunach.
- Cześć. - rzuciłam i przywitałam się serdecznie z dziewczyną.
- Cesc Mel! - krzyknął uradowany Davi, a ja w odpowiedzi poczochrałam mu blond loki na czubku głowy.
- Widziałaś Marca? - zapytałam, starając się przekrzyczeć dudniącą na stadionie muzykę, spotęgowaną dodatkowo świetną akustyką.
- Przywiózł mnie tutaj, bo młody pojechał z tatusiem. - odpowiedziała, a na jej ustach automatycznie zagościł szeroki uśmiech. To nie wymagało komentarza, dlatego odpowiedziałam jej również uśmiechem. Na rozpoczęcie gry nie musiałyśmy długo czekać. Kiedy piłkarze wybiegli na boisko, na całym stadionie zapanował przyjemny dla uszu gwar. Podeszłam do barierki i rozejrzałam się dookoła. Zdecydowana większość kibicowała Blaugranie, a ja mimo szacunku do drużyny Elche, popierałam ich całym sercem.
Szybkie uściśnięcie sobie dłoni i mogli zaczynać. Muszę przyznać z ręką na sercu, że przez pierwsze minuty kompletnie nic się nie działo. Wyglądało to bardziej tak, jakby budzili się z jakiegoś dziwnego transu, uczyli się na nowo biegać, z początku niepewnie, już po kilku chwilach osiągając prędkość błyskawicy. Za każdym razem umiejętności obchodzenia się z piłką, imponowały mi tak samo. Robili to z taką lekkością jakby była to najłatwiejsza rzecz na świecie. Śledziłam jak poruszają się ich nogi, można to było nazwać niemalże swego rodzaju tańcem. Każdy ruch był płynny, energiczny i przemyślany. Przyszedł czas na pierwszą bramkę, a jej szczęśliwym zdobywcą był Gerard. Radość jaka zapanowała na trybunach była wręcz nie do opisania. Krzyki, gwizdy, śpiewy i brawa wypełniły mury Camp Nou.
Mecz był na przyzwoitym poziomie, jednak agresja i ilość rozdanych kartek podczas gry znacznie wzrosła. Kiedy Barcelona, dzięki Brazylijczykowi prowadziła 3:0, mogłam powiedzieć, że zaczęło to bardziej wyglądać jak zapasy niż mecz piłki nożnej. Faul za faulem, a Luis Enrique mało nie wyrwał sobie wszystkich włosów z głowy. Nie z powodu wyniku, a obaw o poważniejsze kontuzje, które mogłyby wykluczyć jego najlepszych zawodników z dalszej gry. Krążyły słuchy, że jego kariera wisi na włosku, więc nie dziwiłam się wcale jego zdenerwowaniu. Sama byłam kłębkiem nerwów, widząc jak co chwila upada na murawę, któryś z moich przyjaciół. Taka smutna prawda, piłkarz z zawodu, kaskader z przypadku, jak to zwykł mawiać mój tata. Mecz zakończył się szczęśliwie, bez strat w ludziach, wynikiem 5:0 dla Barcy.
Od około 20 minut Davi Luca głośno wyrażał swoją dezaprobatę dotyczącą tkwienia w "loży", kiedy jego tata jest na boisku. Po zakończonej grze, dla swojego zdrowia psychicznego, zabrałyśmy małego na dół, żeby mógł wreszcie rzucić się na Neymara, co planował od dłuższego czasu. Przywitałyśmy się obydwie z każdym z piłkarzy, czekając na "swoich". Oczywiście ciągnęli się na samym końcu razem z Messim.
- Cześć Leoś. - powiedziałam i przytuliłam się do Argentyńczyka, a on odwzajemnił gest. - Byliście świetni dzisiaj, prawda Raff? - zapytałam, jednak odpowiedź nie nadeszła. Odwróciłam się i zobaczyłam jak zapatrzona maślanym wzrokiem w Bartre, ucina sobie z nim pogawędkę.
- Dzięki, super to słyszeć. - powiedział z uśmiechem. - Nie gniewaj się, ale marzę o prysznicu, widzimy się później? - pokiwałam głową ze zrozumieniem i odsunęłam się, robiąc mu przejście.
- Pewnie, do zobaczenia. - rzuciłam i odwróciłam głowę w poszukiwaniu Neya. Siedział z synkiem na ławce pod ścianą i się z nim bawił. - Cześć Gwiazdorze. - musnęłam delikatnie jego usta i usiadłam obok.
- Ślicznie dzisiaj wyglądasz, mała. - powiedział po chwili, nie odrywając wzroku od mojej osoby. Czułam jak się rumienię. Zauważył. Opłacało się tyle czasu siedzieć nad tą stertą ciuchów. Łkać w bluzki, smarkać w spodnie. Nie no oczywiście żartuje z tym smarkaniem, nic takiego nie miało miejsca.
- Dziękuję. - wydukałam nieskładnie, spuszczając wzrok. Usłyszałam śmiech chłopaka i odwróciłam na niego zaciekawione, pytające spojrzenie.
- Czyżbyś się zawstydziła? - poruszał zabawnie brwiami, a ja zmarszczyłam czoło.
- To jakaś nowość, mów mi to częściej, a nie będzie to dla mnie takim szokiem, że aż mam skok ciśnienia. - odpowiedziałam, drocząc się z nim.
- Idziecie z nami na imprezę, gołąbeczki? - Marc podszedł do nas i byłam prawie pewna że trzymał Rafaellę za dłoń. Ją pominę, ponieważ znajdowała się w innym wymiarze na planecie Marc i nie obchodziły ją żadne ziemskie sprawy. Spojrzałam na piłkarza siedzącego obok mnie, z małym dzieckiem na kolanach.
- Idźcie sami. - odpowiedział, po telepatycznym porozumieniu, które nawiązaliśmy przed kilkoma sekundami. Pokiwałam głową na znak, że zgadzam się z tą decyzją. Nie trzeba było im tego dwa razy powtarzać, ulotnili się tak szybko, jak się koło nas pojawili. Stadion powoli pustoszał, a nasza trójka wciąż siedziała na korytarzu. W końcu udało mi się przekonać Neymara, żeby poszedł się umyć i przebrać, bo skończy się tak, że zostanie sam i będzie robił problem pracownikom, którzy chcieliby pewnie wszystko pozamykać i iść do domu. Czekałam na korytarzu, grając z Davim w łapiki, kiedy dostałam sms-a od jego ciotki " Jest CUDOWNIE. Najpiękniejszy sen w moim życiu, nie chcę się budzić!".
- No no, twoja ciocia dzisiaj zaszalała. - zaśmiałam się cicho do chłopczyka, chowając telefon do kieszeni letniej kurtki. Na horyzoncie pojawił się piłkarz. Był w wyraźnie smętnym nastroju, nawet wygrana go nie cieszyła. Powód był prosty, jutro Davi wracał razem z Raff do domu. Ze zrozumieniem położyłam chłopakowi dłoń na ramieniu i w trójkę ruszyliśmy w stronę wyjścia z Camp Nou.
*****
Kolejny dzień był jedną, wielką porażką, ponieważ po wczorajszym wieczorze byłam totalnie nieżywa. We wspomnianym już wcześniej przeze mnie przytułku tortur nikt nie patrzył na to jaki miałam "status społeczny", a mecz FC Barcelony wcale nie był żadnym usprawiedliwieniem na moje nieprzygotowanie i brak kontaktu z rzeczywistością. Dziękowałam w duchu miłosiernemu Bogu, że nie poszłam wczoraj na żadną imprezę, bo moje pojawienie się tu dzisiaj, byłoby jeszcze bardziej wątpliwe. Licząc na szczęście, próbowałam przetrwać bez szwanku cały, ciągnący się w nieskończoność dzień. Skończyło się na upomnieniach, więc po wyjściu na wolność, mogłam ten dzień zaliczyć do udanych. Pojechałam prosto do hotelu, ponieważ nie miałam ochoty siedzieć znowu sama w wielkim domu. Paradoksalnie, John traktował dom jak hotel, bo widywałam go tylko przez moment rano i rzadko wieczorem. Była godzina 16, a ja stałam w holu, rozglądając się jak zagubione szczenię.
- Pewnie wszyscy są na jakimś treningu. - pomyślałam. W końcu postanowiłam wyjść się przewietrzyć. Skierowałam się w stronę parku, który był idealnym miejscem do spokojnego, miłego spędzenia czasu. Szłam przed siebie około 10 minut, kiedy w oddali mignęły mi znane mi jasne, anielskie loczki. Podeszłam bliżej.
- Kogo to moje śliczne oczy widzą. - zaśmiałam się, widząc Neymara z Davim Lucą, którzy kopali piłkę między drzewami.
- Cześć piękna. - piłkarz z uśmiechem porwał mnie w ramiona.
- Cesc piękna! - powtórzył mały, chichocząc, a ojciec pokręcił głową.
- On będzie gorszy ode mnie. - kopnął piłkę w stronę dziecka.
- Nie martw się, nie da się. - odpowiedziałam, co zostało docenione soczystym kuksańcem w bok. Odrzuciłam torbę na trawę i zaproszona do wspólnej gry, tak spędziłam kolejne godziny.
Wróciłam do domu w okolicach 19, ponieważ uznałam, że będzie to optymalna pora, która pozwoli mi jeszcze coś zrobić na jutro. Zapaliłam światło na dole i weszłam do łazienki, żeby obmyć ręce. Na początku nie zauważyłam kompletnie nic dziwnego, jednak później moją uwagę przykuły dwa rzędy starannie ułożonych kosmetyków, oraz zwiększona liczba ręczników. Przerażona wybiegłam z łazienki i zaraz po tym wylądowałam z hukiem na podłodze. Na środku stała spora walizka, o którą miałam nieszczęście się potknąć.
- John! - mój zirytowany krzyk dał się słyszeć zapewne kilka przecznic dalej. Zebrałam swoje zwłoki z podłogi i pokuśtykałam na górę, ponieważ widziałam snop światła dobiegający z mojego pokoju. Mimo pulsującego bólu w prawej stopie, pokonałam schody niczym huragan, prawie zabierając je ze sobą. Otworzyłam z impetem drzwi do swojego pokoju. - Czy ty możesz mi wyjaśnić co ta walizka robi... - zaczęłam swój lament, jednak urwałam widząc, że w pokoju nie ma mojego chrzestnego. Zamiast niego, wpatrywała się we mnie para nienaturalnie jasnych oczu, wyłaniających się spod grzywy ciemnych włosów.
Wiem, wiem znowu jestem niedobra, nieczuła i nie wiem co jeszcze, ale naprawdę mam problem z czasem lub jego organizacją. Tak czy inaczej dotyczy to kwestii czasu ;(
Nowy odcinek jest, ale nie będę się na jego temat standardowo wypowiadać. Osąd pozostawiam Wam :)
Boże, nie wierzę. Jest ta godzina, a ja nie śpię.. Ale obiecałam Wam odcinek, więc nie wyobrażałam sobie nie wywiązać się z obietnicy. Może to już nie środa, ale zanim wstaniecie w czwartek to odcinek już będzie, więc troszkę się rozgrzeszam :)
Macie jakieś pomysły, życzenia, uwagi odnośnie fabuły? Piszcie, na pewno przeczytam i postaram się zastosować :* Już wiem, że umknął mi niechcący jeden ważny wątek, ale spokojnie, dzięki czujności jednej z Was pojawi się on tutaj już w następnym rozdziale.
O matko, zdradziłam co będzie dalej. Nie, idę lepiej spać, tak będzie znacznie lepiej dla świata :)
Do napisania niedługo ;)
<3
sobota, 17 stycznia 2015
23. Miłość nie wybiera, a w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone.
Obudziłam się o mały włos nie spadając z łóżka. Mamrocząc przekleństwa pod nosem, poderwałam się do pionu aż zakręciło mi się w głowie. Przetarłam oczy i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Neymara nigdzie nie było. Może tylko mi się to wszystko przyśniło.. Przerażona tą perspektywą, zwiesiłam nogi na podłogę i postanowiłam zejść na dół, żeby poszukać dowodów na prawdziwość całej wczorajszej sielskiej sytuacji. Wspomnianych dowodów nie musiałam daleko szukać, ponieważ boleśnie przekonałam się, że leżą tuż pod moim łóżkiem. Wstając, potknęłam się o ogromne buty Brazylijczyka, lądując na szczęście z powrotem na miękkim łóżku, a nie na twarzy na twardej podłodze. Jednak moje palce u stóp nie miały tyle szczęścia. Powiedziona doświadczeniem, wciągnęłam na nogi puchate kapcie i wyszłam na korytarz na piętrze. Na zegarze wiszącym przy wejściu na schody wybiła godzina 11, a w domu było cicho. Rodzice z Johnem zapewne wrócili nad ranem, więc tym razem to oni leniuchowali w łóżkach, myśląc zapewne o wszystkim innym oprócz wstawania. Podeszłam powoli do poręczy i kolejny raz tego dnia otarłam się o śmierć. Dobrze, że mój Anioł Stróż nie był tak zaspany jak ja, bo już straciłby robotę. Zupełnie niespodziewanie głośna muzyka huknęła na cały dom, a ja w ostatnim momencie zdążyłam chwycić się poręczy, tym samym ratując się od ześlizgnięcia ze schodów. Kiedy przywróciłam swojemu ciału równowagę, zbiegłam na dół z morderstwem wypisanym na mojej bladej, drobnej twarzy. W momencie, kiedy pojawiłam się na dole totalnie mnie zamurowało. Stanęłam, jak to się potocznie mówi "jak wryta" i nie mogłam wydobyć z siebie żadnego słowa. Teraz radzę wam uruchomić wszystkie pokłady waszej wyobraźni, żeby móc ogarnąć rozumem całą tą sytuację. Neymar, bez koszulki, kręcąc biodrami smaży naleśniki. Patrząc na to nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać. Widok przekomiczny, aczkolwiek miny rodziców, kiedy zobaczą rano roznegliżowanego piłkarza w swojej kuchni, zapewne już nie takie nastrajające do śmiechu.
- Hola mi hermosa! - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, kiedy zobaczył mnie w progu. Tanecznym krokiem podszedł do mnie, obrócił mnie kilka razy pod ręką, po czym przyciągnął do siebie i mocno pocałował. Roześmiałam się, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Co ty wyprawiasz Neymar? - zapytałam, zaplatając mu dłonie na karku i spoglądając zadziornie w oczy.
- Śniadanie. - poruszał zabawnie brwiami, a ja nie mogłam nadziwić się dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe. Czemu on ma w sobie tyle uroku, że nie da się mu oprzeć?! Należy do rzadkiego gatunku ludzi, którzy spaliliby ci dom, ale i tak nie potrafiłabyś się na nich złościć. Swoją drogą, nie było to znowu takie nieprawdopodobne.
- Chyba ci się właśnie pali. - odpowiedziałam spokojnie, na co chłopak podskoczył jak oparzony i podbiegł do patelni. Mój śmiech zagłuszyła nadal głośno grająca muzyka. - Ubierz się. - rzuciłam w niego podkoszulką i podeszłam, żeby pomóc mu w nierównej walce z kuchenką. Mechanicznie zdjęłam ją z ognia i zaczęłam skrobać pozostałości ciasta, które teraz miało czarny kolor i jak mniemam to nie żaden barwnik spożywczy. Popatrzyłam na stos rumianych placków na talerzu i muszę przyznać, że poczułam burczenie w brzuchu. Wyglądały na smaczne, a przynajmniej nie uciekały z talerza, więc mogłam zaliczyć to do kolejnego, życiowego sukcesu Brazylijczyka.
- A tak ci się nie podobam? - usłyszałam ciche mruknięcie za uchem i poczułam jak oplatają mnie w pasie silne ramiona. Uśmiechnęłam się mimowolnie, a po moim ciele przebiegły przyjemne dreszcze.
- Neymar Słońce, mi się bardzo podobasz, ale sądzę, że mój tata ma mimo wszystko inne zdanie na ten temat niż jego córka. - zaśmiałam się, zadzierając głowę do góry, żeby spojrzeć na jego wyraz twarzy. I tym razem się nie zawiodłam. Rozbawienie z konsternacją tańczyło flamenco na jego napiętych mięśniach.
- O tym nie pomyślałem. - podrapał się po głowie, śmiejąc się.
- Dam ci chwilkę i pójdę zobaczyć czy są w stanie zejść na śniadanie. - musnęłam w przelocie jego usta i nucąc pod nosem kolejną piosenkę z playlisty, pobiegłam na górę. Przechodząc obok uchylonych drzwi od pokoju Johna, usłyszałam lecącą wodę, więc pewnie poszedł się wykąpać. Żyłam nadzieją, że może jednak uda mu się nie utopić.
- Co to za impreza? - Alex wyszedł z pokoju, przecierając oczy.
- Twój idol urządził nam wszystkim pobudkę. - rzuciłam i zauważyłam błysk w jego oku.
- Serio? Neymar tu jest? - zapytał, a ja poczochrałam mu włosy.
- Nigdy nie byłam bardziej poważna, Młody. - zaśmiałam się, a on momentalnie zniknął za swoimi drzwiami, robiąc to tak szybko, że podmuch mało mnie nie wypchnął za barierkę. Podeszłam do tymczasowego pokoju, w którym rezydowali moi rodzice. Zapukałam nieśmiało.
- Proszę! - usłyszałam i otworzyłam powoli drzwi. - Zabawne, że pukasz skoro i tak postawiłaś już cały dom na nogi. - mama właśnie zakładała szlafrok.
- Też się cieszę na wasz widok. - zaśmiałam się, wchodząc do środka. - Zejdziecie na śniadanie?
- Ty zrobiłaś śniadanie? Nie wierzę! - wymamrotał mój tata przeciągając się, a ja wywróciłam oczami.
- No dobra, nie do końca ja, ale gwarantuje, że jest do zjedzenia i już gotowe. - przestąpiłam niecierpliwie z nogi na nogę.
- Kto jest takim dobrodziejem? John? - kontynuował mężczyzna, jednak w mojej głowie już zapłonęła denerwująco jaskrawym, czerwonym światłem wielka lampka. Wiedziałam, że jeśli powiem choćby jedno słowo więcej, zaczną się niewygodne pytania.
- Pospieszcie się, bo jak wystygnie to będzie niedobre. - rzuciłam niemrawo i szybko opuściłam pokój. Wyszłam z powrotem na korytarz i odetchnęłam z ulgą. Nic złego się przecież nie stało, ale sytuacja na taką nie wyglądała. No bo który normalny ojciec uwierzy w to, że jej chłopak przyjechał rano, po to, żeby zrobić wszystkim śniadanie? Żaden, nawet mój. I wtedy na nic moje marne, niezgrabne tłumaczenia, że przecież "Ale tato nic się nie stało", "Tato, jestem już dorosła". To ostatnie było zdecydowanie najgorszą rzeczą jaką mogłabym powiedzieć, więc żeby nie popełnić przypadkiem tego błędu, oddaliłam się od jaskini lwa. Zeszłam do kuchni i nalałam sobie do kubka ciepłej, aromatycznej kawy, której zapach od razu pobudził moje nozdrza, przyjemnie je drażniąc. Weszłam do salonu, gdzie na kanapie siedział Alex i Brazylijczyk, którzy zawzięcie grali w FIFĘ. Boże, czy oni naprawdę oddychają tylko piłką nożną? Usiadłam na bocznym oparciu, patrząc w ekran.
- Sprowadzasz mi go na złą drogę. - powiedziałam, na co Ney się zaśmiał.
- O dziwo tym razem nie mówiłam do ciebie. - sprzedałam mu kuksańca, a on zdziwiony odwrócił na mnie wzrok, tym samym tracąc piłkę. - Alex, on rano był taki kochany i idealny, a teraz co? Oczka wlepione w ekran i zero kontaktu. -jęknęłam z zawodem w glosie i przesunęłam dłonią po ramieniu piłkarza. Mogłam niemal poczuć jak w miejscach, gdzie moje palce dotknęły jego skóry, pojawia się gęsia skórka.
- Było warto! - krzyknął mój brat, kiedy udało mu się strzelić gola. Ney spojrzał na mnie i zmrużył oczy.
- Widzisz zła kobieto co narobiłaś? - po jego słowach wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem, a ja wgramoliłam się obok nich na kanapę, obserwując grę.
- Jasne wszystko moja wina, jak zawsze. - pokręciłam głową.
- Co tu tak wspaniale pachnie? - usłyszałam za plecami głos mojej rodzicielki. Moje spojrzenie szybko powędrowało na Neymara. Całe szczęście, że się ubrał. W tym momencie śmiałam się z tego w duchu, ale dopiero co zrobiło się naprawdę dobrze między mną a moimi rodzicami i nie chciałam, żeby się to zmieniło przez tego próżnego gada. Wspaniałego, próżnego gada, żeby nie było. Niech ma moje słowa uznania i niech nie przepierniczy na głupoty.
- Dzień dobry. - Brazylijczyk mimo protestów Alexa zastopował grę i wstał z kanapy, posyłając w stronę Marty Henderson promienny, czarujący uśmiech. Obserwowałam go z kanapy, wyglądał jak drapieżnik polujący na swoją ofiarę. Tylko czemu do cholery miała być nią moja matka, ja się pytam!
- Dzień dobry. - odpowiedziała kobieta, a w jej głosie dało się wyczuć pewną podejrzliwość. Postanowiłam ratować sytuację.
- Mamo, to jest Neymar. Nie mieliście wcześniej okazji poznać się w hmm bardziej cywilizowany sposób. - dla bezpieczeństwa stanęłam między nimi i ostrożnie dobierając słowa, starałam się przedstawić piłkarza w jak najlepszym świetle. Było to ciężkie zadanie, szczególnie przypominając sobie ich ostatnie spotkanie. Panowała krępująca cisza, a chłopak nadal próbował utrzymać na twarzy uśmiech. Stojąc obok, widziałam jak drgają mu kąciki ust, walcząc same ze sobą, żeby nie opaść. W końcu moja mama przerwała tą całą męczarnie wyciągając do niego dłoń. On szarmanckim gestem musnął wierzch jej ręki, po czym sam odsunął się od zaskoczonej jego zachowaniem Marty. Wcale jej się nie dziwiłam, bo sama wpatrywałam się w niego moimi dwiema pięciozłotówkami. - Siadaj do stołu, zaraz przyniosę naleśniki. - powiedziałam chcąc dać im tym samym jakiś impuls do działania. Chciałam, żeby wreszcie się poruszyli, bo stojąc naprzeciwko siebie w totalnym bezruchu, wyglądali przerażająco. Zupełnie jakby zaraz mieli skoczyć sobie do gardeł. Może byłam przewrażliwiona, ale kto wie ile czasu jeszcze obowiązuje moich rodziców pakiet na miłosierdzie. Wolałam nie ryzykować. Pociągnęłam Brazylijczyka za rękaw do kuchni i dźwignęłam talerze z blatu.
- Nie dźwigaj. - uśmiechnął się, zabierając ode mnie stos naczyń. Spojrzałam na niego, mrużąc oczy. Przecież nie jestem jakimś tam słabeuszem, co on sobie wyobraża. Jestem silną, niezależną kobietą. Nie no kurde Mel, tak to mówią feministki. A ty nią nie jesteś. Z pewnością N.I.E. Przywróciłam oczy do normalnych rozmiarów i oddałam mu posłusznie talerze. Gdzieś w głębi duszy jakiś mały człowieczek, który we mnie mieszka cieszył się niezmiernie, że ktoś wreszcie zauważa w nim kogoś drobnego i wrażliwego. Wreszcie ktoś go zauważył. Nie tylko powłokę pozornie odważnej, ordynarnej na pokaz Melisy, która rządziła tym małym ciałkiem na co dzień.
- Ney. - dotknęłam jego ramienia, kiedy już wychodził z powrotem do jadalni. - Nie przejmuj się nimi. Cokolwiek będą mówili pamiętaj, że to ich opinia, nie moja. Do tej pory się z nią nie liczyłam, więc i teraz jakoś będę bez niej żyć. - posłałam mu zachęcający uśmiech, a on go odwzajemnił i ruszył do pokoju, w którym pojawił się już mój tata. Brakowało tylko Johna. - Ekhemm.. - odchrząknęłam znacząco, spoglądając wymownie w stronę schodów, jednak nie doczekałam się żadnej odpowiedzi. Mama zajęła się jedzeniem, natomiast tata zdawał się mordować wzrokiem Neymara. Bóg wie czemu, ale jednak to robił. Po 10 minutach, potykając się o wszystkie możliwe meble, do pokoju wszedł mój chrzestny z przyklejonym do ręki telefonem. Nie chcąc być zbytnio obcesowa, ugryzłam się w język i upiłam duży łyk kawy licząc po cichu na to, że zadławię się płynem i umrę zanim powiem coś, po czym każdy będzie na mnie dziwnie patrzył. Zadanie było trudne, tym bardziej, że zżerała mnie od środka wyssana z mlekiem matki ciekawość, z kim non stop sms-uje John. Nie podejrzewałam go absolutnie o taki pracoholizm. Mimo sukcesu jaki odniósł, był osobą, która uciekała od pracy i obowiązków kiedy tylko mogła, jak najdalej, nawet w samych skarpetkach. Poważnie..
- Komu dokładkę? - Brazylijczyk był nie do poznania. Zachowywał się jak jakiś cholerny wzór do naśladowania! Uśmiech jakby reklamował Colgate i maniery jakby urwał się z dworu królowej Elżbiety. Gdzie podział się wyluzowany piłkarz o charakterze barbarzyńcy? Boże, popsułam go...
- A jeszcze coś zostało? - Alex ochoczo podniósł głowę znad talerza. Miałam ochotę krzyczeć. Dlaczego? Już wam mówię dlaczego. Mój zazwyczaj energiczny i z objawami lekkiego ADHD chrzestny teraz siedział z oczami w ekranie telefonu i nie docierały do niego absolutnie żadne bodźce z zewnątrz. Mój chłopak z kolei przypominał uroczą gosposie z prymitywnych, amerykańskich reklam szarlotki. Za to moi rodzice przypominali dwa wygłodniałe lwy (szczególnie tata), które zaraz rzucą się na Neymara. Dobrze, że chociaż umie szybko biegać, może im ucieknie na najbliższe drzewo. Każdy zajmował się sobą, po cichu, co było w ogóle niepodobne do tej rodziny Adamsów, którą serwowali na co dzień i od święta. Ulegając całemu paradoksalnie spokojnemu szaleństwu, ja też siedziałam na miejscu milcząc jak zaklęta. Po 15 minutach miałam wrażenie, jakbym zapomniała, jak się mówi. Ciszę przerwał telefon. - Przepraszam, to ważne. - chłopak posłał w stronę siedzących przy stole przepraszający uśmiech, a ja nawet nie drgnęłam. Chyba dostałam jakiegoś paraliżu.
- Nie no Neymar, nie krępuj się rozmową, jak widać przy stole to całkiem normalne zachowanie. - wypaliłam w końcu kąśliwie, jednak chyba usłyszeli to wszyscy oprócz Johna. Moje słowa zdały się zadziałać jak zapalnik. Benzyny do ognia dolał mój ojciec ciamajda, który stłukł szklankę, raniąc się przy tym w rękę. Jego dziki skowyt brzmiał niczym jakiś wojenny odgłos pradawnego plemienia. I wtedy się zaczęło. Tata skakał po całej kuchni, rozchlapując krew po czystych płytkach, mama usiłowała znaleźć jakiś bandaż robiąc totalny bałagan w szafce z apteczką, Alex skorzystał z okazji i ulotnił się do pokoju zapewne, żeby pograć na konsoli, ale John przeszedł już samego siebie. Wlazł na stół i z rękami pod sufitem mamrotał coś o braku zasięgu. Dom wariatów, wszystko wróciło do normy. Brazylijczyk wszedł do pomieszczenia jakby nigdy nic, chyba naprawdę pasował do mojego życia, skoro nie uciekał na widok mojej rodziny. Z tym przeświadczeniem było mi jakoś lżej, jednak nie chcąc, żeby okazało się, że się mylę, postanowiłam odwrócić jego uwagę, od rozgrywającego się cyrku za jego plecami. - Coś się stało? - zapytałam z przebłyskiem lekkiej troski w głosie, w końcu nie chciałam wyjść na wścibską. Chłopak oparł się o stół, z którego chrzestny już zdążył spełznąć.
- Rafaella zrobiła mi niespodziankę i przyjechała z Davim. Są w Barcelonie. - powiedział, a w jego głosie dało się wyczuć prawdziwą radość i ekscytację całą sytuacją. W końcu rodzina była dla niego najważniejsza, a każdy dzień, który mógł z nią spędzić był dla niego wielkim świętem.
- To co tu jeszcze robisz? Leć po nich! - zaśmiałam się cicho, wypychając chłopaka teatralnie z pomieszczenia w stronę drzwi.
- Ale twoi rodzice? - odwrócił się ze zmieszanym wyrazem twarzy, a ja wywróciłam młynka oczami z uśmiechem. Do czego dążył i co chciał zyskać takim zachowaniem w stosunku do starszyzny? To były pytania, na które wiedziałam, że nie uzyskam odpowiedzi. Przynajmniej na razie.
- Są, żyją, mają się dobrze, chociaż jak patrzę na tatę to ciężko go pod tym podpisać. - odpowiedziałam rozbawionym głosem i otworzyłam drzwi wejściowe. - Nie żebym cię wyganiała, czy coś, ale ja też chętnie ich zobaczę więc jedź i nigdzie ich nie zgub po drodze. - stanęłam przed nim splatając dłonie na piersiach i robiąc poważną minę, na co on tym razem zareagował śmiechem.
- Pojedziemy wszyscy do aquaparku, co ty na to? Spędzimy razem trochę czasu. - zaproponował, a mnie zaskoczenie mało nie powaliło na ziemię.
- Jasne, chętnie. - przytaknęłam tępo zadowolona, że wpadł na tak genialny pomysł. Szybko się z nim pożegnałam i wróciłam z powrotem do domu. Sytuacja zmieniała się tu jak w kalejdoskopie, poważnie zastanawiałam się czy nie wezwać jakiegoś egzorcysty, bo zachowywali się jak opętani. Trzy, a właściwie dwie, bo John był obecny jedynie ciałem, zaciekawione twarze patrzyły prosto na mnie. - Jedziemy do aquaparku, jedziecie z nami? - zapytałam luźno mierząc całą trójkę wzrokiem.
- Jedziecie sami? - mój tata przejął rolę złego gliny. Postanowiłam współpracować.
- Nie, jedzie jeszcze siostra Neya i mały Davi Luca. - odpowiedziałam spokojnie, niczym podpięta pod wariograf. Widziałam, że mężczyzna śledzi każde drgnięcie mięśni na mojej twarzy.
- To jego brat czy siostrzeniec? - zapytała mama, a ja poczułam falę gorąca zalewającą gwałtownie moje ciało. Nie była to jednak przyjemna fala, coś bardziej jak stan tuż przed zawałem.
- Jego syn. - odpowiedziałam krótko, kiedy zebrałam już język w szczęce. Wyraz twarzy moich rodziców był chyba jednym z najdziwniejszych jakie kiedykolwiek, w całym moim krótkim życiu widziałam. Mieszanka zaskoczenia, przerażenia i dziwnej irytacji. Mieszanka wybuchowa, jednym słowem.
- On ma syna?! - wydukał David, jednak niewinność w nieskładności sylab, wcale nie świadczyła o braku powagi pytania.
- Przed chwilą wam o tym powiedziałam, w dodatku po polsku, więc wydaje mi się to jasną informacją. Neymar ma syna. - powtórzyłam, unosząc brwi w górę.
- Mel, chyba nie musimy ci przypominać, że ty w każdej chwili też możesz zostać mamusią, a przypomnij mi co stało się z mamą Daviego? - do tej pory było zdecydowanie zbyt pięknie, ale ostatnio narzekałam, że mi tego brakowało. Byłaś głupia Mel, nie wiedziałaś co mówiłaś, a teraz masz i cierp.
- To absurdalne. To nie bierze się z powietrza, a ja jestem tego w pełni świadoma. Swojego wieku też. - odpowiedziałam, próbując maskować irytację, która coraz bardziej buzowała w moich żyłach.
- My z tatą też długo nie czekaliśmy, chyba nie chcesz zachowywać się tak samo. - powiedziała Marta, a ja spojrzałam na nią zaskoczonym wzrokiem.
- Nie myślałam o tym w ten sposób, ale w tym momencie o nic nie musicie się martwić. Twoje słowa podziałały na mnie jak najlepsza ewentualna antykoncepcja. - rzuciłam i wyszłam z pomieszczenia.
*****
Spakowałam torbę i nadal z podniesionym poziomem irytacji wyszłam z pokoju. Wiedziałam, że prawdopodobnie zachowuje się jakbym miała rozchwianie emocjonalne i to w zaawansowanym stadium, ale w tym momencie mnie to nie obchodziło. Generalnie wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. Jak nikt nie marudził i nie prawił mi absurdalnych kazań na absurdalne tematy, to narzekałam, ze jest jakoś tak zbyt spokojnie, teraz, kiedy wszystko wróciło do "normy" narzekałam, że tak się stało. Sama z sobą nie mogłam dojść do ładu. Nie wiedziałam dlaczego aż tak mnie to ruszyło. Może dlatego, że do tej pory nawet nie przyszło mi to do głowy, a nie lubiłam kiedy ktoś pouczał mnie od razu, zanim jeszcze podjęłam jakiekolwiek działania w jakimś kierunku.
- Wychodzę! - krzyknęłam otwierając drzwi wejściowe. - Na pewno nie jedziecie z nami? - zapytałam, zakładając buty i patrząc w stronę rodzinki, która rozsiadła się na kanapie.
- Jedź i baw się dobrze.- mama posłała mi uśmiech, oplatając palcami kubek z herbatą. W duchu westchnęłam kilka razy głośno. Oczywiście, taktyka na "nic nie zaszło".
- Nie musicie wchodzić do wody, tam jest o wiele więcej atrakcji. Na przykład sauna, spa, jakaś miła kawiarnia, groty solne, masaże, kąpiele i takie sprawy, a dla panów kręgielnia, kino, bilard i raczej też nie będą się nudzić. - przekonywałam ich mimo, że wiedziałam, że bez nich Ney znowu zachowywałby się normalnie. Chwila ciszy i przeciąg w drzwiach uświadomiły mi, że powinnam już wychodzić, więc ponagliłam ich teatralnie szeleszcząc kluczami, które chowałam do torebki.
- W sumie za chwilę wyjeżdżamy, chyba nie chcesz siedzieć w domu? - mój tata podniósł się z miejsca, a jego żona po chwili namysłu również.
- To jedziemy z wami, Alex chodź i odłóż wreszcie tego pada na miłość Boską! - krzyknęła kobieta, gestykulując w stronę syna. Ten mamrocząc pod nosem zostawił posłusznie, lecz niechętnie przedłużenie swojej ręki na stole i pomaszerował po swoje buty.
- Super, a John? - uśmiechnęłam się, ponieważ osiągnęłam cel. Bardzo chciałam spotkać się z Raf i małym, spędzić jakoś ciekawie czas, ale z drugiej strony zjadłyby mnie wyrzuty sumienia, gdybym wiedziała, że w tym czasie rodzice z Młodym siedzą w domu i się nudzą, tym bardziej, że jutro wracają do Polski i nie wiem, kiedy następnym razem ich zobaczę. Cieszyłam się, że udało mi się pogodzić te dwie sprawy.
- Zostaw Johna w spokoju, on przyjedzie później. - mama mrugnęła do mnie tajemniczo okiem, a ja poczułam w kościach, że szykuje się coś niedobrego. Takie zachowanie ich wszystkich nie mogło przecież przynieść nic normalnego i nie trzeba było być Sherlockiem, żeby się tego domyślić. Postanowiłam jednak zdać się na przewrotny los, nie drążyć tematu i kolejny raz dać się zaskoczyć. Wyszłam przed dom, gdzie czekał już Brazylijczyk razem z resztą rodzinki w swoim dużym samochodzie. O tym nie pomyślałam. Moi rodzice + Neymar + jego syn + ja i Rafaella, tu czytaj dwie przypadkowe ofiary masakry, to nie mogło skończyć się chociażby przyzwoicie. Mimo sprecyzowanych i w pełni racjonalnych obaw, pomachałam do nich z uśmiechem, a oni jakby nigdy nic, odmachali. Obawy o atmosferę w pojeździe nie były jedynymi jakie posiadałam. Co więcej, bałam się, że dostanę zeza rozbieżnego! Stojąc i nerwowo starając się kontrolować sytuację w przedpokoju i jednocześnie w samochodzie zaparkowanym na podjeździe, było wysokie prawdopodobieństwo, że tak skończę. Tak stać się nie mogło, przecież nikt by mnie wtedy nie chciał! Straciłabym cały swój urok, a to, co teraz było uznawane za słodkie i urocze, byłoby przyjmowane za zwykłe dziwactwo (którym tak na marginesie było, ale po co wyprowadzać ludzi z błędu, skoro na siłę chcą zrobić z ciebie wspaniałego człowieka. No każdy by uległ, nie mówicie, że nie). Od trwałego oszpecenia i permanentnej depresji uratował mnie Alex, który wreszcie najpowolniejszym na świcie krokiem wyszedł z domu. Szedł tak powoli, że z każdym jego krokiem mogłam zamordować go wzrokiem kolejne 50 razy. Kiedy wszyscy załadowaliśmy się do wygodnego, białego audi, oraz przywitaliśmy i przedstawiliśmy z rodziną Brazylijczyka, zapanowała cisza, którą przerywał jedynie mały, który wesoło wykrzykiwał na przemian wszystkie nasze imiona. Był widocznie zachwycony ilością osób, która go otaczała. Siedząc z przodu, włączyłam cicho radio, żeby nieco rozluźnić atmosferę. Nie żeby ktoś pałał do kogoś niechęcią, po prostu nie bardzo było wiadomo o czym rozmawiać, tym bardziej, że moim rodzicom trochę się już zapomniało języka, a mój brat mówił jakimiś "łamańcami". W sumie i tak ma szczęście, że dobra Bozia obdarzyła go talentem lingwistycznym, bo i tak jak na swój wiek, to komunikacja z nim jest na niezłym poziomie. Na miejsce jechaliśmy około pół godziny i tym razem to na mnie spadł obowiązek duszy towarzystwa, która podtrzymuje jakąkolwiek rozmowę. Jak wielka była moja ulga, kiedy wreszcie otworzyłam drzwi i wysiadłam. Uwierzcie mi na słowo, że omal nie pocałowałam chodnika, z wdzięczności, że to już koniec tej męki. Takim oto wesołym krokiem udaliśmy się wszyscy do środka. Mój tata z Alexem skusili się na jakieś kino akcji 5D i kręgle, mama na zabiegi kosmetyczne w spa, które zafundował jej mąż, w końcu jak szaleć to szaleć, a nasza czwórka wybrała odkryty basen z niezliczoną ilością rur, zjeżdżalni, brodzików, jacuzzi i wygodnych, cieplutkich leżaków. Właśnie w takim luksusie się rozłożyliśmy, w jednym z kątów basenu. Tu było jak w raju, słońce, palmy, drinki z wymyślnych kombinacji w zachęcających kolorach i jak to podsumowała Rafaella - świetne widoki. W pełni się z nią zgadzałam.
- Cześć wam! Punktualni jak zwykle. - usłyszałam za plecami znajomy śmiech. Przede mną stał Marc Bartra we własnej osobie.
- Cześć, co ty tu robisz? - uściskałam go przyjaźnie, obdarzając szczerym uśmiechem.
- Wy, gołąbeczki pewnie zajmiecie się sobą, a ja stwierdziłem, że dotrzymam wtedy Raf towarzystwa. - uśmiechnął się rozbrajająco w stronę siostry Brazylijczyka, na co tamta lekko się zaróżowiła. Ohohoo coś tu się chyba kroi, ale nie chcąc być wścibska, usunęłam się w kąt jedynie z głupawym uśmiechem przyklejonym do ust.
- Wszystko załatwione, możemy tu dzisiaj siedzieć ile tylko chcemy. - piłkarz wrócił zadowolony, chowając portfel do tylnej kieszeni spodni. - O, stary nareszcie się zjawiłeś! - zaśmiał się na widok kumpla i serdecznie się z nim przywitał.
- To samo miałem powiedzieć. - tamten również się roześmiał i w ogóle wszyscy się śmialiśmy i nikt nie wiedział tak naprawdę z czego. Po tej niewytłumaczonej niczym "głupawce", która prawdopodobnie była spowodowana wcześniejszym nadmiarem spięcia i stresu, wszyscy rozebrali się do kostiumów i wreszcie wyglądaliśmy jak ludzie. Płeć brzydsza od razu pobiegła do basenu, popisując się jeden przez drugiego. Ja z Rafaellą usiadłyśmy na leżakach i obserwowałyśmy show. Dwa pseudo samce alfa, wykonują nadzwyczaj dziwny i nietypowy taniec godowy, tylko dlaczego ze sobą? Nic lepszego na tym kanale nie grali. Nieświadomy tego jak w tym momencie wygląda jego ojciec, Davi Luca pluskał się w najlepsze w brodziku, który był zaledwie dwa kroki od naszych miejscówek. Postanowiłyśmy się zrelaksować i najzwyczajniej w świecie poleżeć na słońcu brzuchami do góry, może nawet złapać trochę opalenizny, co w moim przypadku było raczej niemożliwe. Moja skóra nie tolerowała w swoim słowniku słowa "opalenizna", ono po prostu tam nie istniało. Figurowało za to "poparzenie", tylko kwestia sporna, którego stopnia.
- Słyszałam, że mój święty braciszek znowu ostatnio coś nabroił. - zaczęła dziewczyna, a ja zaskoczona uchyliłam powiekę, żeby na nią spojrzeć. Nietrudno było się niestety o tym dowiedzieć, ponieważ zdjęcia z ostatniej "sesji" obiegły cały internetowy świat. Wątpiłam, że wie o tym akurat od Neymara.
- Nie ma o czym mówić, naprawdę. - powiedziałam ostrożnie, aby jej nie urazić. Nie chciałam rozgrzebywać tego tematu, tym bardziej, że dopiero całkiem niedawno udało się go zakończyć. To tak jak rozdrapywanie dopiero co zasklepionych ran, po prostu przez własną lub czyjąś ciekawość zwiększasz długość procesu gojenia i ryzykujesz trwałą bliznę. Nie warto.
- Rozmawiałam z nim po tym wszystkim. Często wtedy do niego dzwoniłam, bo nie mogłam przyjechać, a chcieliśmy wszyscy wiedzieć jak się czuje. - dziewczyna widocznie nie zrozumiała aluzji, ponieważ ciągnęła dalej. Nie mogłam jej zignorować, udawać, że nie usłyszałam, ponieważ logicznie było to niemożliwe.Westchnęłam cicho sama zastanawiając się jeszcze raz nad całą tą sytuacją.- Wiesz, znałam Brunę, ona raczej nigdy się tak nie zachowywała, nie posądzałabym ją o coś takiego. - dodała, a ja poczułam jak narasta mi wielka gula w gardle. Poczułam się zaszczuta, kiedy zaczęłam uświadamiać sobie pewne rzeczy.
- Nie mam do niej o to żalu. - odpowiedziałam zaskoczona własnymi słowami. Zupełnie jakby język mówił co chciał, a ja byłabym jedynie słuchaczem, który słyszy już ostateczną wersję wypowiedzi. - W końcu była z Neyem tyle czasu nie bez powodu. Pewnie czuła się okropnie, bo jak ty czy ja byśmy się czuły, gdyby nagle pojawiła się jakaś zupełnie obca dziewczyna, uosobienie kopciuszka i nasz chłopak zostawiłby nas, żeby być z tą drugą? Nie da się tego opisać. Nie poznałam jej ze zbyt dobrej strony, ale ciężko o to było, skoro ma pełne prawo do tego, żeby mnie nie znosić i swobodnie z niego korzysta. Ona też wbrew pozorom ma uczucia i zdaje sobie sprawę jak bardzo chce go odzyskać. - dokończyłam, a podczas mówienia właściwie dopiero zdałam sobie sprawę z wypowiadanych przeze mnie słów. O dziwo mówiłam od rzeczy, chociaż nigdy w ten sposób o tym nie myślałam. Może po prostu nie docierało do mnie, że tak też może być. Cały mój altruizm tak naprawdę był fałszywy i jak przychodziło co do czego, to ciężko było mi zauważyć uczucia drugiej osoby. Normalną reakcją jest, że nie lubi się kogoś, kto stanowi dla ciebie konkurencję. Ale bądźmy szczerzy, jaką ja, Mel Henderson, byłam dla Bruny konkurencją? Byłam kimś z przypadku, kto również przypadkiem wyeliminował ją z jej własnej bajki i to bolało najbardziej. Niepozorna, szybka strata, która bolała dopiero po pewnym czasie. Wiedziałam, że trzeba być cyborgiem, żeby taka sprawa cię nie ruszała. A ona z pewnością nim nie była. Absolutnie nie chciałam zostawić Neya, tylko dlatego, że było mi jej szkoda, bo tak się nie postępuję, jeśli darzy się kogoś uczuciem, ale najzwyczajniej w świecie starałam się ją zrozumieć i nie mieć do niej żalu chociażby o ostatni wyskok ich obojga. Nie godziłam się na zdrady, jednak to była wyjątkowa sytuacja, która nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Mimo całej jej przykrej wyjątkowości, liczyłam po cichu na to, że się już nie powtórzy.
- To wyjątkowe co mówisz i teraz jestem pewna, ze mój brat wiedział co robi, walcząc o ciebie, mimo tego, że przez pewien czas traktowałaś go gorzej niż trędowatego. - Rafaella siedziała wyprostowana na swoim leżaku, wpatrując się we mnie uważnie. - Nie myśl tak o sobie, jesteś tak samo wartościowym człowiekiem jak ona. Miłość nie wybiera, a w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone. Niestety każda wojna niesie za sobą ofiary.
- To okrutne, ale prawdziwe. - skwitowałam krótko, ponieważ za naszymi plecami wyrosły sylwetki piłkarzy.
- Co to za smętne miny? Tak być nie może! - rzucił Brazylijczyk rozbawionym tonem. Chwilę potem poczułam jak silne dłonie chwytają mnie za ramiona i ciągną w górę. Marc, którego już wyraźnie widziałam z diabelnym wyrazem twarzy złapał mnie za nogi i tak zawisłam w powietrzu niczym bezwładny hamak.
- Nie ważcie się. - rzuciłam ostrym tonem, przypuszczając co chcą ze mną zrobić. W odpowiedzi dostałam jedynie salwę śmiechu, co raczej nie sprawiło, że poczułam się spokojniejsza. Zgodnie z wcześniejszymi przypuszczeniami, kilka sekund później wylądowałam z głośnym pluskiem w wodzie. Wynurzyłam się, nabierając powietrza i przeczesując palcami mokre włosy, opadające mi na twarz. Wbrew temu co widzicie na filmach, wcale to nie wygląda seksownie, ponętnie, czy jak tam to nazywają. Co jest czarującego w osobie, której przed chwilą mało mózg nie pękł, kostium nie spadł, a na twarzy ma stado wodorostów zamiast włosów, pomijając już to że nie są tam gdzie powinny? Widać faceci naprawdę są z Marsa, bo chyba im się to podoba. Może na Marsie jest taka moda? Może tam dziewczyny mają włosy zaczesane na twarz? Jeśli chodzą w skąpych kostiumach kąpielowych, zapewne męskiej części Marsjan to wszystko rekompensuje. Moje międzygalaktyczne przemyślenia przerwał drugi plusk, a raczej fala tsunami, która ponownie, hojnie obdarowała mnie zimnym prysznicem. Tym pluskiem był nie kto inny, tylko Rafaella. - Zapłacicie za to. - wysyczałam przez zęby, widząc jak barcelońscy piłkarze zwijają się ze śmiechu na brzegu. Spojrzałam na dziewczynę, której para szła uszami. - Chodź, teraz my się zabawimy, a oni niech siedzą w brodziku z Davim. - rzuciłam i zanim tamci zdążyli zaprotestować, obydwie zgodnie odpłynęłyśmy. Bawiłyśmy się świetnie, a nasze piski na nienormalnej wielkości krętych zjeżdżalniach, było chyba słychać w całym ośrodku.
- Patrz na nich, jakie mają miny. - zaśmiewała się siostra Brazylijczyka.
- Takie mają smutne mordki, bo siedząc w brodziku, nie wyglądają zbytnio atrakcyjnie i żadne laski się do nich nie kleją. - pokiwałam głową obserwując dwóch nieszczęśliwych piłkarzy i jednego przeszczęśliwego blond aniołka, który na przemian chlapał ich wodą. Zapewne każdego, żeby im nie było smutno, jakie to kochane dziecko. - Pójdę zobaczyć jak sobie radzą. - posłałam jej uśmiech i skierowałam się w kierunku naszych leżaków. - Marc, jesteś rozgrzeszony. Leć, Raf na ciebie czeka koło baru. - nie zdążyłam dokończyć mówić, kiedy on już był w połowie drogi do wyznaczonego celu. Popatrzyłam na piłkarza, który leżał w wodzie i bawił się z synem. - No cześć przystojniaku. Może nie jestem najlepszą partią w tej świątyni negliżu, ale jak dla mnie wyglądasz naprawdę uroczo. - poruszałam zabawnie brwiami, siadając obok nich. Neymar zadarł głowę do góry i utkwił we mnie wzrok.
- Jesteś idealna, właśnie na ciebie czekałem.
Iiiii jest nareszcie kolejny :) Ciężko powiedzieć mi coś na temat fabuły bo jest jakaś taka średniawa i osobiście nie jestem z niej zadowolona, ale to jak zwykle, więc nie sugerujcie się moimi odczuciami. Cóż miało być trochę inaczej, ale niestety mam jakieś zaburzenia proporcji i to, co sobie wymyślę, musiałoby zająć naprawdę dużo dużo miejsca, także rozciągnę to na dwa odcinki :)
Oczywiście wszelkie osądy pozostawiam Wam i z góry przepraszam za ewentualne literówki, bo jest późno, a i klawiatura mi momentami niedomaga i zjada pojedyncze literki :*
Bardzo dziękuję za wszystkie miłe komentarze, bo ostatnimi czasy są jedną z niewielu przyczyn, z powodu których na mojej twarzy gości szczery uśmiech :* Cieszę się, że ze mną jesteście, czytacie, że Wam się podoba (chyba), że piszecie i dzielicie się ze mną swoją twórczością :)
Chciałabym nie musieć kazać Wam tyle czekać na kolejne odcinki, bo serce mi się kraja jak czytam, że nie możecie się doczekać, a ja siedzę przywalona lekcjami po sam czubek moich puchatych włosów i nie mam czasu napisać nawet kilku zdań :( Teraz na jakiś czas powinny mi się skończyć matury, więc postaram się jakoś to usprawnić. :) W tym tygodniu pisałam ostatnią, rozszerzony niemiecki - tak wiem, jestem dziwna, ale normalny rodzi się podobno każdy także.. :)
Cóż powyższe zdanie nieważne, mam nadzieję, że mimo wszystko znajdziecie coś fajnego, miłego i przyjemnego w powyższym rozdziale i do napisania niedługo :*
<3
- Hola mi hermosa! - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, kiedy zobaczył mnie w progu. Tanecznym krokiem podszedł do mnie, obrócił mnie kilka razy pod ręką, po czym przyciągnął do siebie i mocno pocałował. Roześmiałam się, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Co ty wyprawiasz Neymar? - zapytałam, zaplatając mu dłonie na karku i spoglądając zadziornie w oczy.
- Śniadanie. - poruszał zabawnie brwiami, a ja nie mogłam nadziwić się dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe. Czemu on ma w sobie tyle uroku, że nie da się mu oprzeć?! Należy do rzadkiego gatunku ludzi, którzy spaliliby ci dom, ale i tak nie potrafiłabyś się na nich złościć. Swoją drogą, nie było to znowu takie nieprawdopodobne.
- Chyba ci się właśnie pali. - odpowiedziałam spokojnie, na co chłopak podskoczył jak oparzony i podbiegł do patelni. Mój śmiech zagłuszyła nadal głośno grająca muzyka. - Ubierz się. - rzuciłam w niego podkoszulką i podeszłam, żeby pomóc mu w nierównej walce z kuchenką. Mechanicznie zdjęłam ją z ognia i zaczęłam skrobać pozostałości ciasta, które teraz miało czarny kolor i jak mniemam to nie żaden barwnik spożywczy. Popatrzyłam na stos rumianych placków na talerzu i muszę przyznać, że poczułam burczenie w brzuchu. Wyglądały na smaczne, a przynajmniej nie uciekały z talerza, więc mogłam zaliczyć to do kolejnego, życiowego sukcesu Brazylijczyka.
- A tak ci się nie podobam? - usłyszałam ciche mruknięcie za uchem i poczułam jak oplatają mnie w pasie silne ramiona. Uśmiechnęłam się mimowolnie, a po moim ciele przebiegły przyjemne dreszcze.
- Neymar Słońce, mi się bardzo podobasz, ale sądzę, że mój tata ma mimo wszystko inne zdanie na ten temat niż jego córka. - zaśmiałam się, zadzierając głowę do góry, żeby spojrzeć na jego wyraz twarzy. I tym razem się nie zawiodłam. Rozbawienie z konsternacją tańczyło flamenco na jego napiętych mięśniach.
- O tym nie pomyślałem. - podrapał się po głowie, śmiejąc się.
- Dam ci chwilkę i pójdę zobaczyć czy są w stanie zejść na śniadanie. - musnęłam w przelocie jego usta i nucąc pod nosem kolejną piosenkę z playlisty, pobiegłam na górę. Przechodząc obok uchylonych drzwi od pokoju Johna, usłyszałam lecącą wodę, więc pewnie poszedł się wykąpać. Żyłam nadzieją, że może jednak uda mu się nie utopić.
- Co to za impreza? - Alex wyszedł z pokoju, przecierając oczy.
- Twój idol urządził nam wszystkim pobudkę. - rzuciłam i zauważyłam błysk w jego oku.
- Serio? Neymar tu jest? - zapytał, a ja poczochrałam mu włosy.
- Nigdy nie byłam bardziej poważna, Młody. - zaśmiałam się, a on momentalnie zniknął za swoimi drzwiami, robiąc to tak szybko, że podmuch mało mnie nie wypchnął za barierkę. Podeszłam do tymczasowego pokoju, w którym rezydowali moi rodzice. Zapukałam nieśmiało.
- Proszę! - usłyszałam i otworzyłam powoli drzwi. - Zabawne, że pukasz skoro i tak postawiłaś już cały dom na nogi. - mama właśnie zakładała szlafrok.
- Też się cieszę na wasz widok. - zaśmiałam się, wchodząc do środka. - Zejdziecie na śniadanie?
- Ty zrobiłaś śniadanie? Nie wierzę! - wymamrotał mój tata przeciągając się, a ja wywróciłam oczami.
- No dobra, nie do końca ja, ale gwarantuje, że jest do zjedzenia i już gotowe. - przestąpiłam niecierpliwie z nogi na nogę.
- Kto jest takim dobrodziejem? John? - kontynuował mężczyzna, jednak w mojej głowie już zapłonęła denerwująco jaskrawym, czerwonym światłem wielka lampka. Wiedziałam, że jeśli powiem choćby jedno słowo więcej, zaczną się niewygodne pytania.
- Pospieszcie się, bo jak wystygnie to będzie niedobre. - rzuciłam niemrawo i szybko opuściłam pokój. Wyszłam z powrotem na korytarz i odetchnęłam z ulgą. Nic złego się przecież nie stało, ale sytuacja na taką nie wyglądała. No bo który normalny ojciec uwierzy w to, że jej chłopak przyjechał rano, po to, żeby zrobić wszystkim śniadanie? Żaden, nawet mój. I wtedy na nic moje marne, niezgrabne tłumaczenia, że przecież "Ale tato nic się nie stało", "Tato, jestem już dorosła". To ostatnie było zdecydowanie najgorszą rzeczą jaką mogłabym powiedzieć, więc żeby nie popełnić przypadkiem tego błędu, oddaliłam się od jaskini lwa. Zeszłam do kuchni i nalałam sobie do kubka ciepłej, aromatycznej kawy, której zapach od razu pobudził moje nozdrza, przyjemnie je drażniąc. Weszłam do salonu, gdzie na kanapie siedział Alex i Brazylijczyk, którzy zawzięcie grali w FIFĘ. Boże, czy oni naprawdę oddychają tylko piłką nożną? Usiadłam na bocznym oparciu, patrząc w ekran.
- Sprowadzasz mi go na złą drogę. - powiedziałam, na co Ney się zaśmiał.
- O dziwo tym razem nie mówiłam do ciebie. - sprzedałam mu kuksańca, a on zdziwiony odwrócił na mnie wzrok, tym samym tracąc piłkę. - Alex, on rano był taki kochany i idealny, a teraz co? Oczka wlepione w ekran i zero kontaktu. -jęknęłam z zawodem w glosie i przesunęłam dłonią po ramieniu piłkarza. Mogłam niemal poczuć jak w miejscach, gdzie moje palce dotknęły jego skóry, pojawia się gęsia skórka.
- Było warto! - krzyknął mój brat, kiedy udało mu się strzelić gola. Ney spojrzał na mnie i zmrużył oczy.
- Widzisz zła kobieto co narobiłaś? - po jego słowach wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem, a ja wgramoliłam się obok nich na kanapę, obserwując grę.
- Jasne wszystko moja wina, jak zawsze. - pokręciłam głową.
- Co tu tak wspaniale pachnie? - usłyszałam za plecami głos mojej rodzicielki. Moje spojrzenie szybko powędrowało na Neymara. Całe szczęście, że się ubrał. W tym momencie śmiałam się z tego w duchu, ale dopiero co zrobiło się naprawdę dobrze między mną a moimi rodzicami i nie chciałam, żeby się to zmieniło przez tego próżnego gada. Wspaniałego, próżnego gada, żeby nie było. Niech ma moje słowa uznania i niech nie przepierniczy na głupoty.
- Dzień dobry. - Brazylijczyk mimo protestów Alexa zastopował grę i wstał z kanapy, posyłając w stronę Marty Henderson promienny, czarujący uśmiech. Obserwowałam go z kanapy, wyglądał jak drapieżnik polujący na swoją ofiarę. Tylko czemu do cholery miała być nią moja matka, ja się pytam!
- Dzień dobry. - odpowiedziała kobieta, a w jej głosie dało się wyczuć pewną podejrzliwość. Postanowiłam ratować sytuację.
- Mamo, to jest Neymar. Nie mieliście wcześniej okazji poznać się w hmm bardziej cywilizowany sposób. - dla bezpieczeństwa stanęłam między nimi i ostrożnie dobierając słowa, starałam się przedstawić piłkarza w jak najlepszym świetle. Było to ciężkie zadanie, szczególnie przypominając sobie ich ostatnie spotkanie. Panowała krępująca cisza, a chłopak nadal próbował utrzymać na twarzy uśmiech. Stojąc obok, widziałam jak drgają mu kąciki ust, walcząc same ze sobą, żeby nie opaść. W końcu moja mama przerwała tą całą męczarnie wyciągając do niego dłoń. On szarmanckim gestem musnął wierzch jej ręki, po czym sam odsunął się od zaskoczonej jego zachowaniem Marty. Wcale jej się nie dziwiłam, bo sama wpatrywałam się w niego moimi dwiema pięciozłotówkami. - Siadaj do stołu, zaraz przyniosę naleśniki. - powiedziałam chcąc dać im tym samym jakiś impuls do działania. Chciałam, żeby wreszcie się poruszyli, bo stojąc naprzeciwko siebie w totalnym bezruchu, wyglądali przerażająco. Zupełnie jakby zaraz mieli skoczyć sobie do gardeł. Może byłam przewrażliwiona, ale kto wie ile czasu jeszcze obowiązuje moich rodziców pakiet na miłosierdzie. Wolałam nie ryzykować. Pociągnęłam Brazylijczyka za rękaw do kuchni i dźwignęłam talerze z blatu.
- Nie dźwigaj. - uśmiechnął się, zabierając ode mnie stos naczyń. Spojrzałam na niego, mrużąc oczy. Przecież nie jestem jakimś tam słabeuszem, co on sobie wyobraża. Jestem silną, niezależną kobietą. Nie no kurde Mel, tak to mówią feministki. A ty nią nie jesteś. Z pewnością N.I.E. Przywróciłam oczy do normalnych rozmiarów i oddałam mu posłusznie talerze. Gdzieś w głębi duszy jakiś mały człowieczek, który we mnie mieszka cieszył się niezmiernie, że ktoś wreszcie zauważa w nim kogoś drobnego i wrażliwego. Wreszcie ktoś go zauważył. Nie tylko powłokę pozornie odważnej, ordynarnej na pokaz Melisy, która rządziła tym małym ciałkiem na co dzień.
- Ney. - dotknęłam jego ramienia, kiedy już wychodził z powrotem do jadalni. - Nie przejmuj się nimi. Cokolwiek będą mówili pamiętaj, że to ich opinia, nie moja. Do tej pory się z nią nie liczyłam, więc i teraz jakoś będę bez niej żyć. - posłałam mu zachęcający uśmiech, a on go odwzajemnił i ruszył do pokoju, w którym pojawił się już mój tata. Brakowało tylko Johna. - Ekhemm.. - odchrząknęłam znacząco, spoglądając wymownie w stronę schodów, jednak nie doczekałam się żadnej odpowiedzi. Mama zajęła się jedzeniem, natomiast tata zdawał się mordować wzrokiem Neymara. Bóg wie czemu, ale jednak to robił. Po 10 minutach, potykając się o wszystkie możliwe meble, do pokoju wszedł mój chrzestny z przyklejonym do ręki telefonem. Nie chcąc być zbytnio obcesowa, ugryzłam się w język i upiłam duży łyk kawy licząc po cichu na to, że zadławię się płynem i umrę zanim powiem coś, po czym każdy będzie na mnie dziwnie patrzył. Zadanie było trudne, tym bardziej, że zżerała mnie od środka wyssana z mlekiem matki ciekawość, z kim non stop sms-uje John. Nie podejrzewałam go absolutnie o taki pracoholizm. Mimo sukcesu jaki odniósł, był osobą, która uciekała od pracy i obowiązków kiedy tylko mogła, jak najdalej, nawet w samych skarpetkach. Poważnie..
- Komu dokładkę? - Brazylijczyk był nie do poznania. Zachowywał się jak jakiś cholerny wzór do naśladowania! Uśmiech jakby reklamował Colgate i maniery jakby urwał się z dworu królowej Elżbiety. Gdzie podział się wyluzowany piłkarz o charakterze barbarzyńcy? Boże, popsułam go...
- A jeszcze coś zostało? - Alex ochoczo podniósł głowę znad talerza. Miałam ochotę krzyczeć. Dlaczego? Już wam mówię dlaczego. Mój zazwyczaj energiczny i z objawami lekkiego ADHD chrzestny teraz siedział z oczami w ekranie telefonu i nie docierały do niego absolutnie żadne bodźce z zewnątrz. Mój chłopak z kolei przypominał uroczą gosposie z prymitywnych, amerykańskich reklam szarlotki. Za to moi rodzice przypominali dwa wygłodniałe lwy (szczególnie tata), które zaraz rzucą się na Neymara. Dobrze, że chociaż umie szybko biegać, może im ucieknie na najbliższe drzewo. Każdy zajmował się sobą, po cichu, co było w ogóle niepodobne do tej rodziny Adamsów, którą serwowali na co dzień i od święta. Ulegając całemu paradoksalnie spokojnemu szaleństwu, ja też siedziałam na miejscu milcząc jak zaklęta. Po 15 minutach miałam wrażenie, jakbym zapomniała, jak się mówi. Ciszę przerwał telefon. - Przepraszam, to ważne. - chłopak posłał w stronę siedzących przy stole przepraszający uśmiech, a ja nawet nie drgnęłam. Chyba dostałam jakiegoś paraliżu.
- Nie no Neymar, nie krępuj się rozmową, jak widać przy stole to całkiem normalne zachowanie. - wypaliłam w końcu kąśliwie, jednak chyba usłyszeli to wszyscy oprócz Johna. Moje słowa zdały się zadziałać jak zapalnik. Benzyny do ognia dolał mój ojciec ciamajda, który stłukł szklankę, raniąc się przy tym w rękę. Jego dziki skowyt brzmiał niczym jakiś wojenny odgłos pradawnego plemienia. I wtedy się zaczęło. Tata skakał po całej kuchni, rozchlapując krew po czystych płytkach, mama usiłowała znaleźć jakiś bandaż robiąc totalny bałagan w szafce z apteczką, Alex skorzystał z okazji i ulotnił się do pokoju zapewne, żeby pograć na konsoli, ale John przeszedł już samego siebie. Wlazł na stół i z rękami pod sufitem mamrotał coś o braku zasięgu. Dom wariatów, wszystko wróciło do normy. Brazylijczyk wszedł do pomieszczenia jakby nigdy nic, chyba naprawdę pasował do mojego życia, skoro nie uciekał na widok mojej rodziny. Z tym przeświadczeniem było mi jakoś lżej, jednak nie chcąc, żeby okazało się, że się mylę, postanowiłam odwrócić jego uwagę, od rozgrywającego się cyrku za jego plecami. - Coś się stało? - zapytałam z przebłyskiem lekkiej troski w głosie, w końcu nie chciałam wyjść na wścibską. Chłopak oparł się o stół, z którego chrzestny już zdążył spełznąć.
- Rafaella zrobiła mi niespodziankę i przyjechała z Davim. Są w Barcelonie. - powiedział, a w jego głosie dało się wyczuć prawdziwą radość i ekscytację całą sytuacją. W końcu rodzina była dla niego najważniejsza, a każdy dzień, który mógł z nią spędzić był dla niego wielkim świętem.
- To co tu jeszcze robisz? Leć po nich! - zaśmiałam się cicho, wypychając chłopaka teatralnie z pomieszczenia w stronę drzwi.
- Ale twoi rodzice? - odwrócił się ze zmieszanym wyrazem twarzy, a ja wywróciłam młynka oczami z uśmiechem. Do czego dążył i co chciał zyskać takim zachowaniem w stosunku do starszyzny? To były pytania, na które wiedziałam, że nie uzyskam odpowiedzi. Przynajmniej na razie.
- Są, żyją, mają się dobrze, chociaż jak patrzę na tatę to ciężko go pod tym podpisać. - odpowiedziałam rozbawionym głosem i otworzyłam drzwi wejściowe. - Nie żebym cię wyganiała, czy coś, ale ja też chętnie ich zobaczę więc jedź i nigdzie ich nie zgub po drodze. - stanęłam przed nim splatając dłonie na piersiach i robiąc poważną minę, na co on tym razem zareagował śmiechem.
- Pojedziemy wszyscy do aquaparku, co ty na to? Spędzimy razem trochę czasu. - zaproponował, a mnie zaskoczenie mało nie powaliło na ziemię.
- Jasne, chętnie. - przytaknęłam tępo zadowolona, że wpadł na tak genialny pomysł. Szybko się z nim pożegnałam i wróciłam z powrotem do domu. Sytuacja zmieniała się tu jak w kalejdoskopie, poważnie zastanawiałam się czy nie wezwać jakiegoś egzorcysty, bo zachowywali się jak opętani. Trzy, a właściwie dwie, bo John był obecny jedynie ciałem, zaciekawione twarze patrzyły prosto na mnie. - Jedziemy do aquaparku, jedziecie z nami? - zapytałam luźno mierząc całą trójkę wzrokiem.
- Jedziecie sami? - mój tata przejął rolę złego gliny. Postanowiłam współpracować.
- Nie, jedzie jeszcze siostra Neya i mały Davi Luca. - odpowiedziałam spokojnie, niczym podpięta pod wariograf. Widziałam, że mężczyzna śledzi każde drgnięcie mięśni na mojej twarzy.
- To jego brat czy siostrzeniec? - zapytała mama, a ja poczułam falę gorąca zalewającą gwałtownie moje ciało. Nie była to jednak przyjemna fala, coś bardziej jak stan tuż przed zawałem.
- Jego syn. - odpowiedziałam krótko, kiedy zebrałam już język w szczęce. Wyraz twarzy moich rodziców był chyba jednym z najdziwniejszych jakie kiedykolwiek, w całym moim krótkim życiu widziałam. Mieszanka zaskoczenia, przerażenia i dziwnej irytacji. Mieszanka wybuchowa, jednym słowem.
- On ma syna?! - wydukał David, jednak niewinność w nieskładności sylab, wcale nie świadczyła o braku powagi pytania.
- Przed chwilą wam o tym powiedziałam, w dodatku po polsku, więc wydaje mi się to jasną informacją. Neymar ma syna. - powtórzyłam, unosząc brwi w górę.
- Mel, chyba nie musimy ci przypominać, że ty w każdej chwili też możesz zostać mamusią, a przypomnij mi co stało się z mamą Daviego? - do tej pory było zdecydowanie zbyt pięknie, ale ostatnio narzekałam, że mi tego brakowało. Byłaś głupia Mel, nie wiedziałaś co mówiłaś, a teraz masz i cierp.
- To absurdalne. To nie bierze się z powietrza, a ja jestem tego w pełni świadoma. Swojego wieku też. - odpowiedziałam, próbując maskować irytację, która coraz bardziej buzowała w moich żyłach.
- My z tatą też długo nie czekaliśmy, chyba nie chcesz zachowywać się tak samo. - powiedziała Marta, a ja spojrzałam na nią zaskoczonym wzrokiem.
- Nie myślałam o tym w ten sposób, ale w tym momencie o nic nie musicie się martwić. Twoje słowa podziałały na mnie jak najlepsza ewentualna antykoncepcja. - rzuciłam i wyszłam z pomieszczenia.
*****
Spakowałam torbę i nadal z podniesionym poziomem irytacji wyszłam z pokoju. Wiedziałam, że prawdopodobnie zachowuje się jakbym miała rozchwianie emocjonalne i to w zaawansowanym stadium, ale w tym momencie mnie to nie obchodziło. Generalnie wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. Jak nikt nie marudził i nie prawił mi absurdalnych kazań na absurdalne tematy, to narzekałam, ze jest jakoś tak zbyt spokojnie, teraz, kiedy wszystko wróciło do "normy" narzekałam, że tak się stało. Sama z sobą nie mogłam dojść do ładu. Nie wiedziałam dlaczego aż tak mnie to ruszyło. Może dlatego, że do tej pory nawet nie przyszło mi to do głowy, a nie lubiłam kiedy ktoś pouczał mnie od razu, zanim jeszcze podjęłam jakiekolwiek działania w jakimś kierunku.
- Wychodzę! - krzyknęłam otwierając drzwi wejściowe. - Na pewno nie jedziecie z nami? - zapytałam, zakładając buty i patrząc w stronę rodzinki, która rozsiadła się na kanapie.
- Jedź i baw się dobrze.- mama posłała mi uśmiech, oplatając palcami kubek z herbatą. W duchu westchnęłam kilka razy głośno. Oczywiście, taktyka na "nic nie zaszło".
- Nie musicie wchodzić do wody, tam jest o wiele więcej atrakcji. Na przykład sauna, spa, jakaś miła kawiarnia, groty solne, masaże, kąpiele i takie sprawy, a dla panów kręgielnia, kino, bilard i raczej też nie będą się nudzić. - przekonywałam ich mimo, że wiedziałam, że bez nich Ney znowu zachowywałby się normalnie. Chwila ciszy i przeciąg w drzwiach uświadomiły mi, że powinnam już wychodzić, więc ponagliłam ich teatralnie szeleszcząc kluczami, które chowałam do torebki.
- W sumie za chwilę wyjeżdżamy, chyba nie chcesz siedzieć w domu? - mój tata podniósł się z miejsca, a jego żona po chwili namysłu również.
- To jedziemy z wami, Alex chodź i odłóż wreszcie tego pada na miłość Boską! - krzyknęła kobieta, gestykulując w stronę syna. Ten mamrocząc pod nosem zostawił posłusznie, lecz niechętnie przedłużenie swojej ręki na stole i pomaszerował po swoje buty.
- Super, a John? - uśmiechnęłam się, ponieważ osiągnęłam cel. Bardzo chciałam spotkać się z Raf i małym, spędzić jakoś ciekawie czas, ale z drugiej strony zjadłyby mnie wyrzuty sumienia, gdybym wiedziała, że w tym czasie rodzice z Młodym siedzą w domu i się nudzą, tym bardziej, że jutro wracają do Polski i nie wiem, kiedy następnym razem ich zobaczę. Cieszyłam się, że udało mi się pogodzić te dwie sprawy.
- Zostaw Johna w spokoju, on przyjedzie później. - mama mrugnęła do mnie tajemniczo okiem, a ja poczułam w kościach, że szykuje się coś niedobrego. Takie zachowanie ich wszystkich nie mogło przecież przynieść nic normalnego i nie trzeba było być Sherlockiem, żeby się tego domyślić. Postanowiłam jednak zdać się na przewrotny los, nie drążyć tematu i kolejny raz dać się zaskoczyć. Wyszłam przed dom, gdzie czekał już Brazylijczyk razem z resztą rodzinki w swoim dużym samochodzie. O tym nie pomyślałam. Moi rodzice + Neymar + jego syn + ja i Rafaella, tu czytaj dwie przypadkowe ofiary masakry, to nie mogło skończyć się chociażby przyzwoicie. Mimo sprecyzowanych i w pełni racjonalnych obaw, pomachałam do nich z uśmiechem, a oni jakby nigdy nic, odmachali. Obawy o atmosferę w pojeździe nie były jedynymi jakie posiadałam. Co więcej, bałam się, że dostanę zeza rozbieżnego! Stojąc i nerwowo starając się kontrolować sytuację w przedpokoju i jednocześnie w samochodzie zaparkowanym na podjeździe, było wysokie prawdopodobieństwo, że tak skończę. Tak stać się nie mogło, przecież nikt by mnie wtedy nie chciał! Straciłabym cały swój urok, a to, co teraz było uznawane za słodkie i urocze, byłoby przyjmowane za zwykłe dziwactwo (którym tak na marginesie było, ale po co wyprowadzać ludzi z błędu, skoro na siłę chcą zrobić z ciebie wspaniałego człowieka. No każdy by uległ, nie mówicie, że nie). Od trwałego oszpecenia i permanentnej depresji uratował mnie Alex, który wreszcie najpowolniejszym na świcie krokiem wyszedł z domu. Szedł tak powoli, że z każdym jego krokiem mogłam zamordować go wzrokiem kolejne 50 razy. Kiedy wszyscy załadowaliśmy się do wygodnego, białego audi, oraz przywitaliśmy i przedstawiliśmy z rodziną Brazylijczyka, zapanowała cisza, którą przerywał jedynie mały, który wesoło wykrzykiwał na przemian wszystkie nasze imiona. Był widocznie zachwycony ilością osób, która go otaczała. Siedząc z przodu, włączyłam cicho radio, żeby nieco rozluźnić atmosferę. Nie żeby ktoś pałał do kogoś niechęcią, po prostu nie bardzo było wiadomo o czym rozmawiać, tym bardziej, że moim rodzicom trochę się już zapomniało języka, a mój brat mówił jakimiś "łamańcami". W sumie i tak ma szczęście, że dobra Bozia obdarzyła go talentem lingwistycznym, bo i tak jak na swój wiek, to komunikacja z nim jest na niezłym poziomie. Na miejsce jechaliśmy około pół godziny i tym razem to na mnie spadł obowiązek duszy towarzystwa, która podtrzymuje jakąkolwiek rozmowę. Jak wielka była moja ulga, kiedy wreszcie otworzyłam drzwi i wysiadłam. Uwierzcie mi na słowo, że omal nie pocałowałam chodnika, z wdzięczności, że to już koniec tej męki. Takim oto wesołym krokiem udaliśmy się wszyscy do środka. Mój tata z Alexem skusili się na jakieś kino akcji 5D i kręgle, mama na zabiegi kosmetyczne w spa, które zafundował jej mąż, w końcu jak szaleć to szaleć, a nasza czwórka wybrała odkryty basen z niezliczoną ilością rur, zjeżdżalni, brodzików, jacuzzi i wygodnych, cieplutkich leżaków. Właśnie w takim luksusie się rozłożyliśmy, w jednym z kątów basenu. Tu było jak w raju, słońce, palmy, drinki z wymyślnych kombinacji w zachęcających kolorach i jak to podsumowała Rafaella - świetne widoki. W pełni się z nią zgadzałam.
- Cześć wam! Punktualni jak zwykle. - usłyszałam za plecami znajomy śmiech. Przede mną stał Marc Bartra we własnej osobie.
- Cześć, co ty tu robisz? - uściskałam go przyjaźnie, obdarzając szczerym uśmiechem.
- Wy, gołąbeczki pewnie zajmiecie się sobą, a ja stwierdziłem, że dotrzymam wtedy Raf towarzystwa. - uśmiechnął się rozbrajająco w stronę siostry Brazylijczyka, na co tamta lekko się zaróżowiła. Ohohoo coś tu się chyba kroi, ale nie chcąc być wścibska, usunęłam się w kąt jedynie z głupawym uśmiechem przyklejonym do ust.
- Wszystko załatwione, możemy tu dzisiaj siedzieć ile tylko chcemy. - piłkarz wrócił zadowolony, chowając portfel do tylnej kieszeni spodni. - O, stary nareszcie się zjawiłeś! - zaśmiał się na widok kumpla i serdecznie się z nim przywitał.
- To samo miałem powiedzieć. - tamten również się roześmiał i w ogóle wszyscy się śmialiśmy i nikt nie wiedział tak naprawdę z czego. Po tej niewytłumaczonej niczym "głupawce", która prawdopodobnie była spowodowana wcześniejszym nadmiarem spięcia i stresu, wszyscy rozebrali się do kostiumów i wreszcie wyglądaliśmy jak ludzie. Płeć brzydsza od razu pobiegła do basenu, popisując się jeden przez drugiego. Ja z Rafaellą usiadłyśmy na leżakach i obserwowałyśmy show. Dwa pseudo samce alfa, wykonują nadzwyczaj dziwny i nietypowy taniec godowy, tylko dlaczego ze sobą? Nic lepszego na tym kanale nie grali. Nieświadomy tego jak w tym momencie wygląda jego ojciec, Davi Luca pluskał się w najlepsze w brodziku, który był zaledwie dwa kroki od naszych miejscówek. Postanowiłyśmy się zrelaksować i najzwyczajniej w świecie poleżeć na słońcu brzuchami do góry, może nawet złapać trochę opalenizny, co w moim przypadku było raczej niemożliwe. Moja skóra nie tolerowała w swoim słowniku słowa "opalenizna", ono po prostu tam nie istniało. Figurowało za to "poparzenie", tylko kwestia sporna, którego stopnia.
- Słyszałam, że mój święty braciszek znowu ostatnio coś nabroił. - zaczęła dziewczyna, a ja zaskoczona uchyliłam powiekę, żeby na nią spojrzeć. Nietrudno było się niestety o tym dowiedzieć, ponieważ zdjęcia z ostatniej "sesji" obiegły cały internetowy świat. Wątpiłam, że wie o tym akurat od Neymara.
- Nie ma o czym mówić, naprawdę. - powiedziałam ostrożnie, aby jej nie urazić. Nie chciałam rozgrzebywać tego tematu, tym bardziej, że dopiero całkiem niedawno udało się go zakończyć. To tak jak rozdrapywanie dopiero co zasklepionych ran, po prostu przez własną lub czyjąś ciekawość zwiększasz długość procesu gojenia i ryzykujesz trwałą bliznę. Nie warto.
- Rozmawiałam z nim po tym wszystkim. Często wtedy do niego dzwoniłam, bo nie mogłam przyjechać, a chcieliśmy wszyscy wiedzieć jak się czuje. - dziewczyna widocznie nie zrozumiała aluzji, ponieważ ciągnęła dalej. Nie mogłam jej zignorować, udawać, że nie usłyszałam, ponieważ logicznie było to niemożliwe.Westchnęłam cicho sama zastanawiając się jeszcze raz nad całą tą sytuacją.- Wiesz, znałam Brunę, ona raczej nigdy się tak nie zachowywała, nie posądzałabym ją o coś takiego. - dodała, a ja poczułam jak narasta mi wielka gula w gardle. Poczułam się zaszczuta, kiedy zaczęłam uświadamiać sobie pewne rzeczy.
- Nie mam do niej o to żalu. - odpowiedziałam zaskoczona własnymi słowami. Zupełnie jakby język mówił co chciał, a ja byłabym jedynie słuchaczem, który słyszy już ostateczną wersję wypowiedzi. - W końcu była z Neyem tyle czasu nie bez powodu. Pewnie czuła się okropnie, bo jak ty czy ja byśmy się czuły, gdyby nagle pojawiła się jakaś zupełnie obca dziewczyna, uosobienie kopciuszka i nasz chłopak zostawiłby nas, żeby być z tą drugą? Nie da się tego opisać. Nie poznałam jej ze zbyt dobrej strony, ale ciężko o to było, skoro ma pełne prawo do tego, żeby mnie nie znosić i swobodnie z niego korzysta. Ona też wbrew pozorom ma uczucia i zdaje sobie sprawę jak bardzo chce go odzyskać. - dokończyłam, a podczas mówienia właściwie dopiero zdałam sobie sprawę z wypowiadanych przeze mnie słów. O dziwo mówiłam od rzeczy, chociaż nigdy w ten sposób o tym nie myślałam. Może po prostu nie docierało do mnie, że tak też może być. Cały mój altruizm tak naprawdę był fałszywy i jak przychodziło co do czego, to ciężko było mi zauważyć uczucia drugiej osoby. Normalną reakcją jest, że nie lubi się kogoś, kto stanowi dla ciebie konkurencję. Ale bądźmy szczerzy, jaką ja, Mel Henderson, byłam dla Bruny konkurencją? Byłam kimś z przypadku, kto również przypadkiem wyeliminował ją z jej własnej bajki i to bolało najbardziej. Niepozorna, szybka strata, która bolała dopiero po pewnym czasie. Wiedziałam, że trzeba być cyborgiem, żeby taka sprawa cię nie ruszała. A ona z pewnością nim nie była. Absolutnie nie chciałam zostawić Neya, tylko dlatego, że było mi jej szkoda, bo tak się nie postępuję, jeśli darzy się kogoś uczuciem, ale najzwyczajniej w świecie starałam się ją zrozumieć i nie mieć do niej żalu chociażby o ostatni wyskok ich obojga. Nie godziłam się na zdrady, jednak to była wyjątkowa sytuacja, która nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Mimo całej jej przykrej wyjątkowości, liczyłam po cichu na to, że się już nie powtórzy.
- To wyjątkowe co mówisz i teraz jestem pewna, ze mój brat wiedział co robi, walcząc o ciebie, mimo tego, że przez pewien czas traktowałaś go gorzej niż trędowatego. - Rafaella siedziała wyprostowana na swoim leżaku, wpatrując się we mnie uważnie. - Nie myśl tak o sobie, jesteś tak samo wartościowym człowiekiem jak ona. Miłość nie wybiera, a w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone. Niestety każda wojna niesie za sobą ofiary.
- To okrutne, ale prawdziwe. - skwitowałam krótko, ponieważ za naszymi plecami wyrosły sylwetki piłkarzy.
- Co to za smętne miny? Tak być nie może! - rzucił Brazylijczyk rozbawionym tonem. Chwilę potem poczułam jak silne dłonie chwytają mnie za ramiona i ciągną w górę. Marc, którego już wyraźnie widziałam z diabelnym wyrazem twarzy złapał mnie za nogi i tak zawisłam w powietrzu niczym bezwładny hamak.
- Nie ważcie się. - rzuciłam ostrym tonem, przypuszczając co chcą ze mną zrobić. W odpowiedzi dostałam jedynie salwę śmiechu, co raczej nie sprawiło, że poczułam się spokojniejsza. Zgodnie z wcześniejszymi przypuszczeniami, kilka sekund później wylądowałam z głośnym pluskiem w wodzie. Wynurzyłam się, nabierając powietrza i przeczesując palcami mokre włosy, opadające mi na twarz. Wbrew temu co widzicie na filmach, wcale to nie wygląda seksownie, ponętnie, czy jak tam to nazywają. Co jest czarującego w osobie, której przed chwilą mało mózg nie pękł, kostium nie spadł, a na twarzy ma stado wodorostów zamiast włosów, pomijając już to że nie są tam gdzie powinny? Widać faceci naprawdę są z Marsa, bo chyba im się to podoba. Może na Marsie jest taka moda? Może tam dziewczyny mają włosy zaczesane na twarz? Jeśli chodzą w skąpych kostiumach kąpielowych, zapewne męskiej części Marsjan to wszystko rekompensuje. Moje międzygalaktyczne przemyślenia przerwał drugi plusk, a raczej fala tsunami, która ponownie, hojnie obdarowała mnie zimnym prysznicem. Tym pluskiem był nie kto inny, tylko Rafaella. - Zapłacicie za to. - wysyczałam przez zęby, widząc jak barcelońscy piłkarze zwijają się ze śmiechu na brzegu. Spojrzałam na dziewczynę, której para szła uszami. - Chodź, teraz my się zabawimy, a oni niech siedzą w brodziku z Davim. - rzuciłam i zanim tamci zdążyli zaprotestować, obydwie zgodnie odpłynęłyśmy. Bawiłyśmy się świetnie, a nasze piski na nienormalnej wielkości krętych zjeżdżalniach, było chyba słychać w całym ośrodku.
- Patrz na nich, jakie mają miny. - zaśmiewała się siostra Brazylijczyka.
- Takie mają smutne mordki, bo siedząc w brodziku, nie wyglądają zbytnio atrakcyjnie i żadne laski się do nich nie kleją. - pokiwałam głową obserwując dwóch nieszczęśliwych piłkarzy i jednego przeszczęśliwego blond aniołka, który na przemian chlapał ich wodą. Zapewne każdego, żeby im nie było smutno, jakie to kochane dziecko. - Pójdę zobaczyć jak sobie radzą. - posłałam jej uśmiech i skierowałam się w kierunku naszych leżaków. - Marc, jesteś rozgrzeszony. Leć, Raf na ciebie czeka koło baru. - nie zdążyłam dokończyć mówić, kiedy on już był w połowie drogi do wyznaczonego celu. Popatrzyłam na piłkarza, który leżał w wodzie i bawił się z synem. - No cześć przystojniaku. Może nie jestem najlepszą partią w tej świątyni negliżu, ale jak dla mnie wyglądasz naprawdę uroczo. - poruszałam zabawnie brwiami, siadając obok nich. Neymar zadarł głowę do góry i utkwił we mnie wzrok.
- Jesteś idealna, właśnie na ciebie czekałem.
Iiiii jest nareszcie kolejny :) Ciężko powiedzieć mi coś na temat fabuły bo jest jakaś taka średniawa i osobiście nie jestem z niej zadowolona, ale to jak zwykle, więc nie sugerujcie się moimi odczuciami. Cóż miało być trochę inaczej, ale niestety mam jakieś zaburzenia proporcji i to, co sobie wymyślę, musiałoby zająć naprawdę dużo dużo miejsca, także rozciągnę to na dwa odcinki :)
Oczywiście wszelkie osądy pozostawiam Wam i z góry przepraszam za ewentualne literówki, bo jest późno, a i klawiatura mi momentami niedomaga i zjada pojedyncze literki :*
Bardzo dziękuję za wszystkie miłe komentarze, bo ostatnimi czasy są jedną z niewielu przyczyn, z powodu których na mojej twarzy gości szczery uśmiech :* Cieszę się, że ze mną jesteście, czytacie, że Wam się podoba (chyba), że piszecie i dzielicie się ze mną swoją twórczością :)
Chciałabym nie musieć kazać Wam tyle czekać na kolejne odcinki, bo serce mi się kraja jak czytam, że nie możecie się doczekać, a ja siedzę przywalona lekcjami po sam czubek moich puchatych włosów i nie mam czasu napisać nawet kilku zdań :( Teraz na jakiś czas powinny mi się skończyć matury, więc postaram się jakoś to usprawnić. :) W tym tygodniu pisałam ostatnią, rozszerzony niemiecki - tak wiem, jestem dziwna, ale normalny rodzi się podobno każdy także.. :)
Cóż powyższe zdanie nieważne, mam nadzieję, że mimo wszystko znajdziecie coś fajnego, miłego i przyjemnego w powyższym rozdziale i do napisania niedługo :*
<3
Subskrybuj:
Posty (Atom)