Jak zwykł mawiać mój mądry, kochany dziadek: Kac morderca nie ma serca. Kiedy śmiał się tak ze mnie bezpodstawnie, uznawałam to za świetny żart, jednak teraz, kiedy były ku tej sentencji powody wiedziałam, że jest cholernie prawdziwa. Po prostu lepiej bym tego sama nie ujęła.
Miałam ochotę się nieco rozerwać, ale nie przypuszczałam, że następnego dnia będę umierać. O ile pobyt na tarasie w towarzystwie Nadine i świeżego powietrza działał na mnie kojąco, jazda taksówką była istną walką z moimi nieznośnymi wnętrznościami z żołądkiem na czele. Modliłam się w duchu, żeby nie trafić na jakieś cholerne, barcelońskie korki, w których spędzę dobrą godzinę, ponieważ mój obecny stan zdrowia niezbyt mi na to pozwalał. Przeczytałam wiadomość od Basha od razu, jednak nie dostał on ode mnie żadnej odpowiedzi. Wcale a wcale nie byłam ciekawa jakie tym razem przedstawienie odegrała jego matka, na biednych oczach mojego chrzestnego. Mimo to z chłodną koniecznością wymalowaną w ciemnych oczach, osadzonych na bladej twarzy, zmierzałam właśnie w stronę domu. Gdzieś w głębi czułam, że to, co tam zastanę, nie będzie niczym, co chociaż przypominałoby normalność. I tym razem również się nie zawiodłam.
W środku było zupełnie cicho. Spodziewałam się co prawda, że John już pewnie od dawna jest w pracy, ale w takim razie zupełnie nie rozumiałam, w jakim celu Bastian ściągał mnie w trybie natychmiastowym do pustego domu. Zirytowana ściągnęłam buty i ostrożnie wysunęłam głowę z przedpokoju. W takich przypadkach, ostrożności nigdy zbyt wiele. Kto wie, czy to nie jedynie cisza między jedną a drugą burzą, a ja nie miałam ochoty oberwać flakonem lub innym równie "przyjaznym" przedmiotem użytku codziennego. Zaledwie kilka kroków wystarczyło mi, Królowej Bystrości, żeby zorientować się, że nie jestem tutaj sama. Przy kuchennym blacie siedział John i wyglądał jak kupka nieszczęścia z burzą czarnych włosów. Głowę miał zwieszoną i nawet nie podniósł jej, żeby przekonać się, kto narusza jego świątynię samotności i rozpaczy. Pachniało depresją na kilometr. Właściwie to pachniało moim dawnym, dobrym przyjacielem Jack'iem Danielsem, ale on był swego rodzaju specjalistą w dziedzinie takiego samopoczucia. Gdzie on, tam i smęty w radiu, taka nastrojowa, niezrozumiała magia.
- Czemu mój ulubiony chrzestny jest taki zgaszony? - zagadnęłam go ostrożnie, opierając się o framugę drzwi. Usłyszałam głośne, umęczone życiem westchnięcie. Uniosłam oczy ku niebiosom i bez słowa usiadłam obok niego. Siedzieliśmy tak w ciszy, którą rozdzierała jedynie muzyka płynąca z wieży w salonie. Po 20 minutach, nie wytrzymałam i podjęłam kolejną próbę porozumienia. - Powiesz mi wreszcie o co poszło? Przysięgam, jeszcze 5 minut tych kocich jęków i palne sobie w łeb.. - jęknęłam zrezygnowana i zatkałam dłońmi uszy. Nic nie miałam do Celine Dion i reszty łzawych kawałków z wybitną owczą manierą, które John starannie zmiskował na jakiejś samobójczej składance, ale wiedziałam, że w niczym mu one nie pomogą, a tylko nasilą niezdrowy, melancholijny nastrój.
- Po prostu wzięła walizki i się wyniosła.. - wydukał w końcu. Chrzestny spojrzał na mnie mętnym wzrokiem przez ułamek sekundy, po czym znów wrócił do śledzenia grających w berka na dnie szklanki, ostatnich kropelek bursztynowego płynu. Powstrzymałam westchnięcie i starając się panować nad swoim tonem głosu, kontynuowałam.
- O co poszło? - zapytałam bez ogródek. Odpowiedzi brak. W sumie czego się spodziewałam? Że padnie mi w ramiona, rozpłacze się i powie o wszystkich swoich uczuciach, niczym amerykańska nastolatka na tych ambitnych filmach, które wszędzie nam wciskają? Chyba do końca zwariowałam. - "Gdzie ty do cholery jesteś?! Widzę cię w domu za pięć minut, za sześć zacznę wyrzucać wszystkie twoje graty przez okno. Zacznę od gitary. Całusy. Mel." - Dyskretnie wyciągnęłam z kieszonki telefon i drżącym od gniewu palcem, wystukałam sms do syna Caroline. Jeszcze godzinę temu, wielce zatroskany pisał do mnie o wsparcie, a teraz gdzie zniknął? Zostawił mnie samą problemem, jakże to męskie i rycerskie z jego strony. Jednak wiedziałam, że zaraz się tu pojawi. Nie z powodu troski, czy wyrzutów sumienia, a ze strachu o swoją ukochaną gitarę, ponieważ jak sądzę, zdawał sobie sprawę, że wcale nie żartowałam. Nastrój miałam naprawdę daleki od żartów.
- Wiesz, dużo krzyczała, wszystkiego nie pamiętam. - mężczyzna zaśmiał się gorzko, a ja aż podskoczyłam, nie spodziewając się zupełnie jakiegokolwiek odzewu z jego strony. Byłam wściekła. Wściekła na tą kretynkę, że tak grała na uczuciach Johna, odstawiając mu jakieś chore sceny i to w dodatku w jego domu, w którym jak sądzę zapomniała, że jest jedynie gościem. Wściekła byłam też na siebie, że wczoraj wyszłam, zamiast załatwić sprawę od razu i rozwiać jej wszelkie wątpliwości co do mojego mieszkania razem z wujem. Na Basha też byłam wkurzona, że nic nie zrobił, w końcu to jego matka i ma chyba na nią jako taki wpływ. Ogólnie byłam wściekła na cały świat.
- To przeze mnie? - zapytałam ponownie, znając już odpowiedź, a przewlekłe milczenie, tylko ją potwierdziło. - Rozumiem. John, jeśli chcesz i jest to dla ciebie i Caroline jakiś problem, to mogę się spakować i zmienić lokum. - zaproponowałam opanowanym głosem.
- Nie ma żadnego problemu! - trzepnął pięścią w stół tak nagle, że tym razem omal nie spadłam z krzesła, odskakując od blatu. Spojrzałam na niego przerażonym wzrokiem i byłam już pewna, że o to właśnie poszło. - Nigdzie nie będziesz się wynosić, Mel. To jest tak samo twój jak i mój dom i jeśli dobrowolnie nie będziesz chciała go opuścić, nigdy nie zamierzam cię wystawić z niego za drzwi. - wzruszające. Naprawdę.
- Carol chyba nie jest tego samego zdania? - padło kolejne pytanie na poziomie przedszkolaka. Jednak wiedziałam, że tym razem tylko takie muszę zadawać i obchodzić się z Johnem jak z tykającą bombą.
- Powiedzmy tak, Carol tym razem nie ma zbyt wiele do gadania. Nikt nie może rozkazać mi, żebym wybierał między kimś obcym a rodziną. - już dawno chyba chrzestny nie zaskoczył mnie taką miłą niespodzianką. Ucieszyły mnie jego słowa i to, że wreszcie zrozumiał, że nie można dać sobą manipulować. Przytuliłam się do niego, a on niezdarnie mnie objął. Dopóki siedziałam, prawie zapomniałam o rollercoasterze w mojej głowie, dlatego znalazłszy oparcie w ramionach Johna, nie zamierzałam tak szybko się z nich wyswobadzać.
- Rozstaniecie się..? - wyszeptałam cicho i poczułam jak mężczyzna wstrzymuje oddech. Teraz to już kompletnie brzmiałam jak dziecko. W tym samym momencie usłyszałam trzaśnięcie frontowych drzwi. Naszym oczom ukazał się Bastian z włosami rozwianymi we wszystkie strony świata, w ręku trzymał kask i patrzył równie niepewnym wzrokiem, jak ja godzinę temu. - Masz szczęście - zakomunikowałam mu bezgłośnym ruchem warg i odsunęłam się od Johna. - Co będzie teraz z Bashem? - zapytałam, patrząc uważnie w stronę chłopaka, mężczyzna również spojrzał w jego stronę.
- Nie było czasu, żeby o tym porozmawiać, ale jeśli chcesz możesz tu zostać, z tego co wiem, nie macie stałego mieszkania. - powiedział, a moje oczy rozszerzyły się do maksymalnej wielkości. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzało, ale odkąd mieszkam w Barcelonie mięśnie tej części mojej twarzy mają zapewniony regularny trening.
- Z przyjemnością, ale źle bym się czuł, niby czemu masz mnie przygarnąć? - chłopak był widocznie równie zaskoczony co ja, propozycją mojego wielkodusznego chrzestnego.
- Właśnie, John przecież to nie Caritas ani schronisko dla bezdomnych.. - próbowałam zażartować, ale obydwaj zgromili mnie spojrzeniem.- Okey, rozumiem, za wcześnie. - uniosłam ręce w obronnym geście i wycofałam się w stronę lodówki.
- Nie za darmo. - sprostował mężczyzna i momentalnie się wyprostował. Coś jakby załączył mu się tryb pracy. Diagnoza: nieuleczalny pracoholizm. Myślę, że powinnam pomyśleć o medycynie. - Co wieczór słuchałem przez ścianę jak brzdękasz na tej swojej gitarze. Może chciałbyś grać wieczorami u mnie w hotelu? - zaproponował, a ja mało nie zakrztusiłam się sokiem, który właśnie łapczywie pochłaniałam. John chyba naprawdę upadł na głowę, albo Carol podczas wczorajszej kłótni rzuciła w niego jakąś ciężką walizką. Zignorowali obaj moje próby walki o oddech i wpatrywali się w siebie niczym dwaj bohaterzy z westernu w samo południe. Nie żeby od razu chcieli się pozabijać, to raczej ich powaga zabijała wszelkie, wesołe stworzenie dookoła.
- Nie mogłem marzyć o lepszej propozycji. - odpowiedział w końcu syn Carol z szerokim uśmiechem na wąskich ustach i podszedł do właściciela hotelu, ściskając jego dłoń.
- Koniec tych czułości, bo czuje się ignorowana. - przerwałam i podeszłam bliżej. John zagarnął mnie ramieniem i uśmiechnął się pierwszy raz tego dnia.
- Nie ma tego złego, mam nadzieję, że twoja matka nie będzie miała nic przeciwko temu, że tu zostaniesz i będziesz dla mnie pracował. - powiedział, ściągając ledwie zauważalnie usta, jakby na samą myśl o Carol, coś wykrzywiało mu twarz.
- Jestem dorosły, to moja decyzja. - odpowiedział i popatrzył na mnie wzrokiem pod tytułem "co tu się przed chwilą stało". Posłałam mu nikły uśmiech i zwróciłam się do Johna.
- Nie przypuszczałam, że kiedyś ci to zaproponuje, ale może idź, popracuj, w sumie to cię relaksuje. - położyłam dłoń na ramieniu chrzestnego, a on podniósł się z miejsca i wziął szklankę w dłoń. - Jack zostaje. - wykazując się nadprzyrodzonym refleksem, zabrałam mu sprzed nosa butelkę i schowałam ją za plecami. Pokręcił głową z niedowierzaniem i wyszedł na taras, zgarniając po drodze teczki z dokumentami.
- Nie spodziewałem się takiego powitania. - z zamyślenia, w które wpadłam wyrwał mnie głos Basha. Niczym trzygłowy smok, natychmiastowo odwróciłam głowę w jego stronę, czułam jak automatycznie zamiast oczu powstają w tym miejscu małe szparki.
- Żarty sobie ze mnie robisz? - dźgnęłam go palcem w pierś, a on uniósł do góry brwi ze zdziwienia. - Nie wiedziałeś co zastaniesz, ale ściągnąłeś mnie tu, żebym sprawdziła teren, zanim łaskawie wrócisz. Mam ochotę rozwalić ci tą twoją gitarę na głowie! - warknęłam mijając go i wspinając się po schodach.
- Nie lubisz jak gram? - zapytał, doganiając mnie, a ja przewróciłam oczami. Słyszałam to rzępolenie codziennie przed snem i z ciężkim sercem musiałam przyznać, że miał talent.
- Jeśli przez ciebie ogłuchnę, to do końca życia się nie wypłacisz na moje odszkodowanie. - odpowiedziałam jedynie i zatrzymałam się przed drzwiami. Nie miałam zamiaru mówić mu o moich, prawdziwych odczuciach dotyczących jego muzyki, ponieważ było więcej niż pewne, że wpadnie w samozachwyt i stanie się absolutnie nie do zniesienia. Jeden narcyz w zupełności wystarczył. Narcyz, który jeszcze się nie odezwał.
- W takim razie nic tu po mnie, idę na randkę z Clarissą. - usłyszałam głos, który ściągnął mnie z powrotem na ziemię.
- Kto to jest Clarissa? - zapytałam nieprzytomnie i zaplotłam dłonie na piersi, a chłopak wybuchnął głośnym śmiechem. Spojrzałam na niego jak na niezrównoważonego psychicznie, którym chyba był i czekałam aż wyjaśni, co go tak bardzo rozbawiło.Nie dane mi było jednak tego doświadczyć, bo zniknął za drzwiami swojego pokoju, nadal zanosząc się śmiechem jak wariat. Po chwili otworzył drzwi z gitarą w dłoni.
- Nie musisz być taka zazdrosna, przedstawiam ci Clary. - mrugnął do mnie okiem, a we mnie aż się zagotowało.
- Zazdrosna? O ciebie? Chyba od tego kasku resztki szarych komórek ci się przegrzały. - odpowiedziałam mu i wsunęłam ciało do swojego pokoju. Co za bezczelny typ! Jak mógł w ogóle sugerować coś tak niedorzecznego? Jednak ja, Mel Henderson, nie zamierzałam dać się sprowokować takiemu żółtodziobowi w dziedzinie sarkazmu. Tym bardziej, że sytuacja wskazywała na to, że tak łatwo się go z domu nie pozbędę.
*****
- Ostatnio masz same głupie pomysły! Myślałam, że to ja jestem wystrzelona na inną orbitę, ale poznałam ciebie i nagle jestem ostoją normalności. Nie podoba mi się to, wariatko! - Nadine znowu na mnie krzyczała, tym panicznym, piskliwym głosem, który nawet trzylatka by nie przestraszył.
- Myślałam, że wiesz w co się pakujesz, stając się "mi pettite" przyjaciółką.. - odpowiedziałam beznamiętnie, zmierzając w stronę Camp Nou z torbą treningową przewieszoną przez ramię i z niebieskowłosą, uwieszoną na mojej drugiej kończynie. Ona również ściskała torbę ze strojem.
- Wydawało mi się, że jesteś normalniejsza. - odburknęła, niechętnie powłócząc nogami. Mimo "gorącej pory" w świecie piłki nożnej, Luis Enrique, po długich i mozolnych błaganiach, zgodził się, żebyśmy mogły dzisiaj dołączyć do chłopaków. Nadine nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, ile czasu zajęło mi urabianie trenera, żeby pozwolił nam się tam pojawić, nie mogłam zmarnować tej szansy na porządny trening. Czemu wlokłam ją tam ze sobą? Z bardzo prostej przyczyny o nazwisku Samper.
- Wydawało mi się, że jesteś odważniejsza. - zripostowałam i pchnęłam drzwi frontowe, wchodząc pewnym krokiem do środka. Po moich słowach dziewczyna widocznie się nabzdyczyła, wyprostowała i przybrała pozę bojową. W rzeczywistości wyglądała jak przestraszona surykatka, ale już nie odezwałam się na ten temat ani słowem. W końcu leżącego się nie kopie.
Po drodze nie spotkałyśmy ani jednej znajomej twarzy, co było lekko przytłaczające w takim tłumie ludzi, jednak dzielnie przecisnęłyśmy się do wydzielonych miejsc na szatnie. W pierwszej chwili przez myśl przemknął mi szatański pomysł, żeby ze śmiertelną powagą powiedzieć Nad, że jest tylko jedna szatnia, razem z chłopakami. Jednak patrząc na jej aktualny stan psychiczny, stwierdziłam, że nie mogę jej tego zrobić. Gdybym się odważyła sądzę, że nie musiałabym czekać do śmierci, żeby smażyć się w piekle na wolnym ogniu, bo natychmiast zakończyłabym żywot samozapłonem. Bez większych wyjaśnień pociągnęłam ją w stronę dobrze znanych mi drzwi, które z hukiem za nami zamknęłam. Spojrzałam na zegarek. - Okey mamy 10 minut do rozpoczęcia treningu i około dodatkowe pól minuty zanim Enrique dostanie piany, także pełen spokój. - roześmiałam się i zaczęłam wyjmować z torby korki, podczas gdy moja przyjaciółka siedziała jak w transie na jednej z ławek. Rzuciłam w nią ręcznikiem, żeby się obudziła, jednak puchaty materiał wylądował bez odzewu na jej twarzy. - Następnym razem to może być piłka, radzę ci się obudzić Nad. - odwróciłam się plecami i zaczęłam przebierać, a ona poszła w moje ślady. Naprawdę jej ostatnio nie poznawałam. Po tym, jak pierwszy raz pojawiła się na tym stadionie, totalnie się zmieniła. Nadal miałam jednak nadzieję, że to tylko przejściowe i już niedługo wróci ta sama, szalona kupka nieszczęścia, z którą zaprzyjaźniłam się jakiś czas temu.
- Jak wyglądam? - zapytała, a ja zmierzyłam ją wzrokiem.
- Jak profesjonalny piłkarz. - odpowiedziałam z uśmiechem, a ona spojrzała na mnie wzrokiem małego, niebieskiego oposa.
- Sugerujesz, że mam krzywe nogi? - zaczęła w popłochu oglądać swoje kolana, a ja podeszłam do niej i poklepałam ją po plecach, żeby się wyprostowała. Kiedy to zrobiła, z chirurgiczną precyzją i saperskim wyczuciem kopnęłam ją w kolano, które automatycznie się zgięło.
- Teraz są krzywe. - zaśmiałam się i ruszyłam w stronę drzwi. Mówiłam już? Mam problemy z okazywaniem uczuć.
*****
Zgodnie z przewidywaniami, Luis fukał i zapowietrzał się z częstotliwością co 5 sekund, kiedy spóźnione wmaszerowałyśmy na trening. Stwierdzając, że rozkładamy mu cały plan treningowy, cisnął podkładką o murawę i poszedł napić się kawy. Przy takiej ilości stresu sugerowałabym mu raczej melisę, kubek, dwa, ewentualnie wiadro, ale to jego życie.
- Cześć piękna. - poczułam ciepły oddech na karku i momentalnie się odwróciłam.
- Cześć przystojniaku! - bez zastanowienia rzuciłam się Brazylijczykowi na szyję, zasypując go przy tym bliżej nieokreśloną masą, odwzajemnionej z resztą, czułości.
- Nie przy ludziach. - niezwykle romantyczną chwilę przerwał nam jęk pozostałych, a chłopak w odpowiedzi jedynie wesoło się roześmiał.
- Mogę to korzystam. - wyszczerzył białe zęby w uśmiechu, a ja nie przedłużając, zabrałam mu spod nogi piłkę i pobiegłam z nią na środek boiska.
- Plotki później, teraz czas na grę panowie! - zawołałam z uśmiechem. Wreszcie czułam się cudownie, jakbym odnalazła coś, co dawno temu straciłam. Miękkość trawy pod stopami, akustyka stadionu, tysiące, pustych teraz, krzesełek, niepowtarzalna atmosfera. To właśnie tutaj działy się cuda. Zwycięstwa, porażki, pot, łzy radości, smutku. Stojąc w tym miejscu czułam, że mogę wszystko. Latanie też nie stanowiło problemu, ponieważ i tak duchem lewitowałam nad idealnie przyciętą trawą, żeby nie zbeszcześcić jej przypadkiem moją marną, ziemską powłoką. Po wysączeniu wystarczającej ilości brązowego płynu, na boisko wrócił trener i zarządził taśmowe strzały na bramkę. Wszyscy zmęczeni jak konie po westernie, posłusznie wykonali polecenie. Ja też ustawiłam się dzielnie w kolejce i szukałam wzrokiem Nadine. Namierzyłam ją dopiero w okolicach bramki, gdzie gadała z ter Stegenem i zaczęłam machać w jej stronę, żeby uciekła stamtąd póki nie zauważy jej Luis.
- Świetnie! Jedna niech spróbuje bronić. Tylko delikatnie chłopcy, żeby jej krzywdy nie zrobić! - moje wysiłki poszły na marne, ponieważ Nad została już namierzona i zestrzelona przez Luisa per Sokole Oko. Chciałam jej tego oszczędzić, ale kolejny raz się nie udało. W miarę jak przesuwała się kolejka, myślałam ile jeszcze minie dni, godzin, a może minut zanim moja przyjaciółka mnie do końca znienawidzi.
Każdy oddał po kilka mocnych strzałów kiedy bronił Marc i trener wyglądał na zadowolonego. Pod koniec, kiedy cała drużyna była już totalnie zmęczona, bramkarz wciągnął do obrony Nad. Byłam z niej dumna, obroniła kilka naprawdę dobrych strzałów, ale później stało się "to". Widziałam tylko jak piłka leci prosto w jej głowę. Nawet, prawie dwumetrowy, Stegen, który rzucił się, żeby obronić ją przed uderzeniem, nie zdążył doskoczyć do piłki. Nadine upadła na murawę powalona strzałem, "ukochanego" Sergiego, który wyglądał jakby ktoś poraził go prądem.
- Zabił mnie! - zawyła Nad, trzymając się za głowę. Bramkarz podniósł dziewczynę i zanim Samper zdążył wykonać jakikolwiek ruch, już niósł ją w stronę trybun, gdzie siedzieli medycy.
- Zabawna ta twoja Nadine. - powiedział Neymar, a mi jedynie drgnęła powieka w nerwowym tiku. Jeszcze przed chwilą zastanawiałam się kiedy mnie znienawidzi? Czułam w kościach, że chyba nastąpi to szybciej niż myślę.
*****
Przez ostatnie kilka dni odnosiłam wrażenie, że jestem jak jakaś jednostka interwencyjna. Mel to, Mel tamto, wynieś, przynieś, pozamiataj, skoś trawnik, zdejmij kota z drzewa, umyj odrzutowiec i zamieć pustynię. Ten dzień nie różnił się niczym od innych.
- "Przyjedź do hotelu, ktoś musi chyba ogarnąć Johna" - dostałam sms-a od Leo. Zdziwiłam się najpierw widząc nadawcę, a następnie treść, ponieważ totalnie mi to do siebie nie pasowało. Nie zadając żadnych pytań, wsiadłam w taksówkę i po pół godzinie wysiadłam pod hotelem. Słońce prażyło tak nieznośnie, że wydawało mi się, że zaczynam się roztapiać z każdą sekundą zanim weszłam do klimatyzowanego lobby. Na miękkich fotelach w kącie siedzieli Neymar i Messi, co zauważyłam po nastroszonych włosach Brazylijczyka. Podeszłam do nich zaciekawiona i zaniepokojona nagłą wiadomością. Przywitałam się z Leo, po czym podeszłam do Neya i złożyłam na jego ustach długi, czuły pocałunek. Usadził mnie sobie na kolanach i objął mnie w pasie, a ja na moment zapomniałam, że przyszłam tu w konkretnym celu.
- Co nie tak z Johnem? - zapytałam Argentyńczyka, patrząc na niego uważnie, a on skrzywił się lekko i skinął głową w stronę recepcji.
- Sama zobacz. - powiedział ostrożnie, prowadząc mnie wzrokiem. Spodziewając się co mogę tam zobaczyć i jednocześnie prosząc, żeby nie mieć racji, odwróciłam głowę we wskazanym kierunku. Tym razem moje błagania nie zostały wysłuchane. Osobiście uważam, że proszę o tyle, że już po prostu tam na górze mają mnie dość, coś na wzór tabliczki "Tej pani już nie obsługujemy".
Nonszalancko oparty o blat recepcji stał mój chrzestny, rzekomy poważny właściciel hotelu i flirtował z jakąś dwudziestoparoletnią młódką, która nie wyglądała na najjaśniejszą gwiazdę na niebie. Ciągle chichotała, wyglądając jakby predator próbował z niej właśnie uciec i owijała sobie wokół palców kosmyki blond włosów, co stanowiło poważne zagrożenie dla oczu przechodzących obok gości. Patrzyłam jak chrzestny zaprasza tą sztuczną pannę do restauracji mimo, że powinien wskazać jej raczej drogę powrotną do kliniki chirurgii plastycznej.
- Która to w tym tygodniu? - usłyszałam cichy głos Neymara za plecami.
- A co dzisiaj mamy? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie i zerknęłam na piłkarza kątem oka.
- Czwartek.
- To czwarta. - odpowiedziałam beznamiętnie, jednak w środku mnie wszystko krzyczało. Odkąd Carol się wyprowadziła, tak właśnie John odreagowywał ich kłótnię. Codziennie inna, równie głupia i pusta panna. Powoli zaczynałam mieć tego serdecznie dość i nawet zaczęłam się zastanawiać, czy matka Basha nie była mniejszym złem. Poczułam silniejszy nacisk ramion Brazylijczyka, które z troską owinęły się teraz również wokół moich ramion. Byłam mu wdzięczna za takie zwykłe, ludzkie wsparcie. Leo też, nawet za to, że siedział i milczał. Milczał razem ze mną, bo co lepszego można było zrobić?
I kolejny skończony! :D
Taki skromny prezent Wam zrobiłam w swoje urodziny :) Mam nadzieję, że chociaż udany :*
Jakoś mało Neymara tu wychodzi, ale w sumie nie wiem czy Wam to jakoś bardzo przeszkadza. Jak przeszkadza to proszę mówić, upominać się, składać zamówienia :D
Godzina nawet przyzwoita, szczególnie patrząc na to, że dopiero za pół godziny zaczyna się mecz Brazylia - Kolumbia. Nie wiem czy ktoś pokusi się o oglądanie, ale ja sądzę, że mnie za drzwi wystawią jak im włączę telewizor o tej godzinie i będę przeżywać jak to grają i jaki sędzia jest ślepy bądź zbyt dokładny. No nic zawsze pod górkę :)
Mam nadzieję że do napisania jeszcze w czerwcu <3
<3
czwartek, 18 czerwca 2015
poniedziałek, 1 czerwca 2015
31. Wreszcie cię mam i uwierz, że nie wypuszczę cię z moich objęć już nigdy. Choćby świat miał spłonąć tu i teraz.
Szykowanie się kiedykolwiek i gdziekolwiek w moim wykonaniu nie było zbyt spektakularne i tak też było tym razem. "I tak nikt jutro nic nie będzie pamiętać."- z takiego właśnie założenia wychodziłam.
Wciągnęłam na siebie zwiewną białą sukienkę przed kolano, przyozdobioną czarnymi grochami. Włosy podpięłam po bokach, żeby niesforne kosmyki nie pchały mi się, nieproszone do oczu, a same oczy obrysowałam czarnym eyelinerem.
- El perfecto. - uśmiechnęłam się do swojego odbicia, zakładając pozłacane kolczyki w kształcie okręgów. Zamknęłam pokój i widząc, że u Bastiana świeci się światło, podeszłam do drzwi i oparłam się o framugę, kilka razy w nią stukając. Siedział po turecku, oparty o ścianę z gitarą na kolanach. Był ewidentnie w swoim świecie i zarejestrował moją obecność dopiero kiedy ostentacyjnie odchrząknęłam. Podniósł na mnie spłoszony wzrok błękitnych oczu, wyłaniających się spod brązowej grzywy, a ja posłałam mu nikły uśmiech.
- Przyszłaś się zaprezentować? - uśmiechnął się po kociemu i zlustrował mnie od góry do dołu. Wywróciłam młynka oczami.
- Nieeee.. - odpowiedziałam przeciągle - Przyszłam tylko powiedzieć, że wychodzę, a jak się dowiem, że podczas mojej nieobecności byłeś w moim pokoju to wiem gdzie cię znaleźć. - dodałam z uśmiechem. Musiałam przyznać, że niechęć jaką darzyłam tego gościa na początku, od pewnego czasu po prostu wyparowała. Czego nie mogłam powiedzieć o jego matce. Polubiłam mieszkanie z Bashem, ponieważ dzięki niemu, dom nie wydawał mi się tak pusty. Wcześniej, kiedy John pracował, zazwyczaj siedziałam sama i oglądałam telewizję, teraz zawsze był jeszcze ktoś, z kim od biedy można było spędzić trochę czasu lub wymienić się uroczymi złośliwościami. Sama nie wiem, co mnie przekonało, ale postrzegałam jego osobę jako jedyny plus związku mojego chrzestnego z Carol. To trochę tak, jakbym nagle zyskała starszego brata, a jak wiadomo dwoje nastolatków w domu to najlepsza recepta na pozbycie się z domu nudy i spokoju.
- Grozisz mi? - uśmiechnął się szerzej, a ja odgarnęłam włosy z ramienia.
- Ja tylko uprzedzam, a co z tym zrobisz to już twoja decyzja, twoje kredki i twój blok rysunkowy. - odparłam poprawiając sukienkę.
- Blok rysunkowy? - roześmiał się po moich słowach. Zerknęłam przelotnie na zegar, który naglił do wyjścia.
- Jest piątek wieczór, zaszalej, może być nawet techniczny. - wyszczerzyłam zęby w uśmiechu i zniknęłam za drzwiami.
- Baw się dobrze wariatko i nie dzwoń, bo jak mnie obudzisz to też wiem, gdzie cię znaleźć! - usłyszałam jeszcze głos Basha i uśmiechnęłam się pod nosem. Gdzieś w środku cieszyło mnie to, że potrafię się z nim dogadać, znaleźć wspólny język. Życie pod jednym dachem, traktując się nawzajem jak śmiertelni wrogowie, mogłoby być jednak na dłuższą metę nieco uciążliwe.
Szłam korytarzem w naprawdę dobrym nastroju, czekała mnie w końcu zupełnie beztroska noc w gronie przyjaciół. Zatrzymałam się przed sypialnią Johna, ponieważ chciałam poinformować go o tym, że wychodzę. Mój wiek wiekiem, ale mieszkałam pod jego dachem i uznawałam za stosowne, żeby wiedział gdzie jestem. Podniosłam dłoń z zamiarem rytmicznego uderzenia kostkami palców o drewno, jednak zamarłam, słysząc przyciszony głos Carol. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam.
- Johny, ona ma już 18 lat, naprawdę musi tu mieszkać..? - to pytanie niemal zwaliło mnie z nóg. Niepojęte dla mnie było, skąd ta kobieta miała w sobie tyle tupetu. Jednak samo pytanie nie było najgorsze. Złem samym w sobie była cisza, która po nim zapanowała. Nie usłyszałam nawet szeptu sprzeciwu ze strony chrzestnego. Nic w stylu: "Absolutnie! Mel to moja chrześnica i nie wystawię jej za drzwi". Pełne, niepojęte i nieograniczone NIC. Zirytowana do granic możliwości ruszyłam w dół schodami, czując niemal jak stopnie stają w płomieniach pod wpływem mojego dotyku. Jak ona mogła coś takiego powiedzieć? I jak John mógł pozwolić jej na taką zuchwałość? Byłam zniesmaczona i rozczarowana tym, czego przed chwilą byłam świadkiem. Nie oglądając się za siebie ani razu, wyszłam z domu trzaskając frontowymi drzwiami tak mocno, że oprócz Johna, Caroline i Bastiana, słyszeli mnie z pewnością wszyscy, okoliczni sąsiedzi.
*****
- Nienawidzę cię. Kurna, jak ja cię nienawidzę. - Nadine powtarzała te słowa jak mantrę, odkąd tylko wsiadłam z nią do taksówki. Teraz stała przed wjazdem do domu Brazylijczyka i zaciągała się papierosowym dymem tak mocno, że bałam się, że się udusi.
- Ohh daj spokój, Nad.. Powiesz do mnie dzisiaj coś innego? - zapytałam beznamiętnie, obracając zapalniczkę w dłoniach. Coraz więcej osób zjeżdżało się pod dom Neymara podczas gdy my ukrywałyśmy się w krzakach pod jego domem. - Chodź, bo wyglądamy jak psychofanki tego egocentryka. - rzuciłam i pociągnęłam ją w stronę podjazdu, nie pozwalając tym samym dokończyć jej rakotwórczej uczty.
- Szkodzisz środowisku. - burknęła, powłócząc nogami, czym skutecznie opóźniała nasze dotarcie pod drzwi barcelońskiej '11'.
- Jakoś to przeżyję.. - wywróciłam młynka oczami, nadal uparcie ciągnąc przyjaciółkę w stronę drzwi. Nie mogłam zrozumieć, czemu była taka uparta. Przecież gołym okiem było widać, że Sergi jej się podoba. Owszem, zaliczyła hollywoodzką wpadkę, ale chłopak wcale nie sprawiał wrażenia, jakby zamierzał jej to wypominać do końca jej marnego żywota. Wręcz przeciwnie. Więc czemu, na litość boską, Nadine Martinez tego nie dostrzegała?!
- Melisa! - usłyszałam wołanie, jednak pośród tłumu ludzi nie byłam w stanie zlokalizować skąd ono dochodziło. Obkręciłam się wokół własnej osi, jednocześnie pilnując niebieskowłosej, żeby nigdzie, niepostrzeżenie nie uciekła. - Nareszcie! - czyjaś niedźwiedzia dłoń opadła na moje ramię, a ja w pełnej gotowości do ataku, odwróciłam się w stronę potencjalnego napastnika.
- Cholera, Gerard! O mały włos i bym cię uszkodziła. - powiedziałam, kiedy moim oczom ukazał się lekko zadyszany piłkarz.
- Tu jest tak gęsto, że przedarcie się gdziekolwiek graniczy z cudem. Czy on zaprosił połowę Barcelony?! - usprawiedliwił się, wyrównując powoli urywany oddech. W odpowiedzi jedynie wzruszyłam ramionami i wspięłam się na palce, żeby zbadać jaka odległość dzieli nas od wejścia. Czułam się jak na jakiejś darmowej imprezie w klubie, gdzie wszyscy usiłowali wejść metodą tratowania innych. Istna dżungla, jaka zapanowała przed domem piłkarza, została okiełznana dopiero przez dźwięk otwieranych drzwi. Patrzyłam wokoło i nie dowierzałam po pierwsze, że Ney zna tych wszystkich ludzi, a po drugie, że oni wszyscy się tam zmieszczą. Mimo dobrych chęci, to nie był mój problem, byłam zwykłym gościem, do którego obowiązków należała dobra zabawa, a nie pilnowanie pijanego bydła. Kiedy wreszcie udało nam się wlać do środka, odetchnęłam z ulgą, łapiąc wreszcie w płuca powietrze. Wlaliśmy się, jest najlepszym określeniem na naszą teleportację do domu Neymara, ponieważ ilość ludzi na zewnątrz nie pozwalała na samodzielne kroki. Tłum niósł cię przed siebie, a twoim zadaniem było jedynie pilnowanie względnej równowagi, zupełnie jak na koncercie heavy metalowym. Rozglądaliśmy się jak trzy przestraszone, zdezorientowane owieczki, pośród wielkiego stada baranów, kiedy ktoś wciągnął nas na schody.
- Rafaela! - krzyknęłam uradowana widokiem dziewczyny i już po chwili obydwie serdecznie się witałyśmy. Przedstawiłam jej Nadine, która z normalną dla siebie rezerwą, podała jej dłoń.
- Tak pomyślałam, że was ocalę od rychłej śmierci, zanim zostaniecie zagnieceni. - zaśmiała się ukazując rzędy perłowych, prostych zębów. Miała rację, jeszcze chwila i utonęlibyśmy w gromadzie uczestników imprezy.
- Czy twój brat oszalał?! - zapytał Hiszpan bez zbędnego wstępu. Nie protestowałam, ponieważ to samo pytanie kołatało mi się w głowie od jakiś dobrych 15 minut.
- Powiedzmy, że jak coś robi to z rozmachem. - dziewczyna zaśmiała się serdecznie i wskazała nam długi korytarz na górze, którym ostatnio samotnie wędrowałam. Na dole rozbrzmiała już głośna muzyka i pozostało nam jedynie posługiwanie się gestykulacją.
- Witam w imprezowym raju! - usłyszeliśmy głos Brazylijczyka i wszyscy, jak na komendę unieśliśmy do góry brwi.
- Chłopie, ty chcesz ochrzcić ten dom, czy się go pozbyć? - Pique ze śmiechem uściskał kumpla i podszedł do barierki, żeby z góry móc wypatrywać znajomych mu twarzy.
- Góra jest tylko dla uprzywilejowanych także jakoś przeżyjemy. - odpowiedział chłopak, witając się z Nadine. A ja? Ja przycupnęłam sobie pod ścianą, jak mała, szara myszka i czekałam aż cała reszta się ulotni i będę mogła mieć uwagę piłkarza tylko dla siebie. Obserwowałam jego ruchy, uśmiech, usta, oczy, sama wyznaczając sobie niewidzialną barierę, która powstrzymywała mnie od natychmiastowego rzucenia się mu na szyję. Wiedziałam jedno, im dłużej torturowałam się brakiem jego bliskości, tym bardziej jej pragnęłam. Dziwne, palące, a jednak naturalne u zakochanej osoby uczucie. Zakochanej? W tej egocentrycznej, celebryckiej porażce, noszącej bezczelny, a jednocześnie najbardziej na świecie uroczy, uśmiech? Tak, chyba tak. Mel Henderson pierwszy raz czuła tak wyraźnie wszystkie kotłujące się w niej emocje.
Z dalszej, dziwacznej udręki wybawił mnie w końcu głos Pique.
- Chyba widzę Bartrę i Leo! - krzyknął uradowany i odskoczył od barierki jak poparzony. Spojrzał na całe towarzystwo z szerokim uśmiechem na twarzy, ale widocznie napotkał moje znaczące spojrzenie, ponieważ złapał siostrę Neya i Nad, po czym pociągnął je na dół w wesołej euforii.
- Nie cieszysz się na mój widok? -usłyszałam szept obok swojego ucha, dosłownie sekundę po tym, jak tamta zgraja wariatów zniknęła na schodach.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak się cieszę. - uniosłam kąciki malinowych ust, zadzierając głowę do góry i odważnie patrząc chłopakowi w oczy. Widocznie potraktował to jako zaproszenie, bo chwilę później jego wargi czule przytulały moje. W całej tej otaczającej nas ciemności czułam się wspaniale, jak gdyby cały świat nagle zniknął. Byliśmy tylko my i przyjemna czerń wokół.
- Wreszcie cię mam i uwierz, że nie wypuszczę cię z moich objęć już nigdy. Choćby świat miał spłonąć tu i teraz.
*****
Następnego dnia, z samego rana o 11, obudziły mnie dziwne odgłosy dobiegające z niebezpiecznie bliskiej odległości. Otworzyłam ociężałe powieki, czując pod nimi 5 kilo piasku i z trudem rozejrzałam się po pomieszczeniu, starając się rozpoznać to miejsce. Przegięłam pierwszy raz od dawna. W sumie, wczoraj wszyscy przegięliśmy. Alkohol lał się strumieniami i było go całe morze, chociaż mogłabym pokusić się nawet o porównanie do oceanu. Myślę, że Atlantyk by się zawstydził. Czułam się połamana w miejscach, w których nawet nie wiedziałam, że mam kości. Kiedy po heroicznej walce Mel kontra jej ludzka powłoka, wreszcie podniosłam się na łokcie, wyrywając sobie przy tym chyba połowę włosów, zobaczyłam powód przez, który tak właśnie wyglądał mój stan medyczny. Generalnie powodów było więcej niż jeden i nawet miały imiona. Pierwszy o imieniu Neymar leżał rozwalony obok mnie, wbijając mi łokieć w żebra, kolejnym był Xavi, który niefortunnie położył się na, wspomnianych już wcześniej przeze mnie, moich włosach, a całą tą piramidę szczęścia wieńczył prawie dwumetrowy Gerard, który spał leżąc w poprzek na nogach moich i Brazylijczyka. Nawet nie chciałam myśleć o tym, przez ile nie będę w stanie na nie stanąć i czy w ogóle kiedyś mi się jeszcze to uda. Biorąc pod uwagę gabaryty piłkarza i czas przez jaki je przygniatał, w grę wchodziła tylko amputacja. Au revoir moje biedne nogi! Już się więcej nie zobaczymy.
A zaspokajając waszą ciekawość, odgłosem, który mnie obudził, okazało się być piskliwe chrapanie Andrés'a Iniesty. Nigdy jeszcze nie słyszałam podobnego dźwięku, jednak nie musiałam nawet wstawać, żeby widzieć, że wydaje go nic innego, jak tylko jego nos. Rzeczywiście wspominał ostatnio o tym, że mocno oberwał podczas meczu z PSG, ale wszystko szybko mu poskładali, ludzie z magicznymi rękoma, jak zwykłam nazywać stadionowych medyków. Jak widać nie wszystko wróciło na swoje miejsce, a piłkarzowi i jego żonie zapewne zostanie piękna, piszcząca niczym czajnik z gotującą się wodą, pamiątka.
Z trudem wygramoliłam nogi spod barcelońskiego obrońcy i spuściłam bose stopy na zimną podłogę. Przez chwilę dała im ukojenie, ale wiedziałam, że to początek męki. Chwile po tym poczułam silne mrowienie, które z każdą sekundą robiło się wręcz nie do zniesienia. Zupełnie jakby tysiące małych, wściekłych mrówek biegało w glanach po moich nogach, kąsając przy okazji każdy ich skrawek. Nawet nie próbowałam się podnieść, ponieważ wiedziałam, że raczej moja pionowa pozycja długo się nie utrzyma. Krzywiąc się z bólu, delikatnie rozmasowałam kończyny, które na szczęście po kilku, dłużących się w nieskończoność minutach, wróciły do normalnego stanu. Kiedy wreszcie na nich stanęłam, poczułam ulgę, że nie doznały żadnego, trwałego uszczerbku. Moja radość nie trwała jednak długo, ponieważ dwa kroki później, leżałam jak długa na podłodze, robiąc przy tym tyle hałasu, że obudziłam chyba połowę domu. Z wściekłością wypisaną na twarzy, obróciłam głowę ku felernej przeszkodzie, którą okazał się Messi. Nie wiedziałam czy zacząć się śmiać, czy zdzielić go, najlepiej pięścią, za to, że stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia niewinnych istot, takich jak ja. Jednak widząc jak łapczywie obejmuje poduszkę i jedynie przewraca się na drugi bok, wybrałam, z całej dobroci mego serca, pierwszą opcję. Cóż, piłkarzom FC Barcelony trzeba było przyznać, że oprócz znakomitych umiejętności i techniki gry w piłkę, posiadali również nieopisany urok osobisty, który już zapewne nieraz ratował im skórę.
Zebrałam swoje zwłoki z podłogi i ruszyłam ostrożnym krokiem do łazienki na piętrze. Nie ukrywam, że trochę bałam się tego, co tam zastanę, ale mimo wszystko postanowiłam zaryzykować. Po wejściu stwierdziłam, że nie było tak źle. Było czysto i normalnie, nie wliczając rudowłosej dziewczyny, która smacznie spała w wielkiej wannie. Obmyłam twarz, dając jej upragnione orzeźwienie. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i zobaczyłam po drugiej stronie zmarnowaną, bladą dziewczynę z ogromnymi workami pod brązowymi oczami. Wyglądałam i czułam się jakby dzisiejszej nocy przepuścili mnie kilka razy przez maszynkę do mięsa.
- Nie powinnaś była tyle pić. Mała, głupia Mel. - wyszeptałam, dźgając palcem swoje odbicie w tafli szkła na ścianie. Bywałam wcześniej pijana, ale nigdy nie urwał mi się film. To był pierwszy raz, a ja czułam się jak w Kac Vegas. Nie łudziłam się, że któryś z piłkarzy pamięta więcej, więc przestałam zawracać sobie tym głowę. Postanowiłam poszukać Nadine, której nie widziałam w załadowanym po brzegi pokoju Brazylijczyka. Mocno trzymając się poręczy zeszłam na dół, tym razem uważnie patrząc pod nogi. Dochodziła 12, a ja wcale nie miałam ochoty nawet myśleć o powrocie do domu. Nie, kiedy Carol nadal tam jest. Nagle przypomniały mi się wszystkie gorzkie słowa, które wypowiedziała w ciągu ostatnich dni i te ostatnie, najgorsze, skwitowane okropnym milczeniem mojego chrzestnego. Mdliło mnie na samą myśl o powrocie i nie byłam przekonana czy to tylko konsekwencja wczorajszego upojenia alkoholowego. Nie chciałam wracać do domu, w którym nie jestem mile widziana. Mam w końcu swoje zasady, które wyraźnie mówią, że nigdy nie zamierzam być na niczyjej łasce. Jeśli Caroline myśli, że jest bardzo wspaniałomyślna, że mnie toleruje w moim własnym domu, to się grubo myli. Nie wiem kim jest i co sobie wyobraża ta kobieta, ale wiem jedno, ma tupet tam, gdzie powinna mieć klasę, a ja nie zamierzam dawać jej satysfakcji. Nigdy. Nie prosiłam Johna o dom, nie prosiłam o to, żeby mnie przygarnął, a on nigdy nie dał mi odczuć, że powinnam mu się jakkolwiek odwdzięczyć. Pomagałam mu z własnej, nieprzymuszonej żadną moralną krucjatą, woli. Idąc tym tropem nie mogłam pozwolić sobie na to, żeby teraz obce babsko próbowało mi wmówić, że jestem intruzem, pasożytem żerującym na dostatnim życiu Johna. Jeśli kogoś miałabym określić tym mianem, to z pewnością ona wpasowywała się w definicję doskonalę. Przez jeden, króciutki moment byłam nawet przekonana, że jeśli otworzę słownik, to pod definicją słowa pijawka, znajdę uroczą podobiznę Carol. Jednak nie zadałam sobie trudu, żeby to sprawdzić. Miałam ważniejszą misję do wypełnienia.
Wczorajszy wieczór zmusił biedną Nad do towarzystwa chłopaka, którego do tej pory unikała jak ognia. Po tym, co się stało przy ich ostatnim spotkaniu, wcale się jej nie dziwię. Może jestem złą przyjaciółką, ponieważ nie poklepałam jej po plecach i nie pozwoliłam zamieszkać na zawsze pod swoim łóżkiem, ale osobiście uważam, że problemom należy stawiać czoło. Nie wolno nam się ich bać, ponieważ to tylko od nas zależy czy znikną. Strach nie może nas paraliżować, bo to on czyni nas słabymi, wycofanymi i zupełnie niewierzącymi w swoje możliwości. Nauczyłam się tego aż za dobrze, a teraz chciałam przekazać moją tajemną, mysią wiedzę Nadine.
Nie szukałam jej długo. Stała na tarasie i paliła papierosa przy barierce. Na znak pokojowych zamiarów również poczęstowałam się jednym i stałyśmy tak chwilę w milczeniu, rozkoszując się dymem wypuszczanym powoli z ust. Czułam niemal jak nikotynowe opary tworzą pomiędzy nami jakąś niezrozumiałą nić zaufania i porozumienia. Może to brzmi tandetnie w teorii, ale w praktyce działa lepiej niż niejeden rekomendowany sprzęt.
- Kiepsko wyglądasz. - odezwała się wreszcie niebieska, a ja przeniosłam na nią swoje, lekko nieprzytomne spojrzenie. Nie musiałam się zastanawiać nad jej słowami, po prostu wiedziałam, że ma rację.
- Ciężko zaprzeczyć. - odpowiedziałam leniwie strzepując popiół z końcówki papierosa. - Za to ty wyglądasz na w miarę trzeźwą. Gdzie się chowałaś całą noc, że udało ci się zachować ten stan? - zapytałam, posyłając w jej stronę delikatny uśmiech, który miał zachęcić ją do monologu. Zamiast jak zwykle szybkiej i trafnej odpowiedzi, zobaczyłam jedynie czereśniowy rumieniec wpełzający na twarz mojej przyjaciółki. Czułam w kościach, że jej kryjówką okazały się pewnie ramiona młodego piłkarza, przez którego ostatnie tygodnie spędziła chodząc kanałami.
- Tym razem pilnowałam się, żeby nie puścić pawia kompromitacji i postanowiłam zrobić wszystko, żeby tylko nie skończyć jak wy wszyscy dzisiaj. - odpowiedziała nieco luźniejszym tonem, który zdecydowanie już bardziej przypominał starą, dobrą Nadine. - Stara, ja nawet poszłam tańczyć, żeby uniknąć tej waszej zabójczej popijawy! Rozumiesz? Tańczyć! - zaśmiała się, wypuszczając resztki dymu z płuc, a ja jej zawtórowałam. Nad i taniec, to musiał być naprawdę ciekawy widok, teraz żałowałam, że mnie to ominęło.
- I co w związku z tym? - ponagliłam ją niezbyt subtelnie, żeby mieć pewność, że niepostrzeżenie nie ucieknie od interesującego mnie tematu.
- Sergi też nie miał ochoty na hektolitry alkoholu, które w siebie bez opamiętania wlewaliście. - powiedziała, patrząc na mnie znacząco z uniesionymi brwiami. Ja jednak machnęłam niedbale dłonią i zgasiłam niedopałek w rubinowej popielniczce. - Trochę tańczyliśmy, chociaż na początku to wyglądało raczej jak ucieczka od siebie, ale w rytm muzyki, zupełnie jak na filmach. - dziewczyna skwitowała swoją uwagę uśmiechem i rozłożyła bezradnie dłonie. - Ale nic nie mogłam zrobić, ten dom wcale nie jest tak ogromny jak się wydaje, a Samper był bardzo zdeterminowany, żeby mnie znaleźć. - usłyszałam w jej głosie nutkę znajomego rozkoszowania się faktem i z zadowoleniem pokiwałam głową, siadając naprzeciwko niej przy gustownym, balkonowym stole. - Na początku nie byłam tym pomysłem zachwycona, nawet rozważałam czy nie przyłączyć się do waszej pokręconej ferajny anonimowych alkoholików, ale szybko zrezygnowałam z tego pomysłu, zdając sobie sprawę, że podobna okazja może się już nie powtórzyć. - kontynuowała, skrupulatnie omijając temat przystojnego piłkarza o kasztanowych włosach.
- Do rzeczy! Całowaliście się? - krzyknęłam rozbawiona i podparłam brodę na dłoniach, mrugając głupkowato rzęsami. Na co Nadine, trzepnęła mnie lekko otwartą dłonią w głowę, tym samym odsuwając od siebie moją żywo zainteresowaną twarz. - Auć. Ja tu jestem poszkodowana, a ty mnie jeszcze bijesz.. - jęknęłam z dezaprobatą, na co dziewczyna się roześmiała.
- Poszkodowana? Chyba przez los. - pokręciła głową i upiła łyk wody z cytryną z wysokiej szklanki, stojącej obok jej łokcia. Podziwiałam ją za koordynację ruchową. Ja, Mel-niezdara, na pewno już dawno wylałabym na siebie zawartość, a resztki szklanki, równie niezdarnie, zbierała z podłogi.
- Kto wie, może już się wliczam do tej kategorii.. Jak myślisz, są za to jakieś odszkodowania? - zapytałam, siląc się na zamyślony ton, po czym z powrotem utkwiłam przenikliwy wzrok w przyjaciółce.
- Jak tak na ciebie patrzę, to jedyne co możesz dostać to skierowanie na leczenie w zakładzie zamkniętym. - odparła z szerokim uśmiechem wypisanym na twarzy, a ja odpowiedziałam jej tym samym.
- Tylko z tobą - zniżyłam głos do konspiracyjnego szeptu, po czym z rozbawieniem uderzyłam dłonią w stół. - Wróćmy do Sampera.. - zmrużyłam oczy, zastygając w chytrym oczekiwaniu na ciąg dalszy opowieści.
- Do niczego nie doszło ty napalona wariatko. - usłyszałam w odpowiedzi i nie da się ukryć, ale byłam tym trochę rozczarowana. Może to zbyt szybko, ale myślałam, że ze sobą pogadali i poza tym jakoś zainwestowali w swoje zauroczenie. Wiedziałam, że Sergii nie jest narwany, ale Nadine? Królowa powściągliwości i cnót wszelakich? Przy piłkarzu pokorniała jak baranek, prawie jej nie poznawałam.
Kiedy pogodziłam się już z niedosytem jaki pozostawiła we mnie relacja ostatniego wieczoru niebieskiej, zaczęłam myśleć jak normalny człowiek, a nie hiena szukająca sensacji, która chyba ostatnio zbyt dobrze się we mnie zadomowiła. W ich przypadku rozmowa była fundamentem relacji, niezbędnym, koniecznym i nie do ominięcia. Dobrze się stało, jak się stało. Wszystko powoli, bez pośpiechu i w swoim czasie. Tak właśnie radzi Mel Henderson, znana również jako Ciocia Dobra Rada.
Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Spojrzałam pytająco na Nad, ale ona tylko wskazała na zmyślnie ukrytą, zasuwaną kieszeń w mojej sukience. Wsunęłam dłoń do środka i wyciągnęłam z niej mój telefon. Zupełnie o nim zapomniałam! Kilka nieodebranych połączeń i wiadomość. Postanowiłam przeczytać sms-a, ponieważ dopiero co został wysłany, więc miałam okazję od razu zareagować i odpisać nadawcy. Wiadomość była od Basha, a brzmiała mniej więcej tak:
" Matka pokłóciła się z Johnem i rano wyniosła się do hotelu. Myślę, że dotyczy to przede wszystkim ciebie, więc przyjedź najszybciej jak możesz."
Uhuuu zaczynało robić się ciekawie..
Starałam się dodać odcinek szybciej niż ostatnimi czasy i cieszę się, że mi się to udało, bo wreszcie nie musicie czekać 3 tygodnie na rozdział :)
W ostatnich dniach dzienne odsłony bloga liczyłam w tysiącach i za to pięknie Wam wszystkim dziękuję <3
Nie ukrywam, że było to ogromnym motorem napędowym do sprężenia się i napisania tej notki, nawet za cenę snu :)
Standardowo zachęcam do komentowania, wyrażania swoich opinii o moich wypocinach i informuje o możliwości podawania mi swoich pomysłów na to, o czym chcielibyście tu przeczytać. Ot taki sobie wymyśliłam Koncert Życzeń :D
Mam nadzieję, że odcinek będzie się Wam podobać, mimo że dużo się w nim nie działo :)
Witam nowych czytelników i mam nadzieję, że zostawicie po sobie tu jakiś ślad, a starych ściskam i całuję tak samo mocno jak wcześniej :* I właśnie z tą dawką pozytywnej energii zostawiam Was w oczekiwaniu na kolejny rozdział :)
Do napisania niedługo :*
<3
Wciągnęłam na siebie zwiewną białą sukienkę przed kolano, przyozdobioną czarnymi grochami. Włosy podpięłam po bokach, żeby niesforne kosmyki nie pchały mi się, nieproszone do oczu, a same oczy obrysowałam czarnym eyelinerem.
- El perfecto. - uśmiechnęłam się do swojego odbicia, zakładając pozłacane kolczyki w kształcie okręgów. Zamknęłam pokój i widząc, że u Bastiana świeci się światło, podeszłam do drzwi i oparłam się o framugę, kilka razy w nią stukając. Siedział po turecku, oparty o ścianę z gitarą na kolanach. Był ewidentnie w swoim świecie i zarejestrował moją obecność dopiero kiedy ostentacyjnie odchrząknęłam. Podniósł na mnie spłoszony wzrok błękitnych oczu, wyłaniających się spod brązowej grzywy, a ja posłałam mu nikły uśmiech.
- Przyszłaś się zaprezentować? - uśmiechnął się po kociemu i zlustrował mnie od góry do dołu. Wywróciłam młynka oczami.
- Nieeee.. - odpowiedziałam przeciągle - Przyszłam tylko powiedzieć, że wychodzę, a jak się dowiem, że podczas mojej nieobecności byłeś w moim pokoju to wiem gdzie cię znaleźć. - dodałam z uśmiechem. Musiałam przyznać, że niechęć jaką darzyłam tego gościa na początku, od pewnego czasu po prostu wyparowała. Czego nie mogłam powiedzieć o jego matce. Polubiłam mieszkanie z Bashem, ponieważ dzięki niemu, dom nie wydawał mi się tak pusty. Wcześniej, kiedy John pracował, zazwyczaj siedziałam sama i oglądałam telewizję, teraz zawsze był jeszcze ktoś, z kim od biedy można było spędzić trochę czasu lub wymienić się uroczymi złośliwościami. Sama nie wiem, co mnie przekonało, ale postrzegałam jego osobę jako jedyny plus związku mojego chrzestnego z Carol. To trochę tak, jakbym nagle zyskała starszego brata, a jak wiadomo dwoje nastolatków w domu to najlepsza recepta na pozbycie się z domu nudy i spokoju.
- Grozisz mi? - uśmiechnął się szerzej, a ja odgarnęłam włosy z ramienia.
- Ja tylko uprzedzam, a co z tym zrobisz to już twoja decyzja, twoje kredki i twój blok rysunkowy. - odparłam poprawiając sukienkę.
- Blok rysunkowy? - roześmiał się po moich słowach. Zerknęłam przelotnie na zegar, który naglił do wyjścia.
- Jest piątek wieczór, zaszalej, może być nawet techniczny. - wyszczerzyłam zęby w uśmiechu i zniknęłam za drzwiami.
- Baw się dobrze wariatko i nie dzwoń, bo jak mnie obudzisz to też wiem, gdzie cię znaleźć! - usłyszałam jeszcze głos Basha i uśmiechnęłam się pod nosem. Gdzieś w środku cieszyło mnie to, że potrafię się z nim dogadać, znaleźć wspólny język. Życie pod jednym dachem, traktując się nawzajem jak śmiertelni wrogowie, mogłoby być jednak na dłuższą metę nieco uciążliwe.
Szłam korytarzem w naprawdę dobrym nastroju, czekała mnie w końcu zupełnie beztroska noc w gronie przyjaciół. Zatrzymałam się przed sypialnią Johna, ponieważ chciałam poinformować go o tym, że wychodzę. Mój wiek wiekiem, ale mieszkałam pod jego dachem i uznawałam za stosowne, żeby wiedział gdzie jestem. Podniosłam dłoń z zamiarem rytmicznego uderzenia kostkami palców o drewno, jednak zamarłam, słysząc przyciszony głos Carol. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam.
- Johny, ona ma już 18 lat, naprawdę musi tu mieszkać..? - to pytanie niemal zwaliło mnie z nóg. Niepojęte dla mnie było, skąd ta kobieta miała w sobie tyle tupetu. Jednak samo pytanie nie było najgorsze. Złem samym w sobie była cisza, która po nim zapanowała. Nie usłyszałam nawet szeptu sprzeciwu ze strony chrzestnego. Nic w stylu: "Absolutnie! Mel to moja chrześnica i nie wystawię jej za drzwi". Pełne, niepojęte i nieograniczone NIC. Zirytowana do granic możliwości ruszyłam w dół schodami, czując niemal jak stopnie stają w płomieniach pod wpływem mojego dotyku. Jak ona mogła coś takiego powiedzieć? I jak John mógł pozwolić jej na taką zuchwałość? Byłam zniesmaczona i rozczarowana tym, czego przed chwilą byłam świadkiem. Nie oglądając się za siebie ani razu, wyszłam z domu trzaskając frontowymi drzwiami tak mocno, że oprócz Johna, Caroline i Bastiana, słyszeli mnie z pewnością wszyscy, okoliczni sąsiedzi.
*****
- Nienawidzę cię. Kurna, jak ja cię nienawidzę. - Nadine powtarzała te słowa jak mantrę, odkąd tylko wsiadłam z nią do taksówki. Teraz stała przed wjazdem do domu Brazylijczyka i zaciągała się papierosowym dymem tak mocno, że bałam się, że się udusi.
- Ohh daj spokój, Nad.. Powiesz do mnie dzisiaj coś innego? - zapytałam beznamiętnie, obracając zapalniczkę w dłoniach. Coraz więcej osób zjeżdżało się pod dom Neymara podczas gdy my ukrywałyśmy się w krzakach pod jego domem. - Chodź, bo wyglądamy jak psychofanki tego egocentryka. - rzuciłam i pociągnęłam ją w stronę podjazdu, nie pozwalając tym samym dokończyć jej rakotwórczej uczty.
- Szkodzisz środowisku. - burknęła, powłócząc nogami, czym skutecznie opóźniała nasze dotarcie pod drzwi barcelońskiej '11'.
- Jakoś to przeżyję.. - wywróciłam młynka oczami, nadal uparcie ciągnąc przyjaciółkę w stronę drzwi. Nie mogłam zrozumieć, czemu była taka uparta. Przecież gołym okiem było widać, że Sergi jej się podoba. Owszem, zaliczyła hollywoodzką wpadkę, ale chłopak wcale nie sprawiał wrażenia, jakby zamierzał jej to wypominać do końca jej marnego żywota. Wręcz przeciwnie. Więc czemu, na litość boską, Nadine Martinez tego nie dostrzegała?!
- Melisa! - usłyszałam wołanie, jednak pośród tłumu ludzi nie byłam w stanie zlokalizować skąd ono dochodziło. Obkręciłam się wokół własnej osi, jednocześnie pilnując niebieskowłosej, żeby nigdzie, niepostrzeżenie nie uciekła. - Nareszcie! - czyjaś niedźwiedzia dłoń opadła na moje ramię, a ja w pełnej gotowości do ataku, odwróciłam się w stronę potencjalnego napastnika.
- Cholera, Gerard! O mały włos i bym cię uszkodziła. - powiedziałam, kiedy moim oczom ukazał się lekko zadyszany piłkarz.
- Tu jest tak gęsto, że przedarcie się gdziekolwiek graniczy z cudem. Czy on zaprosił połowę Barcelony?! - usprawiedliwił się, wyrównując powoli urywany oddech. W odpowiedzi jedynie wzruszyłam ramionami i wspięłam się na palce, żeby zbadać jaka odległość dzieli nas od wejścia. Czułam się jak na jakiejś darmowej imprezie w klubie, gdzie wszyscy usiłowali wejść metodą tratowania innych. Istna dżungla, jaka zapanowała przed domem piłkarza, została okiełznana dopiero przez dźwięk otwieranych drzwi. Patrzyłam wokoło i nie dowierzałam po pierwsze, że Ney zna tych wszystkich ludzi, a po drugie, że oni wszyscy się tam zmieszczą. Mimo dobrych chęci, to nie był mój problem, byłam zwykłym gościem, do którego obowiązków należała dobra zabawa, a nie pilnowanie pijanego bydła. Kiedy wreszcie udało nam się wlać do środka, odetchnęłam z ulgą, łapiąc wreszcie w płuca powietrze. Wlaliśmy się, jest najlepszym określeniem na naszą teleportację do domu Neymara, ponieważ ilość ludzi na zewnątrz nie pozwalała na samodzielne kroki. Tłum niósł cię przed siebie, a twoim zadaniem było jedynie pilnowanie względnej równowagi, zupełnie jak na koncercie heavy metalowym. Rozglądaliśmy się jak trzy przestraszone, zdezorientowane owieczki, pośród wielkiego stada baranów, kiedy ktoś wciągnął nas na schody.
- Rafaela! - krzyknęłam uradowana widokiem dziewczyny i już po chwili obydwie serdecznie się witałyśmy. Przedstawiłam jej Nadine, która z normalną dla siebie rezerwą, podała jej dłoń.
- Tak pomyślałam, że was ocalę od rychłej śmierci, zanim zostaniecie zagnieceni. - zaśmiała się ukazując rzędy perłowych, prostych zębów. Miała rację, jeszcze chwila i utonęlibyśmy w gromadzie uczestników imprezy.
- Czy twój brat oszalał?! - zapytał Hiszpan bez zbędnego wstępu. Nie protestowałam, ponieważ to samo pytanie kołatało mi się w głowie od jakiś dobrych 15 minut.
- Powiedzmy, że jak coś robi to z rozmachem. - dziewczyna zaśmiała się serdecznie i wskazała nam długi korytarz na górze, którym ostatnio samotnie wędrowałam. Na dole rozbrzmiała już głośna muzyka i pozostało nam jedynie posługiwanie się gestykulacją.
- Witam w imprezowym raju! - usłyszeliśmy głos Brazylijczyka i wszyscy, jak na komendę unieśliśmy do góry brwi.
- Chłopie, ty chcesz ochrzcić ten dom, czy się go pozbyć? - Pique ze śmiechem uściskał kumpla i podszedł do barierki, żeby z góry móc wypatrywać znajomych mu twarzy.
- Góra jest tylko dla uprzywilejowanych także jakoś przeżyjemy. - odpowiedział chłopak, witając się z Nadine. A ja? Ja przycupnęłam sobie pod ścianą, jak mała, szara myszka i czekałam aż cała reszta się ulotni i będę mogła mieć uwagę piłkarza tylko dla siebie. Obserwowałam jego ruchy, uśmiech, usta, oczy, sama wyznaczając sobie niewidzialną barierę, która powstrzymywała mnie od natychmiastowego rzucenia się mu na szyję. Wiedziałam jedno, im dłużej torturowałam się brakiem jego bliskości, tym bardziej jej pragnęłam. Dziwne, palące, a jednak naturalne u zakochanej osoby uczucie. Zakochanej? W tej egocentrycznej, celebryckiej porażce, noszącej bezczelny, a jednocześnie najbardziej na świecie uroczy, uśmiech? Tak, chyba tak. Mel Henderson pierwszy raz czuła tak wyraźnie wszystkie kotłujące się w niej emocje.
Z dalszej, dziwacznej udręki wybawił mnie w końcu głos Pique.
- Chyba widzę Bartrę i Leo! - krzyknął uradowany i odskoczył od barierki jak poparzony. Spojrzał na całe towarzystwo z szerokim uśmiechem na twarzy, ale widocznie napotkał moje znaczące spojrzenie, ponieważ złapał siostrę Neya i Nad, po czym pociągnął je na dół w wesołej euforii.
- Nie cieszysz się na mój widok? -usłyszałam szept obok swojego ucha, dosłownie sekundę po tym, jak tamta zgraja wariatów zniknęła na schodach.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak się cieszę. - uniosłam kąciki malinowych ust, zadzierając głowę do góry i odważnie patrząc chłopakowi w oczy. Widocznie potraktował to jako zaproszenie, bo chwilę później jego wargi czule przytulały moje. W całej tej otaczającej nas ciemności czułam się wspaniale, jak gdyby cały świat nagle zniknął. Byliśmy tylko my i przyjemna czerń wokół.
- Wreszcie cię mam i uwierz, że nie wypuszczę cię z moich objęć już nigdy. Choćby świat miał spłonąć tu i teraz.
*****
Następnego dnia, z samego rana o 11, obudziły mnie dziwne odgłosy dobiegające z niebezpiecznie bliskiej odległości. Otworzyłam ociężałe powieki, czując pod nimi 5 kilo piasku i z trudem rozejrzałam się po pomieszczeniu, starając się rozpoznać to miejsce. Przegięłam pierwszy raz od dawna. W sumie, wczoraj wszyscy przegięliśmy. Alkohol lał się strumieniami i było go całe morze, chociaż mogłabym pokusić się nawet o porównanie do oceanu. Myślę, że Atlantyk by się zawstydził. Czułam się połamana w miejscach, w których nawet nie wiedziałam, że mam kości. Kiedy po heroicznej walce Mel kontra jej ludzka powłoka, wreszcie podniosłam się na łokcie, wyrywając sobie przy tym chyba połowę włosów, zobaczyłam powód przez, który tak właśnie wyglądał mój stan medyczny. Generalnie powodów było więcej niż jeden i nawet miały imiona. Pierwszy o imieniu Neymar leżał rozwalony obok mnie, wbijając mi łokieć w żebra, kolejnym był Xavi, który niefortunnie położył się na, wspomnianych już wcześniej przeze mnie, moich włosach, a całą tą piramidę szczęścia wieńczył prawie dwumetrowy Gerard, który spał leżąc w poprzek na nogach moich i Brazylijczyka. Nawet nie chciałam myśleć o tym, przez ile nie będę w stanie na nie stanąć i czy w ogóle kiedyś mi się jeszcze to uda. Biorąc pod uwagę gabaryty piłkarza i czas przez jaki je przygniatał, w grę wchodziła tylko amputacja. Au revoir moje biedne nogi! Już się więcej nie zobaczymy.
A zaspokajając waszą ciekawość, odgłosem, który mnie obudził, okazało się być piskliwe chrapanie Andrés'a Iniesty. Nigdy jeszcze nie słyszałam podobnego dźwięku, jednak nie musiałam nawet wstawać, żeby widzieć, że wydaje go nic innego, jak tylko jego nos. Rzeczywiście wspominał ostatnio o tym, że mocno oberwał podczas meczu z PSG, ale wszystko szybko mu poskładali, ludzie z magicznymi rękoma, jak zwykłam nazywać stadionowych medyków. Jak widać nie wszystko wróciło na swoje miejsce, a piłkarzowi i jego żonie zapewne zostanie piękna, piszcząca niczym czajnik z gotującą się wodą, pamiątka.
Z trudem wygramoliłam nogi spod barcelońskiego obrońcy i spuściłam bose stopy na zimną podłogę. Przez chwilę dała im ukojenie, ale wiedziałam, że to początek męki. Chwile po tym poczułam silne mrowienie, które z każdą sekundą robiło się wręcz nie do zniesienia. Zupełnie jakby tysiące małych, wściekłych mrówek biegało w glanach po moich nogach, kąsając przy okazji każdy ich skrawek. Nawet nie próbowałam się podnieść, ponieważ wiedziałam, że raczej moja pionowa pozycja długo się nie utrzyma. Krzywiąc się z bólu, delikatnie rozmasowałam kończyny, które na szczęście po kilku, dłużących się w nieskończoność minutach, wróciły do normalnego stanu. Kiedy wreszcie na nich stanęłam, poczułam ulgę, że nie doznały żadnego, trwałego uszczerbku. Moja radość nie trwała jednak długo, ponieważ dwa kroki później, leżałam jak długa na podłodze, robiąc przy tym tyle hałasu, że obudziłam chyba połowę domu. Z wściekłością wypisaną na twarzy, obróciłam głowę ku felernej przeszkodzie, którą okazał się Messi. Nie wiedziałam czy zacząć się śmiać, czy zdzielić go, najlepiej pięścią, za to, że stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia niewinnych istot, takich jak ja. Jednak widząc jak łapczywie obejmuje poduszkę i jedynie przewraca się na drugi bok, wybrałam, z całej dobroci mego serca, pierwszą opcję. Cóż, piłkarzom FC Barcelony trzeba było przyznać, że oprócz znakomitych umiejętności i techniki gry w piłkę, posiadali również nieopisany urok osobisty, który już zapewne nieraz ratował im skórę.
Zebrałam swoje zwłoki z podłogi i ruszyłam ostrożnym krokiem do łazienki na piętrze. Nie ukrywam, że trochę bałam się tego, co tam zastanę, ale mimo wszystko postanowiłam zaryzykować. Po wejściu stwierdziłam, że nie było tak źle. Było czysto i normalnie, nie wliczając rudowłosej dziewczyny, która smacznie spała w wielkiej wannie. Obmyłam twarz, dając jej upragnione orzeźwienie. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i zobaczyłam po drugiej stronie zmarnowaną, bladą dziewczynę z ogromnymi workami pod brązowymi oczami. Wyglądałam i czułam się jakby dzisiejszej nocy przepuścili mnie kilka razy przez maszynkę do mięsa.
- Nie powinnaś była tyle pić. Mała, głupia Mel. - wyszeptałam, dźgając palcem swoje odbicie w tafli szkła na ścianie. Bywałam wcześniej pijana, ale nigdy nie urwał mi się film. To był pierwszy raz, a ja czułam się jak w Kac Vegas. Nie łudziłam się, że któryś z piłkarzy pamięta więcej, więc przestałam zawracać sobie tym głowę. Postanowiłam poszukać Nadine, której nie widziałam w załadowanym po brzegi pokoju Brazylijczyka. Mocno trzymając się poręczy zeszłam na dół, tym razem uważnie patrząc pod nogi. Dochodziła 12, a ja wcale nie miałam ochoty nawet myśleć o powrocie do domu. Nie, kiedy Carol nadal tam jest. Nagle przypomniały mi się wszystkie gorzkie słowa, które wypowiedziała w ciągu ostatnich dni i te ostatnie, najgorsze, skwitowane okropnym milczeniem mojego chrzestnego. Mdliło mnie na samą myśl o powrocie i nie byłam przekonana czy to tylko konsekwencja wczorajszego upojenia alkoholowego. Nie chciałam wracać do domu, w którym nie jestem mile widziana. Mam w końcu swoje zasady, które wyraźnie mówią, że nigdy nie zamierzam być na niczyjej łasce. Jeśli Caroline myśli, że jest bardzo wspaniałomyślna, że mnie toleruje w moim własnym domu, to się grubo myli. Nie wiem kim jest i co sobie wyobraża ta kobieta, ale wiem jedno, ma tupet tam, gdzie powinna mieć klasę, a ja nie zamierzam dawać jej satysfakcji. Nigdy. Nie prosiłam Johna o dom, nie prosiłam o to, żeby mnie przygarnął, a on nigdy nie dał mi odczuć, że powinnam mu się jakkolwiek odwdzięczyć. Pomagałam mu z własnej, nieprzymuszonej żadną moralną krucjatą, woli. Idąc tym tropem nie mogłam pozwolić sobie na to, żeby teraz obce babsko próbowało mi wmówić, że jestem intruzem, pasożytem żerującym na dostatnim życiu Johna. Jeśli kogoś miałabym określić tym mianem, to z pewnością ona wpasowywała się w definicję doskonalę. Przez jeden, króciutki moment byłam nawet przekonana, że jeśli otworzę słownik, to pod definicją słowa pijawka, znajdę uroczą podobiznę Carol. Jednak nie zadałam sobie trudu, żeby to sprawdzić. Miałam ważniejszą misję do wypełnienia.
Wczorajszy wieczór zmusił biedną Nad do towarzystwa chłopaka, którego do tej pory unikała jak ognia. Po tym, co się stało przy ich ostatnim spotkaniu, wcale się jej nie dziwię. Może jestem złą przyjaciółką, ponieważ nie poklepałam jej po plecach i nie pozwoliłam zamieszkać na zawsze pod swoim łóżkiem, ale osobiście uważam, że problemom należy stawiać czoło. Nie wolno nam się ich bać, ponieważ to tylko od nas zależy czy znikną. Strach nie może nas paraliżować, bo to on czyni nas słabymi, wycofanymi i zupełnie niewierzącymi w swoje możliwości. Nauczyłam się tego aż za dobrze, a teraz chciałam przekazać moją tajemną, mysią wiedzę Nadine.
Nie szukałam jej długo. Stała na tarasie i paliła papierosa przy barierce. Na znak pokojowych zamiarów również poczęstowałam się jednym i stałyśmy tak chwilę w milczeniu, rozkoszując się dymem wypuszczanym powoli z ust. Czułam niemal jak nikotynowe opary tworzą pomiędzy nami jakąś niezrozumiałą nić zaufania i porozumienia. Może to brzmi tandetnie w teorii, ale w praktyce działa lepiej niż niejeden rekomendowany sprzęt.
- Kiepsko wyglądasz. - odezwała się wreszcie niebieska, a ja przeniosłam na nią swoje, lekko nieprzytomne spojrzenie. Nie musiałam się zastanawiać nad jej słowami, po prostu wiedziałam, że ma rację.
- Ciężko zaprzeczyć. - odpowiedziałam leniwie strzepując popiół z końcówki papierosa. - Za to ty wyglądasz na w miarę trzeźwą. Gdzie się chowałaś całą noc, że udało ci się zachować ten stan? - zapytałam, posyłając w jej stronę delikatny uśmiech, który miał zachęcić ją do monologu. Zamiast jak zwykle szybkiej i trafnej odpowiedzi, zobaczyłam jedynie czereśniowy rumieniec wpełzający na twarz mojej przyjaciółki. Czułam w kościach, że jej kryjówką okazały się pewnie ramiona młodego piłkarza, przez którego ostatnie tygodnie spędziła chodząc kanałami.
- Tym razem pilnowałam się, żeby nie puścić pawia kompromitacji i postanowiłam zrobić wszystko, żeby tylko nie skończyć jak wy wszyscy dzisiaj. - odpowiedziała nieco luźniejszym tonem, który zdecydowanie już bardziej przypominał starą, dobrą Nadine. - Stara, ja nawet poszłam tańczyć, żeby uniknąć tej waszej zabójczej popijawy! Rozumiesz? Tańczyć! - zaśmiała się, wypuszczając resztki dymu z płuc, a ja jej zawtórowałam. Nad i taniec, to musiał być naprawdę ciekawy widok, teraz żałowałam, że mnie to ominęło.
- I co w związku z tym? - ponagliłam ją niezbyt subtelnie, żeby mieć pewność, że niepostrzeżenie nie ucieknie od interesującego mnie tematu.
- Sergi też nie miał ochoty na hektolitry alkoholu, które w siebie bez opamiętania wlewaliście. - powiedziała, patrząc na mnie znacząco z uniesionymi brwiami. Ja jednak machnęłam niedbale dłonią i zgasiłam niedopałek w rubinowej popielniczce. - Trochę tańczyliśmy, chociaż na początku to wyglądało raczej jak ucieczka od siebie, ale w rytm muzyki, zupełnie jak na filmach. - dziewczyna skwitowała swoją uwagę uśmiechem i rozłożyła bezradnie dłonie. - Ale nic nie mogłam zrobić, ten dom wcale nie jest tak ogromny jak się wydaje, a Samper był bardzo zdeterminowany, żeby mnie znaleźć. - usłyszałam w jej głosie nutkę znajomego rozkoszowania się faktem i z zadowoleniem pokiwałam głową, siadając naprzeciwko niej przy gustownym, balkonowym stole. - Na początku nie byłam tym pomysłem zachwycona, nawet rozważałam czy nie przyłączyć się do waszej pokręconej ferajny anonimowych alkoholików, ale szybko zrezygnowałam z tego pomysłu, zdając sobie sprawę, że podobna okazja może się już nie powtórzyć. - kontynuowała, skrupulatnie omijając temat przystojnego piłkarza o kasztanowych włosach.
- Do rzeczy! Całowaliście się? - krzyknęłam rozbawiona i podparłam brodę na dłoniach, mrugając głupkowato rzęsami. Na co Nadine, trzepnęła mnie lekko otwartą dłonią w głowę, tym samym odsuwając od siebie moją żywo zainteresowaną twarz. - Auć. Ja tu jestem poszkodowana, a ty mnie jeszcze bijesz.. - jęknęłam z dezaprobatą, na co dziewczyna się roześmiała.
- Poszkodowana? Chyba przez los. - pokręciła głową i upiła łyk wody z cytryną z wysokiej szklanki, stojącej obok jej łokcia. Podziwiałam ją za koordynację ruchową. Ja, Mel-niezdara, na pewno już dawno wylałabym na siebie zawartość, a resztki szklanki, równie niezdarnie, zbierała z podłogi.
- Kto wie, może już się wliczam do tej kategorii.. Jak myślisz, są za to jakieś odszkodowania? - zapytałam, siląc się na zamyślony ton, po czym z powrotem utkwiłam przenikliwy wzrok w przyjaciółce.
- Jak tak na ciebie patrzę, to jedyne co możesz dostać to skierowanie na leczenie w zakładzie zamkniętym. - odparła z szerokim uśmiechem wypisanym na twarzy, a ja odpowiedziałam jej tym samym.
- Tylko z tobą - zniżyłam głos do konspiracyjnego szeptu, po czym z rozbawieniem uderzyłam dłonią w stół. - Wróćmy do Sampera.. - zmrużyłam oczy, zastygając w chytrym oczekiwaniu na ciąg dalszy opowieści.
- Do niczego nie doszło ty napalona wariatko. - usłyszałam w odpowiedzi i nie da się ukryć, ale byłam tym trochę rozczarowana. Może to zbyt szybko, ale myślałam, że ze sobą pogadali i poza tym jakoś zainwestowali w swoje zauroczenie. Wiedziałam, że Sergii nie jest narwany, ale Nadine? Królowa powściągliwości i cnót wszelakich? Przy piłkarzu pokorniała jak baranek, prawie jej nie poznawałam.
Kiedy pogodziłam się już z niedosytem jaki pozostawiła we mnie relacja ostatniego wieczoru niebieskiej, zaczęłam myśleć jak normalny człowiek, a nie hiena szukająca sensacji, która chyba ostatnio zbyt dobrze się we mnie zadomowiła. W ich przypadku rozmowa była fundamentem relacji, niezbędnym, koniecznym i nie do ominięcia. Dobrze się stało, jak się stało. Wszystko powoli, bez pośpiechu i w swoim czasie. Tak właśnie radzi Mel Henderson, znana również jako Ciocia Dobra Rada.
Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Spojrzałam pytająco na Nad, ale ona tylko wskazała na zmyślnie ukrytą, zasuwaną kieszeń w mojej sukience. Wsunęłam dłoń do środka i wyciągnęłam z niej mój telefon. Zupełnie o nim zapomniałam! Kilka nieodebranych połączeń i wiadomość. Postanowiłam przeczytać sms-a, ponieważ dopiero co został wysłany, więc miałam okazję od razu zareagować i odpisać nadawcy. Wiadomość była od Basha, a brzmiała mniej więcej tak:
" Matka pokłóciła się z Johnem i rano wyniosła się do hotelu. Myślę, że dotyczy to przede wszystkim ciebie, więc przyjedź najszybciej jak możesz."
Uhuuu zaczynało robić się ciekawie..
Starałam się dodać odcinek szybciej niż ostatnimi czasy i cieszę się, że mi się to udało, bo wreszcie nie musicie czekać 3 tygodnie na rozdział :)
W ostatnich dniach dzienne odsłony bloga liczyłam w tysiącach i za to pięknie Wam wszystkim dziękuję <3
Nie ukrywam, że było to ogromnym motorem napędowym do sprężenia się i napisania tej notki, nawet za cenę snu :)
Standardowo zachęcam do komentowania, wyrażania swoich opinii o moich wypocinach i informuje o możliwości podawania mi swoich pomysłów na to, o czym chcielibyście tu przeczytać. Ot taki sobie wymyśliłam Koncert Życzeń :D
Mam nadzieję, że odcinek będzie się Wam podobać, mimo że dużo się w nim nie działo :)
Witam nowych czytelników i mam nadzieję, że zostawicie po sobie tu jakiś ślad, a starych ściskam i całuję tak samo mocno jak wcześniej :* I właśnie z tą dawką pozytywnej energii zostawiam Was w oczekiwaniu na kolejny rozdział :)
Do napisania niedługo :*
<3
wtorek, 19 maja 2015
30. Już nigdy nie oddam ci mojego deseru zdrajco!
Patrzyłam na burzę miodowych włosów, która gwałtownie odwróciła się w moją stronę, machając zapalczywie otwartą dłonią.
- Cześć Melisa! - krzyknął chłopak z szerokim uśmiechem, a ja przeklinając w duchu moją wrodzoną zdolność do nierzucania się w oczy, odmachałam mu i rozciągnęłam usta w zakłopotanym uśmiechu. Wciągnęłam z powrotem swoją ciekawską głowę na korytarz, po którym nadal błąkała się, widocznie wytrącona z równowagi, Nadine.
- Nie ma tak dobrze kochana. - mruknęłam pod nosem, podeszłam do dziewczyny i chwyciłam ją za łokieć, ciągnąc w stronę wyjścia na stadion. Skoro już nas ktoś zauważył, nie wypadało tak bez wyjaśnienia zniknąć. Gdybyśmy teraz wyszły, mogę się założyć o pół mojego domu, że przez następny miesiąc nie mogłabym sobie poradzić ze złośliwymi docinkami ze strony piłkarzy Blaugrany. Było mi szkoda Nad, chociaż nawet nie wiedziałam dokładnie co ją tak odstraszyło, bo Samper to całkiem miły chłopak. Może trochę nieśmiały jak dla niej, dlatego tym bardziej nie powinien jej tak stresować. Cena mojego świętego spokoju była wysoka, jednak spokój to to, co cenię sobie najbardziej. - Pogadamy o tym później, a teraz wybacz. - szepnęłam jej na ucho i niemalże kopniakiem wypchnęłam na murawę, gdzie piłkarze właśnie schodzili się do "wodopoju".
- Zabije cię we śnie.. - syknęła, ale ja tylko szturchnęłam ją łokciem w żebra, dając tym samym znak, żeby się uśmiechała i na razie nic nie mówiła.
- Miło was widzieć panowie. - przywitałam się czule z Katalończykami, przy Neymarze zatrzymując się stosunkowo dłużej i czulej. - Poznajcie Nadine. - zaprezentowałam dziewczynę dłonią, a ona machnęła swoją niczym robot. Miałam ochotę palnąć się dłonią w czoło. Gdzie podziała się ta zadziora, która jeszcze godzinę temu groziła szkolnemu cwaniakowi, że powiesi go za gacie na maszcie od sztandaru?
- Cześć Nadine. - odpowiedzieli chórem, podśmiewując się pod nosami z widocznej nieśmiałości ich gościa. - Młody, a ty się nie przedstawisz? - Xavi szturchnął Sergiego, który jak wmurowany w ziemię stał koło niego i patrzył z niedowierzaniem na niebieską. Miałam wrażenie, że jak przyjrzeć mu się bliżej to zdążył zapuścić już w tym miejscu korzenie, bo stał tam całe wieki, zanim łaskawie otworzył usta.
- My się już znamy.. - wydukał wreszcie, a reszta zawyła z uciechy. Rozejrzałam się po nich z dezaprobatą, dając im do zrozumienia, że są naprawdę okropni.
- Poznałaś już naszego Sergiego? - zaśmiał się Marc, machając zabawnie brwiami.
- To pewnie opowiadał ci jak poszła plota, że depiluje sobie nogi, bo Mel musiała się za niego przebrać? - zawsze niezawodny Gerard stał się nagle ulubieńcem publiczności, chociaż chyba ja i Samper mieliśmy inne zdanie w tym temacie. Obydwoje zgromiliśmy go wzrokiem. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię tak głęboko, żeby odkopali mnie dopiero jacyś nieszczęśnicy na plantacji ryżu w Chinach. Wyraz twarzy Nadine był totalnie nie do odgadnięcia, chociaż miałam nieodparte wrażenie, że w środku właśnie dusi się ze śmiechu. Po rozluźniającym się ścisku szczęki poznałam, że dziewczyna powoli oswaja się z otoczeniem.
- Nie mieliśmy zbyt dużo okazji do rozmowy, ale to brzmi całkiem ciekawie. - usłyszałam ożywiony głos i szeroki uśmiech przyjaciółki, który spotkał się ochoczymi ponaglaniami do kontynuowania tematu przez Pique ze strony chłopaków. On sam zagarnął ją ramieniem i zaczął snuć opowieść, która w rzeczywistości wcale nie była pasjonująca.
- Już nigdy nie oddam ci mojego deseru zdrajco! - krzyknęłam za nim, ale spotkałam się jedynie z wesołym wybuchem śmiechu. Brazylijczyk oczywiście pajacował razem z innymi. Można powiedzieć, że był w sztabie honorowym loży szyderców, która niepostrzeżenie utworzyła się na Camp Nou przez kilkoma minutami. Spojrzałam na Sergiego, który nadal stał bez ruchu i wpatrywał się zbolałym wzrokiem w oddalającą się Nadine. Po jego minie i wcześniejszym zachowaniu dziewczyny byłam prawie pewna, że coś jest albo było między nimi na rzeczy. - Nic się nie martw, my wiemy jak było i to najważniejsze. - położyłam mu dłoń na ramieniu i uśmiechnęłam się serdecznie, co chłopak po chwili odwzajemnił.
*****
- Jesteście totalnie nieprzystosowani do stosunków międzyludzkich. - burknęłam z wyrzutem, kiedy razem z gromadą piłkarzy weszłam do hotelu. Miałam porozmawiać z Johnem o tym felernym czasie, kiedy puścił rękę z hotelowego pulsu, ale niestety musiałam czekać jak każdy inny śmiertelnik, ponieważ on dla nikogo nigdy nie ma czasu. Zastanawiałam się kiedyś, czy gdyby zadzwonił papież, to czy John nie odpowiedziałby machinalnie do słuchawki "Sorry, teraz nie mogę gadać, ale zapiszę cię na najbliższy termin". Dramatycznie żałosny przypadek.
- O co ci chodzi mała? - zaśmiał się Leo, który szedł po mojej prawej stronie i zrobił minę słownikowego "niewiniątka". Wywróciłam oczami.
- No jakbyś nie wiedział.. - syknęłam delikatnie kiwając głową do tyłu, gdzie oddalony od nas kilkoma warstwami piłkarzy, szedł Sergi.
- Bo zacznę być zazdrosny. - upomniał się Ney i mocniej ścisnął moją lewą dłoń, na co spojrzałam na niego z niemym politowaniem. On roześmiał się w odpowiedzi i przybił piątkę z Argentyńczykiem nad moją głową. Palnęłam się w czoło i pokręciłam ze zrezygnowaniem głową.
- Jak dzieci.. - mruknęłam pod nosem i ruszyłam przed siebie zostawiając ich za sobą. Słyszałam jeszcze za sobą ich rozbawione krzyki, ale nie zaszczyciłam ich niczym poza środkowym palcem, na co zareagowali równie "poważnie".
Czekałam przed drzwiami chrzestnego, nerwowo wyginając palce. Nie zdawałam sobie sprawy dlaczego to robię, w końcu nie miałam nic do ukrycia. Jaki był więc tego powód? Bardzo prosty: nie miałam na imię Carol. Miałam wrażenie, że ostatnimi czasy ona była prawdziwym asem, który przebijał wszystkie inne argumenty. Wiedziałam, że muszę dobierać słowa ostrożniej niż kiedykolwiek, żeby nie trafić w czuły punkt, który przekreśliłby całą moją wersję wydarzeń. Nie chciałam usłyszeć czegoś w stylu: "Przesadzasz, na pewno nie było aż tak strasznie. Po prostu jesteś uprzedzona do Carol".
Wydawało mi się, że czekałam w nieskończoność. Nienawidziłam czekać, ponieważ to właśnie wtedy w człowieku narasta to dziwne, niewytłumaczalne uczucie strachu, który zbyt długo pielęgnowany, paraliżuje. Nie mogłam sobie teraz na to pozwolić. Kiedy w końcu uchyliły się drewniane, masywne drzwi od gabinetu wuja, wsunęłam ostrożnie głowę, po czym widząc jak kończy rozmawiać przez telefon, przycupnęłam na jednym z wygodnych foteli nieopodal biurka. Obserwowałam go uważnie, jak żywiołowo gestykuluje, jak konkretnie rozmawia, jaki ma poważny i zdecydowany ton głosu. W niczym nie przypominał roztrzepanego Johna, którego znałam z domu. Wyprostowałam się i odchrząknęłam, aby pozbyć się nieznośnej guli, która zadomowiła się w moim gardle.
- To o czym chciałaś pogadać? - usłyszałam spokojny głos za plecami i aż podskoczyłam, bo w ogóle nie zarejestrowałam momentu, w którym mężczyzna przestał prowadzić konwersację przez służbowy telefon.
- Lepiej usiądź.. - zaczęłam niezbyt zgrabnie, a i z subtelnością nie miało to wiele wspólnego, jednak John posłusznie usiadł naprzeciwko mnie i odłożył komórkę na blat. Przełknęłam ślinę ze zdenerwowania. Bo jak tu mu powiedzieć, że jego ukochana ściągnęła takie nieszczęście na jego hotel? Delikatnie raczej nie da się tego załatwić, poza tym sama nie zamierzałam jej usprawiedliwiać. Z tyłu mojej głowy bowiem nadal kłębiły się nieznośne myśli o tym, że może zrobiła to specjalnie. Chciała doprowadzić ten hotel do ruiny, a później wykupić go za bezcen i zostawić Johna z niczym. Nie zamierzałam jednak mówić mu o swoich podejrzeniach, ponieważ były one zbyt poważne, a ja nie posiadałam na nie żadnych dowodów. Jedynym był fakt, że Anastasia i jej przygłupi braciszek byli bliskimi kuzynami Caroline, ale to nadal zbyt mało. Ja też nie odpowiadam za to co robi moja rodzina, więc nie mogłam osądzać jej ich miarą.
- Siedzę i zamieniam się w słuch - posłał mi przyjazny uśmiech, na co odpowiedziałam krzywym grymasem, który owy uśmiech miał przypominać. Odetchnęłam głęboko i puściłam wolno swoje i tak zmaltretowane palce. Musiałam skończyć z tym głupim nawykiem, bo groziło mi, że za niedługo zacznę sobie łokcie wyłamywać, kiedy mi palców braknie.
- Wiesz.. kiedy wyjechałeś z Carol na zasłużony urlop zatrudniłeś Anę. - powiedziałam powoli, obserwując uważnie jego twarz, aby móc z niej odczytać czy przypomina sobie ten fakt. Kiedy wrócił, wszystko było na swoim miejscu, więc nie musiał szukać odpowiedzialnej za zniszczenia osoby, żeby później odgryźć jej głowę. Tym samym mógł nawet nie zarejestrować faktu, że ktoś zajmował się tym hotelem podczas jego nieobecności. Tak, było to do niego podobne.
- Kuzynkę Caroline, pamiętam. - odpowiedział po chwili zastanowienia. - I co w związku z tym? - zapytał opierając się plecami o oparcie miękkiego fotela.
- To, że nie był to dobry wybór John, hotel stanął na czułkach. - odparłam delikatnym tonem, widząc jak jego czoło marszczy się w dość nienaturalny sposób. Całe szczęście, że ta pusta lala nie namówiła go jeszcze na żaden botox, bo chybaby w tym momencie eksplodował.
- Do czego zmierzasz, Mel? - ton jego głosu zmienił się na nieco twardszy, ale postanowiłam się nie zrażać. Wiedziałam, że tak jak żaden facet, nie lubi kiedy trzeba mu zwrócić uwagę na złą decyzję, jednak to konieczne, żeby miał jej świadomość i nie popełniał nieświadomie tego samego błędu w przyszłości. Wszystko dla jego dobra. Przygryzłam wargę i westchnęłam. Z tym człowiekiem nie da się delikatnie.
- Do tego, że groziła ci ruina i to zaledwie na drugi dzień po twoim wyjeździe! - odpowiedziałam dobitnie i widziałam, że aż go przysłowiowo zatkało. Zapanowała cisza, która tłukła się po wnętrzu mojej czaszki jak zawodowy kickbokser. Mężczyzna siedział przez chwilę w osłupieniu i przypominał złotą rybkę z czupryną kruczoczarnych włosów. Naprzemiennie otwierał i zamykał usta, nie mogąc wykrztusić z siebie słowa. Nalałam mu do szklanki wody i podałam, żeby biedak mógł zwilżyć oniemiałe usta. Napił się łapczywie, prawie się przy tym krztusząc. Nie było mi miło patrzeć na taką reakcję, ale ciągle powtarzałam sobie, że postępuje słusznie. Wydarzyło się zbyt wiele, żeby po prostu zamieść to pod dywan. Bałam się, żeby biedny John nie dostał zawału, ale mimo wszystko kontynuowałam. - Ta cała Anastasia zrobiła tu totalną rewolucję. Zaczęła wprowadzać jakieś dziwne zasady, utrudniać pobyt gościom, straszyć ich sądem, kiedy chcieli się wymeldować przed czasem i zwalniać pracowników. Co więcej zatrudniła sobie do pomocy swojego brata, Mattiasa i wypłaciła mu kierowniczą pensję, więc lepiej sprawdź czy cokolwiek masz odnotowane w papierach. - mężczyzna cały czas trzymał się za głowę i wyglądał naprawdę marnie. Nie chciałam fundować mu takiego stresu, ale nie chcąc, żeby Anastasia Montez została pracownikiem miesiąca, musiałam przedstawić mu całą prawdę.
- Z całym szacunkiem Mel, ale to co mówisz jest dość nieprawdopodobne.. - podniósł się z miejsca i zajrzał do opasłego segregatora z dokumentami. Powstrzymałam się ostatkiem sił, żeby nie klepnąć się z całej siły w czoło. On był taki naiwny! Nawet niczego nie sprawdził po powrocie. - Niemożliwe, żeby Ana była aż tak niekompetentna..
- Dlaczego uważasz, że to niemożliwe? Bo jest siostrą Carol? Wybacz, ale to kompletnie nic nie znaczy i nie ma z nią nic wspólnego. - odburknęłam, patrząc na niego z niemym politowaniem, kiedy gorączkowo szukał jakichkolwiek sprawozdań z tamtego tygodnia. Dobrze wiedziałam, że niczego tam nie znajdzie. - Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale nie jestem gołosłowna. - wyciągnęłam z kieszeni poskładaną w kostkę, różową kartkę, która informowała o zmianach dla gości w okresie panowania piekielnego rodzeństwa. Mężczyzna zwęził oczy i przeczytał od góry do dołu, sukcesywnie rozszerzając źrenice. - Zapytaj kogo chcesz, a potwierdzi moją wersję. Zwolniła Peggy i kazała jej się wynosić z hotelu, rozumiesz? - spojrzałam mu twardo w oczy.
- Nie wiedziałem.. - wyjąkał, a ja powstrzymałam się od złośliwego komentarza. Gdyby mnie słuchał, kiedy do niego dzwoniłam, wiedziałby co się dzieje.
- Nie martw się, jak widzisz sytuacja jest opanowana, a Peggy nadal tu pracuję, chociaż osobiście uważam, że należy jej się jakaś rekompensata za te nieprzyjemności. - zaproponowałam, chociaż w moim głosie pojawiła się nuta niepewności.
- Masz rację, Mel. Peggy zdecydowanie należy się podwyżka i to od dłuższego czasu. - powiedział nieprzytomnie John, układając papiery w równą stertę. - Jak mogłem dopuścić do takiego stanu, co mnie oślepiło? - podparł czoło dłońmi, a ja przemilczałam to pytanie, wymownie wbijając wzrok w podłogę.
- Nie martw się, zapanowaliśmy nad sytuacją i nie stało się nic wielkiego, chociaż mogło. - powiedziałam, a chrzestny podniósł na mnie wzrok. Wyczułam sytuacją i dodałam prędko. - Absolutnie nie mówię ci o tym, żeby się gloryfikować, czy dlatego, że oczekuję za to jakiejś nagrody, chociaż nowa suszarka by się przydała, ale nie naciskam. Mówię ci o tym, żebyś na drugi raz uważał przy osobach, które są jedynie z czyjegoś polecenia, bo jak widać nie zawsze można im ufać. - posłałam mu delikatny uśmiech, który słabo odwzajemnił.
- Poczekaj na mnie, to wrócimy razem do domu. - przytulił mnie mocno i ucałował w czubek głowy, a ja nie pytając już o nic, z ciężkim sercem wyszłam z pomieszczenia. Niemal czułam jak zamykając drzwi, bezpowrotnie wynoszę na plecach bezgraniczne zaufanie Johna do obcych ludzi i Carol.
*****
Siedziałam pod obszernym parasolem w kawiarni przed hotelem, popijając wodę z cytryną z Neymarem u boku. Patrzyliśmy na słońce, które chyliło się już ku zachodowi. Było mi cholernie głupio mimo, że od dawna planowałam powiedzieć o wszystkim Johnowi.
- Prawda czasami musi być przykra, nie przejmuj się, mała. - usłyszałam ciepły głos po swojej lewej stronie. Spojrzałam na Brazylijczyka z nikłym uśmiechem.
- Nie mówmy o tym. Co się stało to się nie odstanie. - odpowiedziałam spokojnie, odstawiając szklankę na stolik.
- Pomówmy o czymś przyjemniejszym, może wakacje? - chłopak wyszczerzył się w śnieżnobiałym uśmiechu, opierając się plecami o drewniane krzesło.
- Wakacje? Ja tu mam wieczne wakacje. - roześmiałam się, unosząc brwi do góry. Piłkarz pokręcił głową i nachylił się konspiracyjnie.
- Chodzi mi o takie bardziej egzotyczne wakacje, w przerwie kiedy skończymy sezon, ty zamkniesz rok w szkole.. - mrugnął bursztynowym od słońca okiem, a ja rozciągnęłam usta w szerszym uśmiechu.
- Po co czekać? - zażartowałam i ściągnęłam mu z czubka nosa okulary, które wylądowały po chwili na mojej bladej twarzy. Wyciągnęłam kopytka pod stolikiem i zrobiłam rozmarzoną minę. - Wsiądźmy teraz w jakiś samolot i lećmy przed siebie. - powiedziałam patrząc w niebo nad naszymi głowami.
- Jesteś szalona. - zaśmiał się chłopak i poczochrał odruchowo swoje nastroszone na czubku głowy włosy. - Teraz nie mogę bo jutro urządzam chrzciny mojego nowego domu. Oczywiście jesteś zaproszona. - zamachał wesoło brwiami, a ja zwróciłam na niego swój wzrok, opuszczając okulary niżej, żeby móc go normalnie zobaczyć.
- Jestem zaszczycona panie da Silva Santos. - posłałam mu uśmiech i splotłam swoje palce z jego długimi, opalonymi palcami, spoczywającymi na oparciu mojego krzesła.
Po bliżej nieokreślonym czasie z hotelu wyszedł John, który machnął w moim kierunku dłonią, co zapewne znaczyło: "Pospiesz się, bo w przeciwnym razie wracasz na piechotę". Uroczo.
Pożegnałam się z Brazylijczykiem czułym pocałunkiem i pobiegłam za moim chrzestnym z nieprzyzwoicie długimi nogami, co dodało mi kilka dodatkowych przerzutek w mojej skali szybkości, kiedy musiałam za nim gonić. W samochodzie panowała luźna atmosfera, jednak czułam w kościach, że kiedy tylko wrócimy do domu, zacznie się prawdziwa jatka. Z jednej strony powinnam się cieszyć, że wreszcie kryształowość Carol rozsypie się w drobny mak i to tuż pod moimi stopami, ale z drugiej nie byłabym dumna z tego, że zrównałam z ziemią związek Johna, w którym był szczęśliwy.
W domu paliło się tylko jedno światło, kiedy weszliśmy do środka, poczułam jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. W jadalni siedziała Carol i wypełniała jakieś papiery, co oznaczało, że konfrontacja była nieunikniona. Zdjęłam buty, ociągając się przy tym bardziej niż zwykle, ponieważ uśmiech chrzestnego prysł jak bańka mydlana.
- Masz mi coś do powiedzenia na temat twojej siostry? - zaczął od progu, a zaskoczona kobieta zdjęła z nosa okulary i odsunęła papiery na bok, przyglądając się swojemu partnerowi.
- Nie rozumiem John, o co chodzi? - zapytała marszcząc brwi zupełnie tak samo jak mój chrzestny przed paroma godzinami w swoim gabinecie. Obserwowałam całą tą sytuację stojąc w zaciemnionym przedpokoju i modląc się, żeby John zapomniał o mojej obecności.
- Jak mogłaś polecić kogoś tak nieprzystosowanego, niekompetentnego i mającego chyba nie po kolei w głowie?! - podniósł głos i uderzył szklanką w blat, a ja aż podskoczyłam na ten dźwięk. Nigdy go takiego nie widziałam. Przerażenie z zaskoczeniem mieszało się na mojej twarzy, jednak Carol była zupełnie spokojna.
- Nie krzycz Kochanie. - powiedziała nieco znudzonym głosem. - Kto ci naopowiadał takich głupot? Anastasia to specjalistka w kierowaniu hotelami. - zapytała, a ja nie wytrzymałam i wyskoczyłam z ukrycia zanim chrzestny zdołał w ogóle się odezwać.
- Specjalistka?! Chyba w rujnowaniu hoteli, albo konkretnie tego. - prychnęłam, mierząc ją zirytowanym spojrzeniem. Kobieta uśmiechnęła się kpiąco i zwróciła ponownie do Johna.
- Ona ci naopowiadała tych wszystkich bredni? Nawet nie mów, że jej wierzysz.. - spojrzała na mężczyznę, a we mnie momentalnie się zagotowało. Wyobraziłam sobie jak w przeciągu kilku następnych minut Carol wylatuje za drzwi, a jej walizka ląduje centralnie na jej pustej głowie. Ile bym dała, żeby zobaczyć na jawie takie przedstawienie z nią w roli głównej. Za to nie zapłacisz żadną kartą kredytową.
- Carol, to nie jest jedynie jej opinia. Pracownicy i goście potwierdzają jej wersję. - powiedział mężczyzna, a ja wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia. Zrobił wywiad środowiskowy? Zwariował do reszty..
- Tej smarkuli wiecznie coś nie pasuje, może ich przekupiła? - to stwierdzenie było tak niedorzeczne, że nawet nie miałam siły się roześmiać. Obdarzyłam na kobietę pogardliwym spojrzeniem, które miałam zarezerwowane jedynie dla naprawdę beznadziejnych przypadków i zacisnęłam pięści ze złości.
- Wszystkich gości w hotelu?! I całą FC Barcelonę? - zapytałam ironicznym tonem, na co ona tylko wzruszyła ramionami.
- Cóż, to nie takie trudne. Myślę, że ich łatwo czymkolwiek przekupić. - odpowiedziała pewnym siebie tonem. Zdawałam sobie sprawę, że mord mam wypisany na twarzy.
- W takim razie zapytaj twojego syna chyba, że on też w twoim mniemaniu jest w stanie się tak łatwo sprzedać. - rzuciłam rozwścieczona i pobiegłam na górę. Zastukałam do drzwi Basha jednak nikt nie odpowiadał. Jak zwykle go nie było, wtedy kiedy był potrzebny. Zrezygnowana powędrowałam do swojego pokoju i zamknęłam drzwi. Nie zapalając światła, położyłam się na łóżku i włączyłam muzykę, żeby uspokoić poszarpane nerwy. Zamknęłam oczy i wyłączyłam świadomość, całkowicie odpływając do krainy snu.
*****
Ten poranek był przyjemniejszy niż kiedykolwiek i w moim wykonaniu również o wiele bardziej zorganizowany. Wszystko kierowane silnym uczuciem niechęci do partnerki wuja, z którą wybitnie nie miałam ochoty się spotkać. Nawet perspektywa siedzenia w szkole nie była tak straszna, jak mus przebywania z tą kobietą, po tym co wczoraj powiedziała. Miałam jej serdecznie dość, a moje obawy co do jej wiarygodności tylko przybrały na sile.
- Spałaś coś dzisiaj? - zapytała Nadine, kiedy opadłam na stołówkowe krzesło tuż obok niej.
- Tak, czemu pytasz? - mruknęłam nieprzytomnie, ponieważ mimo rześkiego poranka, miałam kiepską noc. Atmosfera jaka panowała w domu nie sprzyjała na pewno spokojnemu spaniu.
- Bo wyglądasz okropnie. - rzuciła, nadgryzając ogromną kanapkę.
- Dzięki, to właśnie chciałam usłyszeć. - uśmiechnęłam się krzywo w stronę dziewczyny i upiłam łyk kawy z jej kubka. Nie zaprotestowała, zajmując się swoim śniadaniem. - Ney powiedział, żebym cię zaprosiła na dzisiejszą imprezę, przyjdziesz? - zapytałam, a dziewczyna zatrzymała zęby w bułce i popatrzyła na mnie przestraszonym wzrokiem. Wyglądała komicznie i musiałam się naprawdę powstrzymać, żeby nie parsknąć śmiechem. Nadal nie spuszczając ze mnie wzroku, przeżuła liść sałaty, przypominając małego, puchatego królika z czarno-niebieską sierścią.
- Nie wiem czy to dobry pomysł.. - odpowiedziała po chwili, zabierając mi kubek i upijając spory łyk ciepłego płynu.
- Niby dlaczego? Uwierz, że z nimi nie da się nudzić, na pewno będzie extra. - przemilczała moje słowa, udając wielkie zainteresowanie swoją plastikową łyżeczką, którą zawzięcie mieszała rozpuszczony już dawno cukier. - Może inaczej, skąd znasz Sergiego? - uderzyłam prosto z mostu po czym usłyszałam głuchy jęk, kiedy kolano Nadine wylądowało na stolikowej belce. Nie miałam złudzeń, że nie był jej obojętny, skoro za każdym razem tak dziwnie na niego reagowała.
- Jakiego Sergiego? - udała idiotkę i z uporem wpatrywała się w swoje zadbane dłonie.
- Sergiego Sampera, lat 20, piłkarza FC Barcelony, grającego na pozycji pomocnika.. - zaczęłam wymieniać na głos, a wtedy dziewczyna złapała mnie za rękę i ściągnęła twarz do blatu stolika.
- Nie tak głośno! - rozejrzała się konspiracyjnie, ale każdy zajęty był swoimi sprawami. Uniosłam brwi do góry w niemym oczekiwaniu. Nad westchnęła tak ciężko, jakby miała mi wyjawić receptę na nieśmiertelność. - Poznaliśmy się jakieś dwa miesiące temu na imprezie w jakimś klubie w centrum Barcelony. Było fajnie, spodobał mi się, ale skończyło się dość kiepsko..
- Czyli jak..? - zrobiłam wielkie oczy, ale ona jedynie trzepnęła mnie w ramię.
- Nie tak jak myślisz. - wywróciła oczami i ściszyła głos jeszcze bardziej. - Wstyd się przyznać, ale trochę za dużo wypiłam i kiedy już było naprawdę extra, puściłam pawia. Prosto na jego buty, myślałam, że tego nie przeżyje..
- Co zrobiłaś?! - wypsnęło mi się trochę za głośno, a kilkoro przechodzących obok uczniów, spojrzało na nas jak na wariatki, kiedy Nadine wyrzuciła z pretensją w góre swoje górne kończyny.
- Zamknij się. - pisnęła, a ja wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem. Nie zwracałam uwagi na to, że przyjaciółka morduje mnie spojrzeniem, po prostu nie mogłam się powstrzymać.
- To dzisiaj będziesz miała okazję to naprawić, bo on też tam będzie.. - rzuciłam i ruszyłam w stronę klasy, machając do niej telefonem.
- Nie waż się! - krzyknęła z przerażeniem wymalowanym na twarzy.
- Za późno. - odkrzyknęłam z szerokim uśmiechem i upewniłam się, że Samper potwierdził swoją wizytę w skromnym przybytku Neymara. Teraz wystarczyło tylko zaciągnąć tam tą upartą oślicę.
Matura, matura i po maturze! :D
Nareszcie wakacje, chociaż z drugiej strony w szkole nigdy nie było nudno. Wieeeeeeelkim plusem za to jest fakt, że teraz będę miała o wiele więcej czasu na pisanie rozdziałów i powinny pojawiać się one częściej niż ostatnio ( wiem, że 3 tygodnie to zbyt dużo ;c ). :*
Dziękuję wszystkim za wyrozumiałość oraz za trzymanie kciuków, bo każda pomoc się przydała :)
Co do rozdziału, to mam nadzieję, że jego długość zrekompensuje długość czekania, a o jakości zdecydujecie sami :)
Czekam na Wasze opinie i mam nadzieję, że nie będziecie rozczarowani. Co złego to nie ja :)
Tęskniłam i mam nadzieję, że do napisania niedługo :*
Ciao. <3
- Cześć Melisa! - krzyknął chłopak z szerokim uśmiechem, a ja przeklinając w duchu moją wrodzoną zdolność do nierzucania się w oczy, odmachałam mu i rozciągnęłam usta w zakłopotanym uśmiechu. Wciągnęłam z powrotem swoją ciekawską głowę na korytarz, po którym nadal błąkała się, widocznie wytrącona z równowagi, Nadine.
- Nie ma tak dobrze kochana. - mruknęłam pod nosem, podeszłam do dziewczyny i chwyciłam ją za łokieć, ciągnąc w stronę wyjścia na stadion. Skoro już nas ktoś zauważył, nie wypadało tak bez wyjaśnienia zniknąć. Gdybyśmy teraz wyszły, mogę się założyć o pół mojego domu, że przez następny miesiąc nie mogłabym sobie poradzić ze złośliwymi docinkami ze strony piłkarzy Blaugrany. Było mi szkoda Nad, chociaż nawet nie wiedziałam dokładnie co ją tak odstraszyło, bo Samper to całkiem miły chłopak. Może trochę nieśmiały jak dla niej, dlatego tym bardziej nie powinien jej tak stresować. Cena mojego świętego spokoju była wysoka, jednak spokój to to, co cenię sobie najbardziej. - Pogadamy o tym później, a teraz wybacz. - szepnęłam jej na ucho i niemalże kopniakiem wypchnęłam na murawę, gdzie piłkarze właśnie schodzili się do "wodopoju".
- Zabije cię we śnie.. - syknęła, ale ja tylko szturchnęłam ją łokciem w żebra, dając tym samym znak, żeby się uśmiechała i na razie nic nie mówiła.
- Miło was widzieć panowie. - przywitałam się czule z Katalończykami, przy Neymarze zatrzymując się stosunkowo dłużej i czulej. - Poznajcie Nadine. - zaprezentowałam dziewczynę dłonią, a ona machnęła swoją niczym robot. Miałam ochotę palnąć się dłonią w czoło. Gdzie podziała się ta zadziora, która jeszcze godzinę temu groziła szkolnemu cwaniakowi, że powiesi go za gacie na maszcie od sztandaru?
- Cześć Nadine. - odpowiedzieli chórem, podśmiewując się pod nosami z widocznej nieśmiałości ich gościa. - Młody, a ty się nie przedstawisz? - Xavi szturchnął Sergiego, który jak wmurowany w ziemię stał koło niego i patrzył z niedowierzaniem na niebieską. Miałam wrażenie, że jak przyjrzeć mu się bliżej to zdążył zapuścić już w tym miejscu korzenie, bo stał tam całe wieki, zanim łaskawie otworzył usta.
- My się już znamy.. - wydukał wreszcie, a reszta zawyła z uciechy. Rozejrzałam się po nich z dezaprobatą, dając im do zrozumienia, że są naprawdę okropni.
- Poznałaś już naszego Sergiego? - zaśmiał się Marc, machając zabawnie brwiami.
- To pewnie opowiadał ci jak poszła plota, że depiluje sobie nogi, bo Mel musiała się za niego przebrać? - zawsze niezawodny Gerard stał się nagle ulubieńcem publiczności, chociaż chyba ja i Samper mieliśmy inne zdanie w tym temacie. Obydwoje zgromiliśmy go wzrokiem. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię tak głęboko, żeby odkopali mnie dopiero jacyś nieszczęśnicy na plantacji ryżu w Chinach. Wyraz twarzy Nadine był totalnie nie do odgadnięcia, chociaż miałam nieodparte wrażenie, że w środku właśnie dusi się ze śmiechu. Po rozluźniającym się ścisku szczęki poznałam, że dziewczyna powoli oswaja się z otoczeniem.
- Nie mieliśmy zbyt dużo okazji do rozmowy, ale to brzmi całkiem ciekawie. - usłyszałam ożywiony głos i szeroki uśmiech przyjaciółki, który spotkał się ochoczymi ponaglaniami do kontynuowania tematu przez Pique ze strony chłopaków. On sam zagarnął ją ramieniem i zaczął snuć opowieść, która w rzeczywistości wcale nie była pasjonująca.
- Już nigdy nie oddam ci mojego deseru zdrajco! - krzyknęłam za nim, ale spotkałam się jedynie z wesołym wybuchem śmiechu. Brazylijczyk oczywiście pajacował razem z innymi. Można powiedzieć, że był w sztabie honorowym loży szyderców, która niepostrzeżenie utworzyła się na Camp Nou przez kilkoma minutami. Spojrzałam na Sergiego, który nadal stał bez ruchu i wpatrywał się zbolałym wzrokiem w oddalającą się Nadine. Po jego minie i wcześniejszym zachowaniu dziewczyny byłam prawie pewna, że coś jest albo było między nimi na rzeczy. - Nic się nie martw, my wiemy jak było i to najważniejsze. - położyłam mu dłoń na ramieniu i uśmiechnęłam się serdecznie, co chłopak po chwili odwzajemnił.
*****
- Jesteście totalnie nieprzystosowani do stosunków międzyludzkich. - burknęłam z wyrzutem, kiedy razem z gromadą piłkarzy weszłam do hotelu. Miałam porozmawiać z Johnem o tym felernym czasie, kiedy puścił rękę z hotelowego pulsu, ale niestety musiałam czekać jak każdy inny śmiertelnik, ponieważ on dla nikogo nigdy nie ma czasu. Zastanawiałam się kiedyś, czy gdyby zadzwonił papież, to czy John nie odpowiedziałby machinalnie do słuchawki "Sorry, teraz nie mogę gadać, ale zapiszę cię na najbliższy termin". Dramatycznie żałosny przypadek.
- O co ci chodzi mała? - zaśmiał się Leo, który szedł po mojej prawej stronie i zrobił minę słownikowego "niewiniątka". Wywróciłam oczami.
- No jakbyś nie wiedział.. - syknęłam delikatnie kiwając głową do tyłu, gdzie oddalony od nas kilkoma warstwami piłkarzy, szedł Sergi.
- Bo zacznę być zazdrosny. - upomniał się Ney i mocniej ścisnął moją lewą dłoń, na co spojrzałam na niego z niemym politowaniem. On roześmiał się w odpowiedzi i przybił piątkę z Argentyńczykiem nad moją głową. Palnęłam się w czoło i pokręciłam ze zrezygnowaniem głową.
- Jak dzieci.. - mruknęłam pod nosem i ruszyłam przed siebie zostawiając ich za sobą. Słyszałam jeszcze za sobą ich rozbawione krzyki, ale nie zaszczyciłam ich niczym poza środkowym palcem, na co zareagowali równie "poważnie".
Czekałam przed drzwiami chrzestnego, nerwowo wyginając palce. Nie zdawałam sobie sprawy dlaczego to robię, w końcu nie miałam nic do ukrycia. Jaki był więc tego powód? Bardzo prosty: nie miałam na imię Carol. Miałam wrażenie, że ostatnimi czasy ona była prawdziwym asem, który przebijał wszystkie inne argumenty. Wiedziałam, że muszę dobierać słowa ostrożniej niż kiedykolwiek, żeby nie trafić w czuły punkt, który przekreśliłby całą moją wersję wydarzeń. Nie chciałam usłyszeć czegoś w stylu: "Przesadzasz, na pewno nie było aż tak strasznie. Po prostu jesteś uprzedzona do Carol".
Wydawało mi się, że czekałam w nieskończoność. Nienawidziłam czekać, ponieważ to właśnie wtedy w człowieku narasta to dziwne, niewytłumaczalne uczucie strachu, który zbyt długo pielęgnowany, paraliżuje. Nie mogłam sobie teraz na to pozwolić. Kiedy w końcu uchyliły się drewniane, masywne drzwi od gabinetu wuja, wsunęłam ostrożnie głowę, po czym widząc jak kończy rozmawiać przez telefon, przycupnęłam na jednym z wygodnych foteli nieopodal biurka. Obserwowałam go uważnie, jak żywiołowo gestykuluje, jak konkretnie rozmawia, jaki ma poważny i zdecydowany ton głosu. W niczym nie przypominał roztrzepanego Johna, którego znałam z domu. Wyprostowałam się i odchrząknęłam, aby pozbyć się nieznośnej guli, która zadomowiła się w moim gardle.
- To o czym chciałaś pogadać? - usłyszałam spokojny głos za plecami i aż podskoczyłam, bo w ogóle nie zarejestrowałam momentu, w którym mężczyzna przestał prowadzić konwersację przez służbowy telefon.
- Lepiej usiądź.. - zaczęłam niezbyt zgrabnie, a i z subtelnością nie miało to wiele wspólnego, jednak John posłusznie usiadł naprzeciwko mnie i odłożył komórkę na blat. Przełknęłam ślinę ze zdenerwowania. Bo jak tu mu powiedzieć, że jego ukochana ściągnęła takie nieszczęście na jego hotel? Delikatnie raczej nie da się tego załatwić, poza tym sama nie zamierzałam jej usprawiedliwiać. Z tyłu mojej głowy bowiem nadal kłębiły się nieznośne myśli o tym, że może zrobiła to specjalnie. Chciała doprowadzić ten hotel do ruiny, a później wykupić go za bezcen i zostawić Johna z niczym. Nie zamierzałam jednak mówić mu o swoich podejrzeniach, ponieważ były one zbyt poważne, a ja nie posiadałam na nie żadnych dowodów. Jedynym był fakt, że Anastasia i jej przygłupi braciszek byli bliskimi kuzynami Caroline, ale to nadal zbyt mało. Ja też nie odpowiadam za to co robi moja rodzina, więc nie mogłam osądzać jej ich miarą.
- Siedzę i zamieniam się w słuch - posłał mi przyjazny uśmiech, na co odpowiedziałam krzywym grymasem, który owy uśmiech miał przypominać. Odetchnęłam głęboko i puściłam wolno swoje i tak zmaltretowane palce. Musiałam skończyć z tym głupim nawykiem, bo groziło mi, że za niedługo zacznę sobie łokcie wyłamywać, kiedy mi palców braknie.
- Wiesz.. kiedy wyjechałeś z Carol na zasłużony urlop zatrudniłeś Anę. - powiedziałam powoli, obserwując uważnie jego twarz, aby móc z niej odczytać czy przypomina sobie ten fakt. Kiedy wrócił, wszystko było na swoim miejscu, więc nie musiał szukać odpowiedzialnej za zniszczenia osoby, żeby później odgryźć jej głowę. Tym samym mógł nawet nie zarejestrować faktu, że ktoś zajmował się tym hotelem podczas jego nieobecności. Tak, było to do niego podobne.
- Kuzynkę Caroline, pamiętam. - odpowiedział po chwili zastanowienia. - I co w związku z tym? - zapytał opierając się plecami o oparcie miękkiego fotela.
- To, że nie był to dobry wybór John, hotel stanął na czułkach. - odparłam delikatnym tonem, widząc jak jego czoło marszczy się w dość nienaturalny sposób. Całe szczęście, że ta pusta lala nie namówiła go jeszcze na żaden botox, bo chybaby w tym momencie eksplodował.
- Do czego zmierzasz, Mel? - ton jego głosu zmienił się na nieco twardszy, ale postanowiłam się nie zrażać. Wiedziałam, że tak jak żaden facet, nie lubi kiedy trzeba mu zwrócić uwagę na złą decyzję, jednak to konieczne, żeby miał jej świadomość i nie popełniał nieświadomie tego samego błędu w przyszłości. Wszystko dla jego dobra. Przygryzłam wargę i westchnęłam. Z tym człowiekiem nie da się delikatnie.
- Do tego, że groziła ci ruina i to zaledwie na drugi dzień po twoim wyjeździe! - odpowiedziałam dobitnie i widziałam, że aż go przysłowiowo zatkało. Zapanowała cisza, która tłukła się po wnętrzu mojej czaszki jak zawodowy kickbokser. Mężczyzna siedział przez chwilę w osłupieniu i przypominał złotą rybkę z czupryną kruczoczarnych włosów. Naprzemiennie otwierał i zamykał usta, nie mogąc wykrztusić z siebie słowa. Nalałam mu do szklanki wody i podałam, żeby biedak mógł zwilżyć oniemiałe usta. Napił się łapczywie, prawie się przy tym krztusząc. Nie było mi miło patrzeć na taką reakcję, ale ciągle powtarzałam sobie, że postępuje słusznie. Wydarzyło się zbyt wiele, żeby po prostu zamieść to pod dywan. Bałam się, żeby biedny John nie dostał zawału, ale mimo wszystko kontynuowałam. - Ta cała Anastasia zrobiła tu totalną rewolucję. Zaczęła wprowadzać jakieś dziwne zasady, utrudniać pobyt gościom, straszyć ich sądem, kiedy chcieli się wymeldować przed czasem i zwalniać pracowników. Co więcej zatrudniła sobie do pomocy swojego brata, Mattiasa i wypłaciła mu kierowniczą pensję, więc lepiej sprawdź czy cokolwiek masz odnotowane w papierach. - mężczyzna cały czas trzymał się za głowę i wyglądał naprawdę marnie. Nie chciałam fundować mu takiego stresu, ale nie chcąc, żeby Anastasia Montez została pracownikiem miesiąca, musiałam przedstawić mu całą prawdę.
- Z całym szacunkiem Mel, ale to co mówisz jest dość nieprawdopodobne.. - podniósł się z miejsca i zajrzał do opasłego segregatora z dokumentami. Powstrzymałam się ostatkiem sił, żeby nie klepnąć się z całej siły w czoło. On był taki naiwny! Nawet niczego nie sprawdził po powrocie. - Niemożliwe, żeby Ana była aż tak niekompetentna..
- Dlaczego uważasz, że to niemożliwe? Bo jest siostrą Carol? Wybacz, ale to kompletnie nic nie znaczy i nie ma z nią nic wspólnego. - odburknęłam, patrząc na niego z niemym politowaniem, kiedy gorączkowo szukał jakichkolwiek sprawozdań z tamtego tygodnia. Dobrze wiedziałam, że niczego tam nie znajdzie. - Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale nie jestem gołosłowna. - wyciągnęłam z kieszeni poskładaną w kostkę, różową kartkę, która informowała o zmianach dla gości w okresie panowania piekielnego rodzeństwa. Mężczyzna zwęził oczy i przeczytał od góry do dołu, sukcesywnie rozszerzając źrenice. - Zapytaj kogo chcesz, a potwierdzi moją wersję. Zwolniła Peggy i kazała jej się wynosić z hotelu, rozumiesz? - spojrzałam mu twardo w oczy.
- Nie wiedziałem.. - wyjąkał, a ja powstrzymałam się od złośliwego komentarza. Gdyby mnie słuchał, kiedy do niego dzwoniłam, wiedziałby co się dzieje.
- Nie martw się, jak widzisz sytuacja jest opanowana, a Peggy nadal tu pracuję, chociaż osobiście uważam, że należy jej się jakaś rekompensata za te nieprzyjemności. - zaproponowałam, chociaż w moim głosie pojawiła się nuta niepewności.
- Masz rację, Mel. Peggy zdecydowanie należy się podwyżka i to od dłuższego czasu. - powiedział nieprzytomnie John, układając papiery w równą stertę. - Jak mogłem dopuścić do takiego stanu, co mnie oślepiło? - podparł czoło dłońmi, a ja przemilczałam to pytanie, wymownie wbijając wzrok w podłogę.
- Nie martw się, zapanowaliśmy nad sytuacją i nie stało się nic wielkiego, chociaż mogło. - powiedziałam, a chrzestny podniósł na mnie wzrok. Wyczułam sytuacją i dodałam prędko. - Absolutnie nie mówię ci o tym, żeby się gloryfikować, czy dlatego, że oczekuję za to jakiejś nagrody, chociaż nowa suszarka by się przydała, ale nie naciskam. Mówię ci o tym, żebyś na drugi raz uważał przy osobach, które są jedynie z czyjegoś polecenia, bo jak widać nie zawsze można im ufać. - posłałam mu delikatny uśmiech, który słabo odwzajemnił.
- Poczekaj na mnie, to wrócimy razem do domu. - przytulił mnie mocno i ucałował w czubek głowy, a ja nie pytając już o nic, z ciężkim sercem wyszłam z pomieszczenia. Niemal czułam jak zamykając drzwi, bezpowrotnie wynoszę na plecach bezgraniczne zaufanie Johna do obcych ludzi i Carol.
*****
Siedziałam pod obszernym parasolem w kawiarni przed hotelem, popijając wodę z cytryną z Neymarem u boku. Patrzyliśmy na słońce, które chyliło się już ku zachodowi. Było mi cholernie głupio mimo, że od dawna planowałam powiedzieć o wszystkim Johnowi.
- Prawda czasami musi być przykra, nie przejmuj się, mała. - usłyszałam ciepły głos po swojej lewej stronie. Spojrzałam na Brazylijczyka z nikłym uśmiechem.
- Nie mówmy o tym. Co się stało to się nie odstanie. - odpowiedziałam spokojnie, odstawiając szklankę na stolik.
- Pomówmy o czymś przyjemniejszym, może wakacje? - chłopak wyszczerzył się w śnieżnobiałym uśmiechu, opierając się plecami o drewniane krzesło.
- Wakacje? Ja tu mam wieczne wakacje. - roześmiałam się, unosząc brwi do góry. Piłkarz pokręcił głową i nachylił się konspiracyjnie.
- Chodzi mi o takie bardziej egzotyczne wakacje, w przerwie kiedy skończymy sezon, ty zamkniesz rok w szkole.. - mrugnął bursztynowym od słońca okiem, a ja rozciągnęłam usta w szerszym uśmiechu.
- Po co czekać? - zażartowałam i ściągnęłam mu z czubka nosa okulary, które wylądowały po chwili na mojej bladej twarzy. Wyciągnęłam kopytka pod stolikiem i zrobiłam rozmarzoną minę. - Wsiądźmy teraz w jakiś samolot i lećmy przed siebie. - powiedziałam patrząc w niebo nad naszymi głowami.
- Jesteś szalona. - zaśmiał się chłopak i poczochrał odruchowo swoje nastroszone na czubku głowy włosy. - Teraz nie mogę bo jutro urządzam chrzciny mojego nowego domu. Oczywiście jesteś zaproszona. - zamachał wesoło brwiami, a ja zwróciłam na niego swój wzrok, opuszczając okulary niżej, żeby móc go normalnie zobaczyć.
- Jestem zaszczycona panie da Silva Santos. - posłałam mu uśmiech i splotłam swoje palce z jego długimi, opalonymi palcami, spoczywającymi na oparciu mojego krzesła.
Po bliżej nieokreślonym czasie z hotelu wyszedł John, który machnął w moim kierunku dłonią, co zapewne znaczyło: "Pospiesz się, bo w przeciwnym razie wracasz na piechotę". Uroczo.
Pożegnałam się z Brazylijczykiem czułym pocałunkiem i pobiegłam za moim chrzestnym z nieprzyzwoicie długimi nogami, co dodało mi kilka dodatkowych przerzutek w mojej skali szybkości, kiedy musiałam za nim gonić. W samochodzie panowała luźna atmosfera, jednak czułam w kościach, że kiedy tylko wrócimy do domu, zacznie się prawdziwa jatka. Z jednej strony powinnam się cieszyć, że wreszcie kryształowość Carol rozsypie się w drobny mak i to tuż pod moimi stopami, ale z drugiej nie byłabym dumna z tego, że zrównałam z ziemią związek Johna, w którym był szczęśliwy.
W domu paliło się tylko jedno światło, kiedy weszliśmy do środka, poczułam jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. W jadalni siedziała Carol i wypełniała jakieś papiery, co oznaczało, że konfrontacja była nieunikniona. Zdjęłam buty, ociągając się przy tym bardziej niż zwykle, ponieważ uśmiech chrzestnego prysł jak bańka mydlana.
- Masz mi coś do powiedzenia na temat twojej siostry? - zaczął od progu, a zaskoczona kobieta zdjęła z nosa okulary i odsunęła papiery na bok, przyglądając się swojemu partnerowi.
- Nie rozumiem John, o co chodzi? - zapytała marszcząc brwi zupełnie tak samo jak mój chrzestny przed paroma godzinami w swoim gabinecie. Obserwowałam całą tą sytuację stojąc w zaciemnionym przedpokoju i modląc się, żeby John zapomniał o mojej obecności.
- Jak mogłaś polecić kogoś tak nieprzystosowanego, niekompetentnego i mającego chyba nie po kolei w głowie?! - podniósł głos i uderzył szklanką w blat, a ja aż podskoczyłam na ten dźwięk. Nigdy go takiego nie widziałam. Przerażenie z zaskoczeniem mieszało się na mojej twarzy, jednak Carol była zupełnie spokojna.
- Nie krzycz Kochanie. - powiedziała nieco znudzonym głosem. - Kto ci naopowiadał takich głupot? Anastasia to specjalistka w kierowaniu hotelami. - zapytała, a ja nie wytrzymałam i wyskoczyłam z ukrycia zanim chrzestny zdołał w ogóle się odezwać.
- Specjalistka?! Chyba w rujnowaniu hoteli, albo konkretnie tego. - prychnęłam, mierząc ją zirytowanym spojrzeniem. Kobieta uśmiechnęła się kpiąco i zwróciła ponownie do Johna.
- Ona ci naopowiadała tych wszystkich bredni? Nawet nie mów, że jej wierzysz.. - spojrzała na mężczyznę, a we mnie momentalnie się zagotowało. Wyobraziłam sobie jak w przeciągu kilku następnych minut Carol wylatuje za drzwi, a jej walizka ląduje centralnie na jej pustej głowie. Ile bym dała, żeby zobaczyć na jawie takie przedstawienie z nią w roli głównej. Za to nie zapłacisz żadną kartą kredytową.
- Carol, to nie jest jedynie jej opinia. Pracownicy i goście potwierdzają jej wersję. - powiedział mężczyzna, a ja wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia. Zrobił wywiad środowiskowy? Zwariował do reszty..
- Tej smarkuli wiecznie coś nie pasuje, może ich przekupiła? - to stwierdzenie było tak niedorzeczne, że nawet nie miałam siły się roześmiać. Obdarzyłam na kobietę pogardliwym spojrzeniem, które miałam zarezerwowane jedynie dla naprawdę beznadziejnych przypadków i zacisnęłam pięści ze złości.
- Wszystkich gości w hotelu?! I całą FC Barcelonę? - zapytałam ironicznym tonem, na co ona tylko wzruszyła ramionami.
- Cóż, to nie takie trudne. Myślę, że ich łatwo czymkolwiek przekupić. - odpowiedziała pewnym siebie tonem. Zdawałam sobie sprawę, że mord mam wypisany na twarzy.
- W takim razie zapytaj twojego syna chyba, że on też w twoim mniemaniu jest w stanie się tak łatwo sprzedać. - rzuciłam rozwścieczona i pobiegłam na górę. Zastukałam do drzwi Basha jednak nikt nie odpowiadał. Jak zwykle go nie było, wtedy kiedy był potrzebny. Zrezygnowana powędrowałam do swojego pokoju i zamknęłam drzwi. Nie zapalając światła, położyłam się na łóżku i włączyłam muzykę, żeby uspokoić poszarpane nerwy. Zamknęłam oczy i wyłączyłam świadomość, całkowicie odpływając do krainy snu.
*****
Ten poranek był przyjemniejszy niż kiedykolwiek i w moim wykonaniu również o wiele bardziej zorganizowany. Wszystko kierowane silnym uczuciem niechęci do partnerki wuja, z którą wybitnie nie miałam ochoty się spotkać. Nawet perspektywa siedzenia w szkole nie była tak straszna, jak mus przebywania z tą kobietą, po tym co wczoraj powiedziała. Miałam jej serdecznie dość, a moje obawy co do jej wiarygodności tylko przybrały na sile.
- Spałaś coś dzisiaj? - zapytała Nadine, kiedy opadłam na stołówkowe krzesło tuż obok niej.
- Tak, czemu pytasz? - mruknęłam nieprzytomnie, ponieważ mimo rześkiego poranka, miałam kiepską noc. Atmosfera jaka panowała w domu nie sprzyjała na pewno spokojnemu spaniu.
- Bo wyglądasz okropnie. - rzuciła, nadgryzając ogromną kanapkę.
- Dzięki, to właśnie chciałam usłyszeć. - uśmiechnęłam się krzywo w stronę dziewczyny i upiłam łyk kawy z jej kubka. Nie zaprotestowała, zajmując się swoim śniadaniem. - Ney powiedział, żebym cię zaprosiła na dzisiejszą imprezę, przyjdziesz? - zapytałam, a dziewczyna zatrzymała zęby w bułce i popatrzyła na mnie przestraszonym wzrokiem. Wyglądała komicznie i musiałam się naprawdę powstrzymać, żeby nie parsknąć śmiechem. Nadal nie spuszczając ze mnie wzroku, przeżuła liść sałaty, przypominając małego, puchatego królika z czarno-niebieską sierścią.
- Nie wiem czy to dobry pomysł.. - odpowiedziała po chwili, zabierając mi kubek i upijając spory łyk ciepłego płynu.
- Niby dlaczego? Uwierz, że z nimi nie da się nudzić, na pewno będzie extra. - przemilczała moje słowa, udając wielkie zainteresowanie swoją plastikową łyżeczką, którą zawzięcie mieszała rozpuszczony już dawno cukier. - Może inaczej, skąd znasz Sergiego? - uderzyłam prosto z mostu po czym usłyszałam głuchy jęk, kiedy kolano Nadine wylądowało na stolikowej belce. Nie miałam złudzeń, że nie był jej obojętny, skoro za każdym razem tak dziwnie na niego reagowała.
- Jakiego Sergiego? - udała idiotkę i z uporem wpatrywała się w swoje zadbane dłonie.
- Sergiego Sampera, lat 20, piłkarza FC Barcelony, grającego na pozycji pomocnika.. - zaczęłam wymieniać na głos, a wtedy dziewczyna złapała mnie za rękę i ściągnęła twarz do blatu stolika.
- Nie tak głośno! - rozejrzała się konspiracyjnie, ale każdy zajęty był swoimi sprawami. Uniosłam brwi do góry w niemym oczekiwaniu. Nad westchnęła tak ciężko, jakby miała mi wyjawić receptę na nieśmiertelność. - Poznaliśmy się jakieś dwa miesiące temu na imprezie w jakimś klubie w centrum Barcelony. Było fajnie, spodobał mi się, ale skończyło się dość kiepsko..
- Czyli jak..? - zrobiłam wielkie oczy, ale ona jedynie trzepnęła mnie w ramię.
- Nie tak jak myślisz. - wywróciła oczami i ściszyła głos jeszcze bardziej. - Wstyd się przyznać, ale trochę za dużo wypiłam i kiedy już było naprawdę extra, puściłam pawia. Prosto na jego buty, myślałam, że tego nie przeżyje..
- Co zrobiłaś?! - wypsnęło mi się trochę za głośno, a kilkoro przechodzących obok uczniów, spojrzało na nas jak na wariatki, kiedy Nadine wyrzuciła z pretensją w góre swoje górne kończyny.
- Zamknij się. - pisnęła, a ja wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem. Nie zwracałam uwagi na to, że przyjaciółka morduje mnie spojrzeniem, po prostu nie mogłam się powstrzymać.
- To dzisiaj będziesz miała okazję to naprawić, bo on też tam będzie.. - rzuciłam i ruszyłam w stronę klasy, machając do niej telefonem.
- Nie waż się! - krzyknęła z przerażeniem wymalowanym na twarzy.
- Za późno. - odkrzyknęłam z szerokim uśmiechem i upewniłam się, że Samper potwierdził swoją wizytę w skromnym przybytku Neymara. Teraz wystarczyło tylko zaciągnąć tam tą upartą oślicę.
Matura, matura i po maturze! :D
Nareszcie wakacje, chociaż z drugiej strony w szkole nigdy nie było nudno. Wieeeeeeelkim plusem za to jest fakt, że teraz będę miała o wiele więcej czasu na pisanie rozdziałów i powinny pojawiać się one częściej niż ostatnio ( wiem, że 3 tygodnie to zbyt dużo ;c ). :*
Dziękuję wszystkim za wyrozumiałość oraz za trzymanie kciuków, bo każda pomoc się przydała :)
Co do rozdziału, to mam nadzieję, że jego długość zrekompensuje długość czekania, a o jakości zdecydujecie sami :)
Czekam na Wasze opinie i mam nadzieję, że nie będziecie rozczarowani. Co złego to nie ja :)
Tęskniłam i mam nadzieję, że do napisania niedługo :*
Ciao. <3
wtorek, 28 kwietnia 2015
29. Nic się nie martw, tu jest gdzie spać, dach nie przecieka, a i ja chyba nie jestem taki znowu najgorszy.
Kilka chwil po wiekopomnym zwycięstwie nad piekielnym rodzeństwem, siedziałam na miękkim fotelu w pięknym, białym Audi.
- Jest środek nocy, gdzie ty mnie ciągniesz? - uniosłam brwi do góry, śmiejąc się z ucieszonego wyrazu twarzy piłkarza, który jechał przed siebie ze wzrokiem utkwionym w czarnej jak noc drodze. - Ostrzegali mnie, że jesteś czubkiem, ale nie chciałam ich słuchać i proszę bardzo - teatralnie zaprezentowałam dłońmi przestrzeń. Neymar jedynie zaśmiał się pod nosem i podgłośnił radio, nucąc pod nosem. Bezczel.
Czas dłużył mi się niemiłosiernie, co zapewne było spowodowane ciekawością, która wyżerała mnie od środka z taką prędkością, że nawet samochód Brazylijczyka by jej nie dogonił. Była 2 w nocy, a my jakby nigdy nic mknęliśmy w ciemną noc. Moja nieprzyzwyczajona do jakiejkolwiek niewiedzy osoba, czuła się jak na najgorszych torturach, jednak w środku mojej głowy jakiś cichy głosik uspokajał całą resztę, szepcąc, że to nie może być nic złego ani nieprzyjemnego. Wyluzuj się Melisa i ciesz się życiem, w końcu masz o jeden, a właściwie nawet o dwa problemy mniej. Co może się dzisiaj nie udać?
- Wyskakuj, jesteśmy na miejscu. - wyrwana z zamyślenia, przycisnęłam nos do szyby, żeby przez otaczający mrok dostrzec cokolwiek, co naprowadziłoby mnie na trop naszego aktualnego położenia. Na nic jednak były moje próby skorzystania z "super mocy" widzenia w ciemnościach, ponieważ nie zobaczyłam kompletnie nic, a w dodatku tylko rozbolały mnie oczy i miałam nieodparte wrażenie, że zamarły w mało atrakcyjnym wytrzeszczu. Po prostu świetnie, chociaż ta ciemność akurat teraz nie byłaby taka zła, przynajmniej Ney nie widziałby mojego żabiego, ponętnego spojrzenia. Jak na złość nagle stała się jasność. Tak właśnie, po prostu się stała, totalnie znikąd. Oślepiające reflektory sprawiły, że cofnęłam się machinalnie, wpadając na zamknięte drzwi samochodu i nabijając sobie zapewne ogromnego siniaka. Zasłoniłam instynktownie dłonią oczy, które powoli wracały do normalnych rozmiarów. Czułam się jak w cyrku, albo na przesłuchaniu, chociaż patrząc na kaliber powszechnie znanej "lampy" to chyba był to Sąd Ostateczny. - Witaj w moich skromnych progach. - usłyszałam znajomy głos za plecami. Odwróciłam się w stronę piłkarza z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. On widząc moje inteligentne oblicze jedynie się roześmiał i pociągnął mnie za rękę w stronę wejścia. Dom był ogromny przez duże "O". Myślałam, że John oszalał kupując ten, w którym teraz mieszkaliśmy, ale przy nowym lokum Neymara, nasz dom wyglądał jak kawalerka, tym bardziej, że nie mieszkały już tam dwie a aż cztery osoby. Ogromna kuchnia, ogromny salon, ogromna sala do treningów, ogromna sypialna i najogromniejsza z wszystkich ogromnych pomieszczeń - łazienka. Nie chciałam być nietaktowna, bo jak wiadomo subtelność i wyczucie chwili to moje dwie najlepsze cechy, więc nie zasugerowałam mu, że dom jak na jego jednego jest ciut za duży. Mieszkając tu sama chybabym się zgubiła idąc gdziekolwiek, a jak wiadomo rano szczególnie nie jest pożądane szukanie drogi z łazienki do na przykład garderoby.
- Dom jest wspaniały! Kiedy go kupiłeś? - zapytałam opierając się o brzeg długiej, skórzanej kanapy stojącej pod kilkoma schodkami w głębi salonu.
- Kupiłem kilka miesięcy temu. Remontowałem, meblowałem i w końcu jest w miarę gotowy. - odpowiedział wyraźnie z siebie dumny.
- No ja nie wierzę, sam to robiłeś? - uniosłam brwi do góry, drocząc się z piłkarzem.
- Z małą pomocą fachowców, czepiasz się szczegółów Jędzo. - zaśmiał się, a za moją nową ksywkę oberwał puchatą poduszką, którą miałam do tej pory pod ręką. Jego przebłysk weny nazewniczej chyba bardzo mu się spodobał, bo od tej pory chichotał jak wariat.
- To ja może cię zostawię samego.. - wycofałam się asekuracyjnie, posyłając mu szeroki uśmiech i zanim się obejrzał zniknęłam na schodach, by po chwili znaleźć się na piętrze. Nie zawiodłam się. Tam też było kilka ładnie urządzonych pokoi i dwie łazienki. Musiałam przyznać, że jeśli napastnik sam urządzał dom, to miał naprawdę niezłe wyczucie stylu. Oczywiście moja wrodzona ciekawość, nie pozwoliła mi ominąć jakiegokolwiek pomieszczenia. Moją uwagę od zwiedzania odwróciły dopiero dźwięki jednej z moich ulubionych piosenek dochodzące z parteru. Wiedziona chęcią sprawdzenia co je wydaje, podeszłam do drewnianej barierki i oparłam się o nią łokciami. Pod schodami przy pianinie siedział nie kto inny jak Neymar i to on wydobywał z instrumentu te piękne, na swój sposób, dźwięki. Grą byłam totalnie oczarowana, może też z tego względu, że osobiście nie potrafiłam zagrać nawet najprostszej melodii. Czar prysł, kiedy Brazylijczyk zaczął śpiewać. O mały włos ze śmiechu nie sturlałam się ze schodów, prosto pod jego nogi. Uwielbiałam tego gościa, ale chyba mimo wszystko wolałam, kiedy nie próbował prezentować swoich wokalnych zdolności. Mało to było subtelne z mojej strony, ale sam nakręcił tą spiralę jeszcze bardziej, łapiąc gitarę i drąc się w niebogłosy. Miałam wrażenie, że moje uszy zaraz oderwą mi się od głowy i wybiegną przez frontowe drzwi, nawet nie machając mi na pożegnanie. Ledwo mogłam złapać oddech, ponieważ śmiech zdawał się być coraz silniejszy. - Ney, Słońce zrób światu przysługę i nie śpiewaj już nigdy więcej - położyłam dłoń na strunach gitary tłumiąc kolejną salwę śmiechu. Ten nabzdyczył się lekko, ale posłusznie odłożył instrument. Spojrzałam na zegar wiszący na przeciwległej ścianie, czas płynął nieubłaganie i robiło się coraz później, chociaż właściwie powinnam powiedzieć, coraz wcześniej. Chłopak widząc moje wahanie, delikatnie odwrócił opuszkami palców moją twarz i złożył na niej delikatny pocałunek.
- Nic się nie martw, tu jest gdzie spać, dach nie przecieka, a i ja chyba nie jestem taki znowu najgorszy. - tym razem to on się roześmiał, patrząc mi w oczy. Wywróciłam nimi, jednocześnie się uśmiechając.
- Dwie na trzy informacje są zgodne z prawdą. - mrugnęłam okiem i podniosłam się do pionu, drocząc się z piłkarzem.
- Nooo sorry za ten dach, ale naprawię go jutro. - odparł i obydwoje wybuchnęliśmy zgodnym śmiechem. - Czuj się jak u siebie w domu. - dodał już nieco spokojniejszym tonem.
- Uważaj co mówisz, John tak powiedział jak przyjechałam i teraz musi się ze mną użerać. - powiedziałam robiąc "mądrą minę", a on w odpowiedzi porwał mnie na ręce i obkręcił kilka razy wokoło.
- Już o to się nie martw, jakoś sobie z tobą poradzę. - odsłonił zęby z śnieżnobiałym uśmiechu i odcisnął na moich nadal uśmiechniętych ustach pocałunek, który przez w ogóle niedziurawy dach zaniósł mnie do najjaśniejszych gwiazd.
*****
Kilka godzin później ze snu wyrwał mnie bezlitosny budzik, który dzwonił tak długo, że miałam wielką ochotę utopić go szklance z wodą, stojącej obok łóżka. Delikatnie podniosłam dłoń Neymara, która trzymała mnie od pewnego czasu w niedźwiedzim uścisku i wstałam rozprostowując kończyny. Spojrzałam na totalnie zaspanego piłkarza, który widocznie wyczuł więcej miejsca, ponieważ przekręcił się na brzuch, zajmując teraz całą powierzchnię łóżka. Kusiło mnie strasznie, żeby urządzić mu jakąś "przyjemną" pobudkę, z wykorzystaniem na przykład wspomnianej już szklanki z zimną wodą, jednak powstrzymałam się, będąc od niego mobilnie zależna. Nawet nie znałam adresu, a na piechotę nie uśmiechało mi się maszerować do hotelu, skoro droga samochodem zajęła nam w nocy tyle czasu. Ostrożnie stawiając koki, zeszłam na dół w poszukiwaniu czegoś co nadawałoby się do zjedzenia, jednak nic takiego nie znalazłam. Wzdychając ciężko nad własną niedolą, nalałam sobie do szklanki soku i postanowiłam trochę poćwiczyć. Tak, Melisa Henderson zaczyna prowadzić zdrowy, relaksujący tryb życia! Nie no, sama w to nie wierzę. To byłoby zdecydowanie zbyt piękne, cisza, spokój, jakaś joga, medytacja. Chyba nie w tym wcieleniu.
Włączyłam muzykę i zaczęłam powoli się rozciągać. Przez to, że byłam zajęta wywracaniem swojego życia do góry nogami, zupełnie nie miałam czasu na jakiekolwiek dbanie o swoje ciało ponad ogólnie przyznawaną normę. Przykurcze pod kolanami zrobiły mi się takie, że byłam zdziwiona jakim cudem nadal mogę stać wyprostowana. Oparłam nogę na oparciu krzesła i wykonałam kilka podstawowych skłonów do mojej prawej nogi. Musiałam zacisnąć zęby, żeby nie pisnąć, kiedy czułam jak moje mięśnie dzielnie walczą, żeby pozostać nadal w rozmiarze mini. Nie dałam jednak za wygraną, argumentując to sama przed sobą chęcią wrócenia do formy. Zdrowie ważna sprawa, więc nie mogłam sama sobie przecież odmówić. W efekcie, pół godziny później kręciłam piruety na środku salonu. Zmieniłam piosenkę i zamknęłam oczy. Nie musiałam długo czekać aż moje ciało samo zacznie wyginać się w rytm muzyki. Czułam ją w sobie i pozwoliłam jej przejąć nad sobą kontrolę.
- Bez piłki między nogami też wyglądasz zgrabnie. - usłyszałam, kiedy dźwięki ucichły, a ja opadłam bez tchu na panele.
- Jak długo tu stoisz? - zapytałam, łapiąc oddech i mierząc Brazylijczyka spojrzeniem.
- Wystarczająco długo, żeby przekonać się, że jesteś najpiękniejszą istotą jaką kiedykolwiek spotkałem. - roześmiał się, a ja podniosłam się do pionu i podeszłam bliżej do chłopaka.
- Zaraz spotkasz martwą istotę jeśli nie znajdziesz czegoś do jedzenia. - dźgnęłam go palcem w klatkę piersiową, ukrytą teraz pod koszulą w czerwoną kratę.
- Lodówki też jeszcze nie podłączyłem - podrapał się po głowie i pociągnął mnie za sobą do przedpokoju. - Ale Peggy na pewno poratuje nas czymś pysznym - zaproponował, ochoczo wciągając buty na nogi. Spojrzałam na niego, unosząc brwi do góry.
- Peggy raczej nic nie przygotuje, bo ta małpa ją zwolniła. - odpowiedziałam powoli, ale również założyłam buty i po chwili dodałam - Najpierw pojadę to naprawić, a później pomyślimy o jedzeniu. - bez słowa wyszliśmy na dwór i wsiedliśmy do byle jak zaparkowanego Audi.
*****
Pokój 325. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe. Ostatnio doszłam do wniosku, że jeszcze kilka tygodni takiego życia i po prostu się wykończę. Zapukałam do drzwi z nadzieją, że za moment ujrzę w progu znajomą twarz kobiety, która była niemalże członkiem mojej rodziny. Naturalnie nie poinformowałam Johna o niczym co zaszło dzisiejszej nocy w jego ukochanym hotelu. Uznałam to za zbędny wysiłek i zmarnowane pieniądze, ponieważ on i tak w tym momencie miał to w głębokim poważaniu. Po tylu latach pracy miał do tego prawo chociaż przez jakiś czas, a ja byłam na 1200% pewna, że gdyby uwierzył w skalę zniszczenia do jakiej dołożył rękę, wróciłby tu pierwszym samolotem i biczował się za to do końca swojego marnego żywota. Do tego nie mogłam przecież dopuścić.
- Mam czas do 15, żeby się stąd wynieść ty cholerna żmijo! - usłyszałam zza drzwi, po kolejnej salwie mojego, donośnego pukania.
- Peggy spokojnie, to ja, Mel! - odkrzyknęłąm jej i na zaproszenie do środka nie musiałam długo czekać.
- Pomóż mi z łaski swojej dorzucić kilka rzeczy do tamtej walizki. - poprosiła i zniknęła za drzwiami łazienki, a ja ochoczo zabrałam się do rozpakowywania starannie ułożonych pamiątek z powrotem na półkach. - Opętało cię?! Co ty wyprawiasz? - krzyknęła oniemiała kobieta stojąc w przejściu i przyglądając mi się w taki sposób, jakby przez te kilka minut wyrosły mi puchate uszy i ogonek.
- Jak to co? Pomagam ci się rozpakować, po urlopie. - mrugnęłam do niej okiem. - Co prawda może nie był to długi wypoczynek na jakiejś nieziemskiej plaży, więc nie rozumiem po co pakowałaś tyle rzeczy. - gestykulowałam, rozstawiając kolejne rzeczy na swoje dawne miejsca.
- Już tu nie pracuje, wariatko. - uśmiechnęła się do mnie smętnie, a ja wywróciłam oczami i obdarowałam ją firmowym uśmiechem.
- Pracuję, nie pracuję, szczegóły. - prychnęłam i podeszłam bliżej. - Peggy, mam dla ciebie złe wieści. Z moich skromnych obliczeń wynika, że jeszcze trochę ci brakuje do emerytury, więc tak szybko się od nas nie uwolnisz. W imieniu spółki Henderson. Zoo proszę cię o powrót na stanowisko. - patrzyłam jak zdziwienie nie ustępuje z jej twarzy. - O podwyżce porozmawiam z Johnem jak przyjedzie. - mrugnęłam do niej okiem i rozłożyłam ramiona, które za moment oplotły kobietę.
- Jesteś niesamowita. - wyszeptała i ucałowała moją głowę. - Od kiedy jesteś w spółce z Johnem? - zaśmiała się i z ulgą opadła na fotel, wyciągając ubrania z otwartej walizki.
- Od wczoraj, a konkretniej od momentu kiedy uratowałam jego hotel przed nieodwracalnym zniszczeniem. Myślę, że coś mi się za to należy i nie mówię tu o dozgonnej wdzięczności. - rozsiadłam się wygodnie na puchatym dywanie i pomagając Peggy wypakowywać rzeczy, opowiedziałam jej ze szczegółami jak z pomocą piłkarzy i Bastiana udało mi się wypędzić stąd Anastasie. Zadzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu pojawił się numer Basha.
- Gdzie ty się szlajasz?! - krzyknął zanim zdążyłam otworzyć usta. Zmarszczyłam brwi i wyszłam na balkon, żeby nie zmuszać kobiety do wysłuchiwania jego lamentów. - Już miałem policję wzywać!
- Czemu dzisiaj wszyscy na mnie wrzeszczą? Przegapiłam jakąś kartkę z kalendarza czy jak? - oparłam się o barierkę i odsunęłam telefon na bezpieczną odległość od mojego ucha.
- Dzwoniłem do ciebie chyba z miliard razy, bo nie wróciłaś do domu. Martwiłem się. - powiedział, a moje oczy zamieniły się w pięciozłotówki. - Martwiłem się to w skrócie: John urwałby mi głowę i parę innych części ciała gdyby coś ci się stało. - no tak, do przewidzenia.
- Nie martw się żyję i jestem w jednym kawałku w hotelu. Byłam bezpieczna z Neyem. - odpowiedziałam spokojnie, ale oczami wyobraźni widziałam parę buchającą z jego nozdrzy. W tym momencie chyba nie chciałabym znaleźć się w domu.
- To rzeczywiście maksimum bezpieczeństwa. - prychnął - Mam nadzieję, że zaczęłaś już sprzątać cały ten bajzel, który zostawiliśmy w nocy. - powiedział, a ja automatycznie palnęłam się dłonią w czoło. Zupełnie o tym zapomniałam! Piłkarze pojechali na trening, a sprzątanie przypadło biednej, nieszczęsnej Mel.
- Pomożesz mi no nie? - zapytałam z dziecięcą naiwnością. Właściwie to od początku znałam odpowiedź i naprawdę nie wiem na co liczyłam. Tym razem również nie zawiodłam się jego reakcją.
- Chyba kpisz! - usłyszałam po drugiej stronie słuchawki.
- Nie to nie, w takim razie ta rozmowa jest bezcelowa, zupełnie jak z obsługą klienta. Ciao. - rzuciłam i nie czekając na dalsze wrzaski bruneta, rozłączyłam połączenie. Przeprosiłam Peggy, informując ją, że niestety już jej nie pomogę i pognałam na dół gdzie kilkoro ludzi z obsługi próbowało uporać się z powodzią z kilku częściach holu. Tabliczki z napisami o śliskiej podłodze były porozstawiane z częstotliwością co jeden metr, żeby przypadkiem nikt ich nie przeoczył. Westchnęłam ciężko, nie pozostawało mi przecież nic innego jak tylko złapać za mopa i ratować panele, a właściwie to, co jeszcze z nich zostało. Nie ma tego złego, gościom można mówić, że to taka orientalna atrakcja, zanim dostaną się do windy, będą musieli przeprawić się przez góry i doliny. Ciekawe czy przyjeżdża tu dużo fanów taternictwa..
Po dwóch godzinach pracy bez wytchnienia udało się doprowadzić hol do względnego porządku. Za pieniądze zaoszczędzone z niedoszłej pensji Anastasi i jej braciszka zadzwoniłam po fachowców od nawierzchni płaskich, którzy obiecali przywrócić podłodze normalny wygląd. W duchu wiedziałam bowiem, że John nie załapie żartu o pokoju za Siedmiogórogrodem. Pierwszy raz usiadłam do papierkowej roboty. Uwielbiałam segregować dokumenty, ale czytanie ich, podliczanie cyferek i wykonywanie ważnych telefonów nie było zupełnie w moim stylu. Jednym słowem, kompletnie mnie nie bawiło. Patrząc na straty na jakie naraziła hotel ta wiedźma przez zaledwie kilka dni, musiałam uciec się do swojej wielkiej dobroduszności i zrezygnować z pieniężnej nagrody za trud włożony w funkcjonowanie tego cyrku na kółkach, żeby powoli wyszedł na prostą. Oczywiście to, że teraz nie miałam zamiaru niepokoić Johna telefonami o katastrofie jaką ściągnęła na niego jego ukochana Carol, nie oznaczało absolutnie, że zamiotę wszystko pod dywan i udam, że Ana sprawowała się świetnie i wyjechała akurat pół godzinki przed ich przyjazdem. Moje niedoczekanie. Zamierzałam, już wtedy na spokojnie, opowiedzieć chrzestnemu wszystko co do joty, co zaszło po jego wyjeździe. Zamierzałam być konkretna i szczegółowa jak nigdy dotąd. Rachunki zobaczy sam, ale do tej pory postaram się jakoś kilka rzeczy załagodzić, żeby przypadkiem nie dostał zawału, kiedy zobaczy spadek obrotów.
John wracał jutro, a ja nawet nie miałam okazji naprawdę poszaleć i skorzystać z wolności. Kiepska sprawa, ponieważ w domu cały czas miałam niczego sobie wrzoda, ale nadal wrzoda, z którym u boku ciężko było się do końca zrelaksować. Nie wiem czy miał tego świadomość, ale szczerze w to wątpię, ponieważ jak widać, żadne aluzje do niego nie trafiały. Kiedy wracałam, nadal tam był. Jakiś koszmar.
- Mam nadzieję, że zrobiłeś jakiś dobry obiad, bo jestem głodna jak wilk. - krzyknęłam od wejścia, po czym wykazując się nadprzyrodzonym refleksem, uniknęłam trafienia poduszką. - No co?! Ja pracuje, ty gotujesz. - prychnęłam i opadłam obok niego na kanapę.
- Zamierzasz dzisiaj zostać w domu, czy wyruszasz na jakąś nocną eskapadę? - puściłam jego złośliwe pytanie mimo uszu, zabrałam mu pilota i wyłączyłam telewizor. - Ej! Oglądałem to.. - zaprotestował z oburzeniem, ale bez słowa odłożyłam urządzenie na stół.
- John i twoja matka wracają jutro popołudniu? - zapytałam kontrolnie, a brunet zmierzył mnie swoimi przenikliwie niebieskimi oczami,
- Taaak.. - odpowiedział przeciągle, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Więc wypadałoby tu zrobić taką pożegnalną imprezę. - skwitowałam i zadowolona z siebie, oparłam się o poduszki za plecami.
- Zajmij się prowiantem, ja zaproszę ludzi. - odezwał się po chwili Bash, złapał za telefon i wyszedł na taras. Byłam w niemałym szoku. To się nazywa nie musieć powtarzać czegoś dwa razy. Za rączkę i na imprezę, zupełnie jak dziecko. Nie chcąc być gorsza, ja również podniosłam swoje szanowne cztery litery i zaniosłam je do kuchni, gdzie wyciągnęłam całe stado plastikowych kubków z szafki nad zlewem i zaczęłam szperać w innych skrytkach w poszukiwaniu zapasów. Poszukiwania okazały się owocne, ponieważ, mający zdolność przewidywania takiego rozwoju wydarzeń, Bash zrobił X-temu większe zakupy.
Po około 1,5 godziny przez nasze drzwi zaczęły wlewać się tłumy, spragnionych imprezy, nastolatków. Muzyka dudniła w głośnikach, które prawdopodobnie Bastian przy przeprowadzce przytachał na plecach, a ludzie wyraźnie zadowoleni tańczyli, pili, jedli i na szczęście niczego jeszcze nie demolowali. Zadzwoniłam do Neya, Messiego, Bartry i Alvesa czy nie mają ochoty wpaść na najlepszą balangę w Barcelonie, ale nudziarze i marudy do kwadratu wyjęczały jedynie, że są zmęczeni po treningu i nawet na metr z łóżka się nie ruszą, więc ich przybycie było wątpliwe.
Organizowanie imprezy u siebie w domu jest o tyle męczące, że musisz mieć oczy i uszy jak Inspektor Gadżet. Jednym słowem wszędzie.
- Mogę usiąść? - usłyszałam dziewczęcy głos obok siebie i odwróciłam w ową stronę wzrok. Niewysoka, opalona z czarno-niebieskimi włosami, zdecydowanie sprawiała przyjemne wrażenie.
- Jesteś pierwszą osobą, która pyta mnie w moim domu o jakiekolwiek pozwolenie więc pozwól, że podelektuje się tą chwilą - posłałam jej krzywy uśmiech, który właściwie odczytała jako zaproszenie.
- Nadine. - wyciągnęła w moją stronę dłoń, a ja bez zastanowienia ją uścisnęłam. Pierwszy raz od dawna poczułam się pełna dziwnego zaufania, które rozlewało się po moim ciele, niszcząc wszelkie bariery. Otrzymałam w darze od losu niezrozumiałe przeświadczenie, że ta mała istotka z kolorowymi włosami jest godna zaufania. Skoro los daje, to nie będę się z nim kłócić.
- Melisa, dla przyjaciół Mel. - przedstawiłam się dokładnie tak, jak jeszcze kilka miesięcy temu w hotelowym lobby przed gromadą piłkarzy FC Barcelony.
- Ej kolorowa! Masz ochotę na małe "co nie co"? - jakiś pijany chłopak podszedł do Nadine, próbując objąć ją niedźwiedzimi ramionami.
- Odejdź stąd Przeszczepie jeśli ci życie miłe. - warknęła, odpychając delikwenta na stosowną odległość. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Już cię lubię, Nad. - poklepałam ją delikatnie po ramieniu - Bash, bądź tak miły i zrób drinka dla mojej nowej koleżanki, tylko wiesz, takiego z miłością.
*****
Los tak chciał, że z Nadine stałyśmy się nierozłączne. Takie dwie głupie papużki, drwiące z idiotów, którzy próbowali je zrozumieć. Oczywiście ja sama zaliczałam się do tego zacnego grona wspomnianych.
Kolejną rzeczą, którą zauważyłam u barcelońskich nastolatków, to wieczna chęć do imprezowania. Zawsze. Wszędzie. O każdej porze dnia i nocy. Zazwyczaj było to widoczne na zajęciach, gdzie uczniowie słaniali się na ławkach, w zeszytach robiąc notatki jedynie własnymi nosami. Odpowiedź przy tablicy (tak, jeszcze praktykuje się coś takiego) była chyba najgorszą formą tortury po takich nocnych atrakcjach. W moim (nie)normalnym domu nigdy nie miałam o to absolutnie żadnych problemów, słyszałam jedynie: "To wspaniale Mel, że wreszcie masz więcej znajomych i że czujesz się tu jak w domu". Nie protestowałam, ale też nie nadużywałam tego naiwnego podejścia do życia w wykonaniu mojego chrzestnego. Dzisiaj padło na Nad, stała szorując czołem o powierzchnię tablicy i nawet niespecjalnie ukrywała, że nie ma ochoty tam być. Po 10 minutach czystej męki, nauczycielka zlitowała się nad jej marną, ziemską powłoką i kazała usiąść. Sama prychając i fukając na wszystkie strony świata, wzięła kredę i rozwiązała zadanie w niecałe 2 minuty.
- Jakby nie można było tak od razu. - wymamrotała niezadowolona dziewczyna, opadając na twarde krzesełko.
Musiałam przyznać, że w towarzystwie czas płynął zdecydowanie szybciej i przyjemniej. Nadine okazała się być moją pokręconą, drugą połówką banana.
- Obiecałam, że dzisiaj zabiorę cię na Camp Nou. - poinformowałam ją kolejny raz tego dnia, nie będąc pewna czy wcześniejsze razy do niej dotarły i czy je pamięta.
- Chętnie, chociaż jedynie jako widz. Nie zapominaj, że jestem asportowa. - upiła łyk wody z wielkiej butelki, szczerząc w moją stronę rzędy śnieżnobiałych zębów.
- Myślałam, że na aspołecznej skończyłaś wymieniać swoje największe zalety. - odparłam z równie szerokim uśmiechem i obydwie udałyśmy się w stronę przystanku. Kolejną korzyścią niewątpliwie było uczenie się jeżdżenia liniami komunikacji miejskiej, która była o niebo tańsza od taksówek. Pół godziny później stałyśmy przed wejściem na stadion. - Mam nadzieję, że nie jesteś w żadnym histerycznie zakochana i nie ściągnęłam im na głowę psychofanki? - zmierzyłam ją wymownym spojrzeniem od stóp do głów, na co ona skwitowała to perlistym śmiechem.
- Oczywiście po kryjomu podkochuje się w Neymarze, Lessim (jak go zdrobniale nazywała), Sergim Roberto, a z Bartrą mam ołtarzyk pod łóżkiem. - pchnęła drzwi i wkroczyła do holu, gdzie wmieszała się w tłum zwiedzających.
- Chodź świrusko, my mamy wejścia dla VIP-ów. - pociągnęłam ją za rękaw w stronę szatni i przywitałam się ze znajomym ochroniarzem, który pilnował, żeby nikt niepożądany nie kręcił się w pobliżu osobistych rzeczy chłopaków, jak i wokół nich samych. - Gotowa? - zapytałam, kiedy stałyśmy w korytarzu prowadzącym na murawę. Czułam się jak przed ważnym meczem mimo, że moja drużyna liczyłaby zaledwie dwie osoby. Ruszyłyśmy przed siebie i kiedy zauważyłam piłkarzy dryblujących na środku boiska razem z Luisem Enrique, który biegał za nimi z gwizdkiem w zębach, zauważyłam również brak Nadine obok mnie. Kiedy się odwróciłam, zdążyłam dostrzec tylko kawałek niebieskiego końskiego ogona, znikającego za zakrętem korytarza. Uniosłam oczy ku niebiosom. - Gotowa jak nigdy przedtem - wymamrotałam i ruszyłam za przyjaciółką z zamiarem wyciągnięcia ją za uszy na boisko.
- Cholera, cholera, cholera! Merde, scheisse i nie wiem co jeszcze.. - dziewczyna chodziła w te i z powrotem wzdłuż korytarza, klnąc pod nosem.
- O co chodzi, Nad? Przecież mówiłaś, że te "sławne korposzczury" nie robią na tobie żadnego wrażenia. - zatrzymałam ją prawie, że zakładając jej Nelsona na ramię.
- Oni nie, ale ten co siedzi na ławce to już inna historia. Skąd mogłam wiedzieć, że to też ważniak z Barcelony! - lamentowała dalej, a ja przyglądałam się jak urodzona anarchistka, która bunt wyssała z mlekiem matki, miota się jak mol w komodzie.
- Świat jest mały. - skwitowałam, wzruszając ramionami. Ciekawa, co wytrąciło tą skałę emocjonalną z idealnej jak dotąd równowagi, wychyliłam się zza winkla i moim oczom ukazał się nie kto inny jak Sergi Samper we własnej, skromnej i lekko nieogarniętej osobie.
Nareszcie udało mi się dokończyć ten rozdział! Nauka przed maturą pochłania mnóstwo czasu i siły, a to już za kilka dni.. ja się załamię :C Mam nadzieję, że ten cały czas, kiedy nie mogłam pisać i który poświęciłam na dokształcanie mojej niedokształconej osoby się opłaci :)
Proszę trzymajcie za mnie kciuki, chociaż w sumie modlitwa chyba byłaby bardziej wskazana w moim przypadku.. :D :*
Co do rozdziału to standardowo nic nie wiem, ocenę pozostawiam Wam :) Mam tylko nadzieję, ze się Wam spodoba i coś mi o nim napiszecie :):* Na uwagi i pomysły też jestem otwarta, nie gryzę, więc piszcie śmiało :)
Dziękuję za miłe komentarze i za głosy, które oddaliście w plebiscycie o który żebrałam ładnie pod ostatnią notką :) Między innymi dzięki Wam moja pokręcona klasa została okrzyknięta najsympatyczniejszą, więc hołd, klęczki i ciastka w Waszą stronę Kochani <3
Teraz powinnam mieć więcej czasu, bo zbliżają mi się wakacje, więc notki postaram się dodawać częściej jeśli wena na to pozwoli :) Na godzinę nawet nie patrzcie, ja widocznie normalnie nie mogę :D
Tęskniłam za Wami i mam nadzieję, że szybko znowu będę mogła coś dodać ;)
A teraz już zmykam, za błędy przepraszam, co złego to nie ja :)
Buziaki :*
<3
- Jest środek nocy, gdzie ty mnie ciągniesz? - uniosłam brwi do góry, śmiejąc się z ucieszonego wyrazu twarzy piłkarza, który jechał przed siebie ze wzrokiem utkwionym w czarnej jak noc drodze. - Ostrzegali mnie, że jesteś czubkiem, ale nie chciałam ich słuchać i proszę bardzo - teatralnie zaprezentowałam dłońmi przestrzeń. Neymar jedynie zaśmiał się pod nosem i podgłośnił radio, nucąc pod nosem. Bezczel.
Czas dłużył mi się niemiłosiernie, co zapewne było spowodowane ciekawością, która wyżerała mnie od środka z taką prędkością, że nawet samochód Brazylijczyka by jej nie dogonił. Była 2 w nocy, a my jakby nigdy nic mknęliśmy w ciemną noc. Moja nieprzyzwyczajona do jakiejkolwiek niewiedzy osoba, czuła się jak na najgorszych torturach, jednak w środku mojej głowy jakiś cichy głosik uspokajał całą resztę, szepcąc, że to nie może być nic złego ani nieprzyjemnego. Wyluzuj się Melisa i ciesz się życiem, w końcu masz o jeden, a właściwie nawet o dwa problemy mniej. Co może się dzisiaj nie udać?
- Wyskakuj, jesteśmy na miejscu. - wyrwana z zamyślenia, przycisnęłam nos do szyby, żeby przez otaczający mrok dostrzec cokolwiek, co naprowadziłoby mnie na trop naszego aktualnego położenia. Na nic jednak były moje próby skorzystania z "super mocy" widzenia w ciemnościach, ponieważ nie zobaczyłam kompletnie nic, a w dodatku tylko rozbolały mnie oczy i miałam nieodparte wrażenie, że zamarły w mało atrakcyjnym wytrzeszczu. Po prostu świetnie, chociaż ta ciemność akurat teraz nie byłaby taka zła, przynajmniej Ney nie widziałby mojego żabiego, ponętnego spojrzenia. Jak na złość nagle stała się jasność. Tak właśnie, po prostu się stała, totalnie znikąd. Oślepiające reflektory sprawiły, że cofnęłam się machinalnie, wpadając na zamknięte drzwi samochodu i nabijając sobie zapewne ogromnego siniaka. Zasłoniłam instynktownie dłonią oczy, które powoli wracały do normalnych rozmiarów. Czułam się jak w cyrku, albo na przesłuchaniu, chociaż patrząc na kaliber powszechnie znanej "lampy" to chyba był to Sąd Ostateczny. - Witaj w moich skromnych progach. - usłyszałam znajomy głos za plecami. Odwróciłam się w stronę piłkarza z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. On widząc moje inteligentne oblicze jedynie się roześmiał i pociągnął mnie za rękę w stronę wejścia. Dom był ogromny przez duże "O". Myślałam, że John oszalał kupując ten, w którym teraz mieszkaliśmy, ale przy nowym lokum Neymara, nasz dom wyglądał jak kawalerka, tym bardziej, że nie mieszkały już tam dwie a aż cztery osoby. Ogromna kuchnia, ogromny salon, ogromna sala do treningów, ogromna sypialna i najogromniejsza z wszystkich ogromnych pomieszczeń - łazienka. Nie chciałam być nietaktowna, bo jak wiadomo subtelność i wyczucie chwili to moje dwie najlepsze cechy, więc nie zasugerowałam mu, że dom jak na jego jednego jest ciut za duży. Mieszkając tu sama chybabym się zgubiła idąc gdziekolwiek, a jak wiadomo rano szczególnie nie jest pożądane szukanie drogi z łazienki do na przykład garderoby.
- Dom jest wspaniały! Kiedy go kupiłeś? - zapytałam opierając się o brzeg długiej, skórzanej kanapy stojącej pod kilkoma schodkami w głębi salonu.
- Kupiłem kilka miesięcy temu. Remontowałem, meblowałem i w końcu jest w miarę gotowy. - odpowiedział wyraźnie z siebie dumny.
- No ja nie wierzę, sam to robiłeś? - uniosłam brwi do góry, drocząc się z piłkarzem.
- Z małą pomocą fachowców, czepiasz się szczegółów Jędzo. - zaśmiał się, a za moją nową ksywkę oberwał puchatą poduszką, którą miałam do tej pory pod ręką. Jego przebłysk weny nazewniczej chyba bardzo mu się spodobał, bo od tej pory chichotał jak wariat.
- To ja może cię zostawię samego.. - wycofałam się asekuracyjnie, posyłając mu szeroki uśmiech i zanim się obejrzał zniknęłam na schodach, by po chwili znaleźć się na piętrze. Nie zawiodłam się. Tam też było kilka ładnie urządzonych pokoi i dwie łazienki. Musiałam przyznać, że jeśli napastnik sam urządzał dom, to miał naprawdę niezłe wyczucie stylu. Oczywiście moja wrodzona ciekawość, nie pozwoliła mi ominąć jakiegokolwiek pomieszczenia. Moją uwagę od zwiedzania odwróciły dopiero dźwięki jednej z moich ulubionych piosenek dochodzące z parteru. Wiedziona chęcią sprawdzenia co je wydaje, podeszłam do drewnianej barierki i oparłam się o nią łokciami. Pod schodami przy pianinie siedział nie kto inny jak Neymar i to on wydobywał z instrumentu te piękne, na swój sposób, dźwięki. Grą byłam totalnie oczarowana, może też z tego względu, że osobiście nie potrafiłam zagrać nawet najprostszej melodii. Czar prysł, kiedy Brazylijczyk zaczął śpiewać. O mały włos ze śmiechu nie sturlałam się ze schodów, prosto pod jego nogi. Uwielbiałam tego gościa, ale chyba mimo wszystko wolałam, kiedy nie próbował prezentować swoich wokalnych zdolności. Mało to było subtelne z mojej strony, ale sam nakręcił tą spiralę jeszcze bardziej, łapiąc gitarę i drąc się w niebogłosy. Miałam wrażenie, że moje uszy zaraz oderwą mi się od głowy i wybiegną przez frontowe drzwi, nawet nie machając mi na pożegnanie. Ledwo mogłam złapać oddech, ponieważ śmiech zdawał się być coraz silniejszy. - Ney, Słońce zrób światu przysługę i nie śpiewaj już nigdy więcej - położyłam dłoń na strunach gitary tłumiąc kolejną salwę śmiechu. Ten nabzdyczył się lekko, ale posłusznie odłożył instrument. Spojrzałam na zegar wiszący na przeciwległej ścianie, czas płynął nieubłaganie i robiło się coraz później, chociaż właściwie powinnam powiedzieć, coraz wcześniej. Chłopak widząc moje wahanie, delikatnie odwrócił opuszkami palców moją twarz i złożył na niej delikatny pocałunek.
- Nic się nie martw, tu jest gdzie spać, dach nie przecieka, a i ja chyba nie jestem taki znowu najgorszy. - tym razem to on się roześmiał, patrząc mi w oczy. Wywróciłam nimi, jednocześnie się uśmiechając.
- Dwie na trzy informacje są zgodne z prawdą. - mrugnęłam okiem i podniosłam się do pionu, drocząc się z piłkarzem.
- Nooo sorry za ten dach, ale naprawię go jutro. - odparł i obydwoje wybuchnęliśmy zgodnym śmiechem. - Czuj się jak u siebie w domu. - dodał już nieco spokojniejszym tonem.
- Uważaj co mówisz, John tak powiedział jak przyjechałam i teraz musi się ze mną użerać. - powiedziałam robiąc "mądrą minę", a on w odpowiedzi porwał mnie na ręce i obkręcił kilka razy wokoło.
- Już o to się nie martw, jakoś sobie z tobą poradzę. - odsłonił zęby z śnieżnobiałym uśmiechu i odcisnął na moich nadal uśmiechniętych ustach pocałunek, który przez w ogóle niedziurawy dach zaniósł mnie do najjaśniejszych gwiazd.
*****
Kilka godzin później ze snu wyrwał mnie bezlitosny budzik, który dzwonił tak długo, że miałam wielką ochotę utopić go szklance z wodą, stojącej obok łóżka. Delikatnie podniosłam dłoń Neymara, która trzymała mnie od pewnego czasu w niedźwiedzim uścisku i wstałam rozprostowując kończyny. Spojrzałam na totalnie zaspanego piłkarza, który widocznie wyczuł więcej miejsca, ponieważ przekręcił się na brzuch, zajmując teraz całą powierzchnię łóżka. Kusiło mnie strasznie, żeby urządzić mu jakąś "przyjemną" pobudkę, z wykorzystaniem na przykład wspomnianej już szklanki z zimną wodą, jednak powstrzymałam się, będąc od niego mobilnie zależna. Nawet nie znałam adresu, a na piechotę nie uśmiechało mi się maszerować do hotelu, skoro droga samochodem zajęła nam w nocy tyle czasu. Ostrożnie stawiając koki, zeszłam na dół w poszukiwaniu czegoś co nadawałoby się do zjedzenia, jednak nic takiego nie znalazłam. Wzdychając ciężko nad własną niedolą, nalałam sobie do szklanki soku i postanowiłam trochę poćwiczyć. Tak, Melisa Henderson zaczyna prowadzić zdrowy, relaksujący tryb życia! Nie no, sama w to nie wierzę. To byłoby zdecydowanie zbyt piękne, cisza, spokój, jakaś joga, medytacja. Chyba nie w tym wcieleniu.
Włączyłam muzykę i zaczęłam powoli się rozciągać. Przez to, że byłam zajęta wywracaniem swojego życia do góry nogami, zupełnie nie miałam czasu na jakiekolwiek dbanie o swoje ciało ponad ogólnie przyznawaną normę. Przykurcze pod kolanami zrobiły mi się takie, że byłam zdziwiona jakim cudem nadal mogę stać wyprostowana. Oparłam nogę na oparciu krzesła i wykonałam kilka podstawowych skłonów do mojej prawej nogi. Musiałam zacisnąć zęby, żeby nie pisnąć, kiedy czułam jak moje mięśnie dzielnie walczą, żeby pozostać nadal w rozmiarze mini. Nie dałam jednak za wygraną, argumentując to sama przed sobą chęcią wrócenia do formy. Zdrowie ważna sprawa, więc nie mogłam sama sobie przecież odmówić. W efekcie, pół godziny później kręciłam piruety na środku salonu. Zmieniłam piosenkę i zamknęłam oczy. Nie musiałam długo czekać aż moje ciało samo zacznie wyginać się w rytm muzyki. Czułam ją w sobie i pozwoliłam jej przejąć nad sobą kontrolę.
- Bez piłki między nogami też wyglądasz zgrabnie. - usłyszałam, kiedy dźwięki ucichły, a ja opadłam bez tchu na panele.
- Jak długo tu stoisz? - zapytałam, łapiąc oddech i mierząc Brazylijczyka spojrzeniem.
- Wystarczająco długo, żeby przekonać się, że jesteś najpiękniejszą istotą jaką kiedykolwiek spotkałem. - roześmiał się, a ja podniosłam się do pionu i podeszłam bliżej do chłopaka.
- Zaraz spotkasz martwą istotę jeśli nie znajdziesz czegoś do jedzenia. - dźgnęłam go palcem w klatkę piersiową, ukrytą teraz pod koszulą w czerwoną kratę.
- Lodówki też jeszcze nie podłączyłem - podrapał się po głowie i pociągnął mnie za sobą do przedpokoju. - Ale Peggy na pewno poratuje nas czymś pysznym - zaproponował, ochoczo wciągając buty na nogi. Spojrzałam na niego, unosząc brwi do góry.
- Peggy raczej nic nie przygotuje, bo ta małpa ją zwolniła. - odpowiedziałam powoli, ale również założyłam buty i po chwili dodałam - Najpierw pojadę to naprawić, a później pomyślimy o jedzeniu. - bez słowa wyszliśmy na dwór i wsiedliśmy do byle jak zaparkowanego Audi.
*****
Pokój 325. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe. Ostatnio doszłam do wniosku, że jeszcze kilka tygodni takiego życia i po prostu się wykończę. Zapukałam do drzwi z nadzieją, że za moment ujrzę w progu znajomą twarz kobiety, która była niemalże członkiem mojej rodziny. Naturalnie nie poinformowałam Johna o niczym co zaszło dzisiejszej nocy w jego ukochanym hotelu. Uznałam to za zbędny wysiłek i zmarnowane pieniądze, ponieważ on i tak w tym momencie miał to w głębokim poważaniu. Po tylu latach pracy miał do tego prawo chociaż przez jakiś czas, a ja byłam na 1200% pewna, że gdyby uwierzył w skalę zniszczenia do jakiej dołożył rękę, wróciłby tu pierwszym samolotem i biczował się za to do końca swojego marnego żywota. Do tego nie mogłam przecież dopuścić.
- Mam czas do 15, żeby się stąd wynieść ty cholerna żmijo! - usłyszałam zza drzwi, po kolejnej salwie mojego, donośnego pukania.
- Peggy spokojnie, to ja, Mel! - odkrzyknęłąm jej i na zaproszenie do środka nie musiałam długo czekać.
- Pomóż mi z łaski swojej dorzucić kilka rzeczy do tamtej walizki. - poprosiła i zniknęła za drzwiami łazienki, a ja ochoczo zabrałam się do rozpakowywania starannie ułożonych pamiątek z powrotem na półkach. - Opętało cię?! Co ty wyprawiasz? - krzyknęła oniemiała kobieta stojąc w przejściu i przyglądając mi się w taki sposób, jakby przez te kilka minut wyrosły mi puchate uszy i ogonek.
- Jak to co? Pomagam ci się rozpakować, po urlopie. - mrugnęłam do niej okiem. - Co prawda może nie był to długi wypoczynek na jakiejś nieziemskiej plaży, więc nie rozumiem po co pakowałaś tyle rzeczy. - gestykulowałam, rozstawiając kolejne rzeczy na swoje dawne miejsca.
- Już tu nie pracuje, wariatko. - uśmiechnęła się do mnie smętnie, a ja wywróciłam oczami i obdarowałam ją firmowym uśmiechem.
- Pracuję, nie pracuję, szczegóły. - prychnęłam i podeszłam bliżej. - Peggy, mam dla ciebie złe wieści. Z moich skromnych obliczeń wynika, że jeszcze trochę ci brakuje do emerytury, więc tak szybko się od nas nie uwolnisz. W imieniu spółki Henderson. Zoo proszę cię o powrót na stanowisko. - patrzyłam jak zdziwienie nie ustępuje z jej twarzy. - O podwyżce porozmawiam z Johnem jak przyjedzie. - mrugnęłam do niej okiem i rozłożyłam ramiona, które za moment oplotły kobietę.
- Jesteś niesamowita. - wyszeptała i ucałowała moją głowę. - Od kiedy jesteś w spółce z Johnem? - zaśmiała się i z ulgą opadła na fotel, wyciągając ubrania z otwartej walizki.
- Od wczoraj, a konkretniej od momentu kiedy uratowałam jego hotel przed nieodwracalnym zniszczeniem. Myślę, że coś mi się za to należy i nie mówię tu o dozgonnej wdzięczności. - rozsiadłam się wygodnie na puchatym dywanie i pomagając Peggy wypakowywać rzeczy, opowiedziałam jej ze szczegółami jak z pomocą piłkarzy i Bastiana udało mi się wypędzić stąd Anastasie. Zadzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu pojawił się numer Basha.
- Gdzie ty się szlajasz?! - krzyknął zanim zdążyłam otworzyć usta. Zmarszczyłam brwi i wyszłam na balkon, żeby nie zmuszać kobiety do wysłuchiwania jego lamentów. - Już miałem policję wzywać!
- Czemu dzisiaj wszyscy na mnie wrzeszczą? Przegapiłam jakąś kartkę z kalendarza czy jak? - oparłam się o barierkę i odsunęłam telefon na bezpieczną odległość od mojego ucha.
- Dzwoniłem do ciebie chyba z miliard razy, bo nie wróciłaś do domu. Martwiłem się. - powiedział, a moje oczy zamieniły się w pięciozłotówki. - Martwiłem się to w skrócie: John urwałby mi głowę i parę innych części ciała gdyby coś ci się stało. - no tak, do przewidzenia.
- Nie martw się żyję i jestem w jednym kawałku w hotelu. Byłam bezpieczna z Neyem. - odpowiedziałam spokojnie, ale oczami wyobraźni widziałam parę buchającą z jego nozdrzy. W tym momencie chyba nie chciałabym znaleźć się w domu.
- To rzeczywiście maksimum bezpieczeństwa. - prychnął - Mam nadzieję, że zaczęłaś już sprzątać cały ten bajzel, który zostawiliśmy w nocy. - powiedział, a ja automatycznie palnęłam się dłonią w czoło. Zupełnie o tym zapomniałam! Piłkarze pojechali na trening, a sprzątanie przypadło biednej, nieszczęsnej Mel.
- Pomożesz mi no nie? - zapytałam z dziecięcą naiwnością. Właściwie to od początku znałam odpowiedź i naprawdę nie wiem na co liczyłam. Tym razem również nie zawiodłam się jego reakcją.
- Chyba kpisz! - usłyszałam po drugiej stronie słuchawki.
- Nie to nie, w takim razie ta rozmowa jest bezcelowa, zupełnie jak z obsługą klienta. Ciao. - rzuciłam i nie czekając na dalsze wrzaski bruneta, rozłączyłam połączenie. Przeprosiłam Peggy, informując ją, że niestety już jej nie pomogę i pognałam na dół gdzie kilkoro ludzi z obsługi próbowało uporać się z powodzią z kilku częściach holu. Tabliczki z napisami o śliskiej podłodze były porozstawiane z częstotliwością co jeden metr, żeby przypadkiem nikt ich nie przeoczył. Westchnęłam ciężko, nie pozostawało mi przecież nic innego jak tylko złapać za mopa i ratować panele, a właściwie to, co jeszcze z nich zostało. Nie ma tego złego, gościom można mówić, że to taka orientalna atrakcja, zanim dostaną się do windy, będą musieli przeprawić się przez góry i doliny. Ciekawe czy przyjeżdża tu dużo fanów taternictwa..
Po dwóch godzinach pracy bez wytchnienia udało się doprowadzić hol do względnego porządku. Za pieniądze zaoszczędzone z niedoszłej pensji Anastasi i jej braciszka zadzwoniłam po fachowców od nawierzchni płaskich, którzy obiecali przywrócić podłodze normalny wygląd. W duchu wiedziałam bowiem, że John nie załapie żartu o pokoju za Siedmiogórogrodem. Pierwszy raz usiadłam do papierkowej roboty. Uwielbiałam segregować dokumenty, ale czytanie ich, podliczanie cyferek i wykonywanie ważnych telefonów nie było zupełnie w moim stylu. Jednym słowem, kompletnie mnie nie bawiło. Patrząc na straty na jakie naraziła hotel ta wiedźma przez zaledwie kilka dni, musiałam uciec się do swojej wielkiej dobroduszności i zrezygnować z pieniężnej nagrody za trud włożony w funkcjonowanie tego cyrku na kółkach, żeby powoli wyszedł na prostą. Oczywiście to, że teraz nie miałam zamiaru niepokoić Johna telefonami o katastrofie jaką ściągnęła na niego jego ukochana Carol, nie oznaczało absolutnie, że zamiotę wszystko pod dywan i udam, że Ana sprawowała się świetnie i wyjechała akurat pół godzinki przed ich przyjazdem. Moje niedoczekanie. Zamierzałam, już wtedy na spokojnie, opowiedzieć chrzestnemu wszystko co do joty, co zaszło po jego wyjeździe. Zamierzałam być konkretna i szczegółowa jak nigdy dotąd. Rachunki zobaczy sam, ale do tej pory postaram się jakoś kilka rzeczy załagodzić, żeby przypadkiem nie dostał zawału, kiedy zobaczy spadek obrotów.
John wracał jutro, a ja nawet nie miałam okazji naprawdę poszaleć i skorzystać z wolności. Kiepska sprawa, ponieważ w domu cały czas miałam niczego sobie wrzoda, ale nadal wrzoda, z którym u boku ciężko było się do końca zrelaksować. Nie wiem czy miał tego świadomość, ale szczerze w to wątpię, ponieważ jak widać, żadne aluzje do niego nie trafiały. Kiedy wracałam, nadal tam był. Jakiś koszmar.
- Mam nadzieję, że zrobiłeś jakiś dobry obiad, bo jestem głodna jak wilk. - krzyknęłam od wejścia, po czym wykazując się nadprzyrodzonym refleksem, uniknęłam trafienia poduszką. - No co?! Ja pracuje, ty gotujesz. - prychnęłam i opadłam obok niego na kanapę.
- Zamierzasz dzisiaj zostać w domu, czy wyruszasz na jakąś nocną eskapadę? - puściłam jego złośliwe pytanie mimo uszu, zabrałam mu pilota i wyłączyłam telewizor. - Ej! Oglądałem to.. - zaprotestował z oburzeniem, ale bez słowa odłożyłam urządzenie na stół.
- John i twoja matka wracają jutro popołudniu? - zapytałam kontrolnie, a brunet zmierzył mnie swoimi przenikliwie niebieskimi oczami,
- Taaak.. - odpowiedział przeciągle, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Więc wypadałoby tu zrobić taką pożegnalną imprezę. - skwitowałam i zadowolona z siebie, oparłam się o poduszki za plecami.
- Zajmij się prowiantem, ja zaproszę ludzi. - odezwał się po chwili Bash, złapał za telefon i wyszedł na taras. Byłam w niemałym szoku. To się nazywa nie musieć powtarzać czegoś dwa razy. Za rączkę i na imprezę, zupełnie jak dziecko. Nie chcąc być gorsza, ja również podniosłam swoje szanowne cztery litery i zaniosłam je do kuchni, gdzie wyciągnęłam całe stado plastikowych kubków z szafki nad zlewem i zaczęłam szperać w innych skrytkach w poszukiwaniu zapasów. Poszukiwania okazały się owocne, ponieważ, mający zdolność przewidywania takiego rozwoju wydarzeń, Bash zrobił X-temu większe zakupy.
Po około 1,5 godziny przez nasze drzwi zaczęły wlewać się tłumy, spragnionych imprezy, nastolatków. Muzyka dudniła w głośnikach, które prawdopodobnie Bastian przy przeprowadzce przytachał na plecach, a ludzie wyraźnie zadowoleni tańczyli, pili, jedli i na szczęście niczego jeszcze nie demolowali. Zadzwoniłam do Neya, Messiego, Bartry i Alvesa czy nie mają ochoty wpaść na najlepszą balangę w Barcelonie, ale nudziarze i marudy do kwadratu wyjęczały jedynie, że są zmęczeni po treningu i nawet na metr z łóżka się nie ruszą, więc ich przybycie było wątpliwe.
Organizowanie imprezy u siebie w domu jest o tyle męczące, że musisz mieć oczy i uszy jak Inspektor Gadżet. Jednym słowem wszędzie.
- Mogę usiąść? - usłyszałam dziewczęcy głos obok siebie i odwróciłam w ową stronę wzrok. Niewysoka, opalona z czarno-niebieskimi włosami, zdecydowanie sprawiała przyjemne wrażenie.
- Jesteś pierwszą osobą, która pyta mnie w moim domu o jakiekolwiek pozwolenie więc pozwól, że podelektuje się tą chwilą - posłałam jej krzywy uśmiech, który właściwie odczytała jako zaproszenie.
- Nadine. - wyciągnęła w moją stronę dłoń, a ja bez zastanowienia ją uścisnęłam. Pierwszy raz od dawna poczułam się pełna dziwnego zaufania, które rozlewało się po moim ciele, niszcząc wszelkie bariery. Otrzymałam w darze od losu niezrozumiałe przeświadczenie, że ta mała istotka z kolorowymi włosami jest godna zaufania. Skoro los daje, to nie będę się z nim kłócić.
- Melisa, dla przyjaciół Mel. - przedstawiłam się dokładnie tak, jak jeszcze kilka miesięcy temu w hotelowym lobby przed gromadą piłkarzy FC Barcelony.
- Ej kolorowa! Masz ochotę na małe "co nie co"? - jakiś pijany chłopak podszedł do Nadine, próbując objąć ją niedźwiedzimi ramionami.
- Odejdź stąd Przeszczepie jeśli ci życie miłe. - warknęła, odpychając delikwenta na stosowną odległość. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Już cię lubię, Nad. - poklepałam ją delikatnie po ramieniu - Bash, bądź tak miły i zrób drinka dla mojej nowej koleżanki, tylko wiesz, takiego z miłością.
*****
Los tak chciał, że z Nadine stałyśmy się nierozłączne. Takie dwie głupie papużki, drwiące z idiotów, którzy próbowali je zrozumieć. Oczywiście ja sama zaliczałam się do tego zacnego grona wspomnianych.
Kolejną rzeczą, którą zauważyłam u barcelońskich nastolatków, to wieczna chęć do imprezowania. Zawsze. Wszędzie. O każdej porze dnia i nocy. Zazwyczaj było to widoczne na zajęciach, gdzie uczniowie słaniali się na ławkach, w zeszytach robiąc notatki jedynie własnymi nosami. Odpowiedź przy tablicy (tak, jeszcze praktykuje się coś takiego) była chyba najgorszą formą tortury po takich nocnych atrakcjach. W moim (nie)normalnym domu nigdy nie miałam o to absolutnie żadnych problemów, słyszałam jedynie: "To wspaniale Mel, że wreszcie masz więcej znajomych i że czujesz się tu jak w domu". Nie protestowałam, ale też nie nadużywałam tego naiwnego podejścia do życia w wykonaniu mojego chrzestnego. Dzisiaj padło na Nad, stała szorując czołem o powierzchnię tablicy i nawet niespecjalnie ukrywała, że nie ma ochoty tam być. Po 10 minutach czystej męki, nauczycielka zlitowała się nad jej marną, ziemską powłoką i kazała usiąść. Sama prychając i fukając na wszystkie strony świata, wzięła kredę i rozwiązała zadanie w niecałe 2 minuty.
- Jakby nie można było tak od razu. - wymamrotała niezadowolona dziewczyna, opadając na twarde krzesełko.
Musiałam przyznać, że w towarzystwie czas płynął zdecydowanie szybciej i przyjemniej. Nadine okazała się być moją pokręconą, drugą połówką banana.
- Obiecałam, że dzisiaj zabiorę cię na Camp Nou. - poinformowałam ją kolejny raz tego dnia, nie będąc pewna czy wcześniejsze razy do niej dotarły i czy je pamięta.
- Chętnie, chociaż jedynie jako widz. Nie zapominaj, że jestem asportowa. - upiła łyk wody z wielkiej butelki, szczerząc w moją stronę rzędy śnieżnobiałych zębów.
- Myślałam, że na aspołecznej skończyłaś wymieniać swoje największe zalety. - odparłam z równie szerokim uśmiechem i obydwie udałyśmy się w stronę przystanku. Kolejną korzyścią niewątpliwie było uczenie się jeżdżenia liniami komunikacji miejskiej, która była o niebo tańsza od taksówek. Pół godziny później stałyśmy przed wejściem na stadion. - Mam nadzieję, że nie jesteś w żadnym histerycznie zakochana i nie ściągnęłam im na głowę psychofanki? - zmierzyłam ją wymownym spojrzeniem od stóp do głów, na co ona skwitowała to perlistym śmiechem.
- Oczywiście po kryjomu podkochuje się w Neymarze, Lessim (jak go zdrobniale nazywała), Sergim Roberto, a z Bartrą mam ołtarzyk pod łóżkiem. - pchnęła drzwi i wkroczyła do holu, gdzie wmieszała się w tłum zwiedzających.
- Chodź świrusko, my mamy wejścia dla VIP-ów. - pociągnęłam ją za rękaw w stronę szatni i przywitałam się ze znajomym ochroniarzem, który pilnował, żeby nikt niepożądany nie kręcił się w pobliżu osobistych rzeczy chłopaków, jak i wokół nich samych. - Gotowa? - zapytałam, kiedy stałyśmy w korytarzu prowadzącym na murawę. Czułam się jak przed ważnym meczem mimo, że moja drużyna liczyłaby zaledwie dwie osoby. Ruszyłyśmy przed siebie i kiedy zauważyłam piłkarzy dryblujących na środku boiska razem z Luisem Enrique, który biegał za nimi z gwizdkiem w zębach, zauważyłam również brak Nadine obok mnie. Kiedy się odwróciłam, zdążyłam dostrzec tylko kawałek niebieskiego końskiego ogona, znikającego za zakrętem korytarza. Uniosłam oczy ku niebiosom. - Gotowa jak nigdy przedtem - wymamrotałam i ruszyłam za przyjaciółką z zamiarem wyciągnięcia ją za uszy na boisko.
- Cholera, cholera, cholera! Merde, scheisse i nie wiem co jeszcze.. - dziewczyna chodziła w te i z powrotem wzdłuż korytarza, klnąc pod nosem.
- O co chodzi, Nad? Przecież mówiłaś, że te "sławne korposzczury" nie robią na tobie żadnego wrażenia. - zatrzymałam ją prawie, że zakładając jej Nelsona na ramię.
- Oni nie, ale ten co siedzi na ławce to już inna historia. Skąd mogłam wiedzieć, że to też ważniak z Barcelony! - lamentowała dalej, a ja przyglądałam się jak urodzona anarchistka, która bunt wyssała z mlekiem matki, miota się jak mol w komodzie.
- Świat jest mały. - skwitowałam, wzruszając ramionami. Ciekawa, co wytrąciło tą skałę emocjonalną z idealnej jak dotąd równowagi, wychyliłam się zza winkla i moim oczom ukazał się nie kto inny jak Sergi Samper we własnej, skromnej i lekko nieogarniętej osobie.
Nareszcie udało mi się dokończyć ten rozdział! Nauka przed maturą pochłania mnóstwo czasu i siły, a to już za kilka dni.. ja się załamię :C Mam nadzieję, że ten cały czas, kiedy nie mogłam pisać i który poświęciłam na dokształcanie mojej niedokształconej osoby się opłaci :)
Proszę trzymajcie za mnie kciuki, chociaż w sumie modlitwa chyba byłaby bardziej wskazana w moim przypadku.. :D :*
Co do rozdziału to standardowo nic nie wiem, ocenę pozostawiam Wam :) Mam tylko nadzieję, ze się Wam spodoba i coś mi o nim napiszecie :):* Na uwagi i pomysły też jestem otwarta, nie gryzę, więc piszcie śmiało :)
Dziękuję za miłe komentarze i za głosy, które oddaliście w plebiscycie o który żebrałam ładnie pod ostatnią notką :) Między innymi dzięki Wam moja pokręcona klasa została okrzyknięta najsympatyczniejszą, więc hołd, klęczki i ciastka w Waszą stronę Kochani <3
Teraz powinnam mieć więcej czasu, bo zbliżają mi się wakacje, więc notki postaram się dodawać częściej jeśli wena na to pozwoli :) Na godzinę nawet nie patrzcie, ja widocznie normalnie nie mogę :D
Tęskniłam za Wami i mam nadzieję, że szybko znowu będę mogła coś dodać ;)
A teraz już zmykam, za błędy przepraszam, co złego to nie ja :)
Buziaki :*
<3
Subskrybuj:
Posty (Atom)